Zakorzenili się w Łodzi: Akram z Aleppo i Masoud z Teheranu

Czytaj dalej
Fot. Pixabay.com
Anna Gronczewska

Zakorzenili się w Łodzi: Akram z Aleppo i Masoud z Teheranu

Anna Gronczewska

Akram urodził się w Aleppo, Masoud w Teheranie. Po maturze przyjechali do Polski na studia medyczne i zostali. Od wielu lat leczą łodzian i nie wyobrażają sobie innego życia.

W ich łódzkich domach słychać mieszkankę polskiego, perskiego i arabskiego. Na stołach obok ogórkowej i rosołu pachną dania wzbogacone egzotycznymi przyprawami przysyłanymi z Iranu lub typowe arabskie potrawy. Chirurg Masoud Hedayati co dwa lata stara się wyjeżdżać do rodzinnego Iranu. Akram Haj Khalil targane przemocą Aleppo, w którym się urodził, ogląda w telewizji.

Dumny jak Pers

Masoud Hedayati przyjechał do Łodzi w 1991 roku. Miał wtedy 18 lat. Dziś, choć może pochwalić się polskim paszportem, nie zapomina o Iranie, swojej ojczyźnie i Teheranie, mieście, w którym się urodził. Z dumą podkreśla, że jest Persem.

- Teheran to piękne i wielkie miasto - zapewnia. - Ma dziś 10-12 milionów mieszkańców. Ale moi rodzice nie pochodzą stamtąd. Urodzili się nad Morzem Kaspijskim. Potem przenieśli się do stolicy Iranu, w ich rodzinnych miastach zostały ciocie, wujkowie.

Tata Masouda był irańskim oficerem, jeszcze za czasów szachinszacha Mohammada Rezy Pahlawiego. Po irańskiej rewolucji, która miała miejsce w 1979 roku, podał się do dymisji i przeszedł na emeryturę.

- Był jeszcze młodym człowiekiem, gdy przeszedł w stan spoczynku - mówi dr Masoud Hedayati. - Tata nie żyje, umarł 12 lat temu. W Teheranie mieszka moja mama i siostra z rodziną. Tata nie chciał, żebyśmy z bratem poszli w jego ślady, założyli mundur. Nie pamiętam czasów rewolucji. Byłem wtedy dzieckiem.

Młody Masoud po skończeniu średniej szkoły zdecydował się na studia za granicą. Wybrał Łódź. Tu od czterech lat w łódzkiej Akademii Medycznej studiował jego starszy brat Majid Hedayati. Tyle że Masoud nie wybrał tak jak on stomatologii, tylko wydział lekarski. - Zresztą z medycyną jest dziś związany nie tylko brat, ale i siostra - dodaje łódzki chirurg. - Siostra, która została w Teheranie, ma doktorat z analityki medycznej. Prowadzi własne laboratorium.

Masoud przyznaje, że gdy przyjechał do Polski, to niewiele wiedział o naszym kraju, tym bardziej o Łodzi.

- Wiedziałem tylko jedno, że chce zostać lekarzem i do tego chirurgiem

- tłumaczy. Przez pierwszy rok uczył się w Łodzi języka. Mieszkał w akademiku. Potem wynajmowali z bratem mieszkanie.

- Zresztą zawsze mieszkaliśmy koło siebie i tak jest do dziś - śmieje się chirurg.- Mieszkaliśmy w jednym bloku, a teraz w domach koło siebie.

Gdy zaczął studiować w łódzkiej Akademii Medycznej szybko okazało się, że jest jednym z niewielu Irańczyków, którzy się tam uczą. - Zresztą do dziś w Polsce nie ma zbyt wielu Irańczyków- mówi dr Hedayati. I wspomina, z jakim trudem uczył się języka polskiego. - Nie jest to łatwy język - śmieje się dr Masoud Hedayati. - Na dodatek medycyna to bardzo trudne studia. A przed laty jeszcze każde rozpoznanie choroby trzeba było pisać po łacinie. Łacina też była dla mnie sporym wyzwaniem.

Przyznaje, że wielu jego kolegów obcokrajowców już po tym, jak skończyło naukę w Studium Języka Obcego dla Obcokrajowców, wyjechało z Łodzi. On został.

- Przyzwyczaiłem się do miasta, poznałem ludzi, mam tu przyjaciół - wyjaśnia.

- Tu zrobiłem doktorat, specjalizację. Ciężko było mi opuścić Łódź i Polskę.

Dziś dr Masoud Hedayati pracuje w Oddziale Chirurgii Endokrynologicznej, Ogólnej i Onkologicznej łódzkiego szpitala im. Kopernika, którym kieruje prof. Krzysztof Kuzdak.

Zakorzenili się w Łodzi: Akram z Aleppo i Masoud z Teheranu
Krzysztof Szymczak Doktor Masoud Hedayati jest chirurgiem w szpitalu im. Kopernika, od 1991 roku mieszka w Łodzi

- Już na czwartym roku studiów zacząłem przychodzić na dyżury do prof. Kuzdaka, który był wtedy jeszcze doktorem - wspomina Masoud Hedayati. - U niego robiłem doktorat, specjalizację. Wiele zawdzięczam profesorowi.

Pamięta jak prof. Kuzdak zabrał go pierwszy raz na salę operacyjną. Zrobiło to na nim ogromne wrażenie.

- Profesor wiele mnie nauczył - zapewnia dr Masoud Hedayati. - Byłem na szóstym roku, gdy pierwszy raz sam operowałem. Był to wyrostek robaczkowy. Operację wykonałem przy bardzo dobrej asyście. Potem już na stażu operowałem woreczek żółciowy. Te operacje były dla mnie wielkim przeżyciem.

Nie żałuje, że został chirurgiem. Spełnił swoje marzenie, choć wie, że wykonuje bardzo odpowiedzialny zawód. Zdarzają się pomyłki, powikłania, to nieuniknione. Jednak każdą taką historię chirurg bardzo mocno przeżywa. - Chirurdzy należą do ludzi, którzy najkrócej żyją, zjada ich stres - dodaje dr Masoud. - Podczas każdej operacji, otwarcia brzucha, klatki piersiowej stawiamy swój podpis, który zostaje u pacjenta na całe życie.

Masoud pracuje też na Uniwersytecie Medycznym w Łodzi. Przyznaje, że kontakt z młodymi ludźmi studiującymi medycynę wiele mu daje.

- Człowiek musi być cały czas mobilny, uzupełniać wiedzę - tłumaczy. - Młodzi ludzie mają teraz dużą wiedzę. Trzeba być na bieżąco, by odpowiedzieć na ich pytania, czasem trudne.

Dziś dr Masoud Hedayati bardzo ładnie mówi po polsku. Kilka lat temu przyjął polskie obywatelstwo.

- W Polsce spędziłem już przecież ponad połowę swego życia - mówi. - Nie miałem nigdy problemów z tego powodu, że jestem obcokrajowcem. Łodzianie bardzo dobrze mnie przyjęli.

Nie zapomina jednak o Iranie. Stara się jeździć tam co dwa lata. Odwiedza go w Łodzi mama, a siostra z rodziną przyjeżdża co roku. Ale swój dom chirurg ze szpitala im. Kopernika ma w Łodzi. Mieszka w nim z żoną (także Iranką), 5-letnią córką i 10-letnim synem.

- Żona z zawodu jest informatykiem, ale teraz zajmuje się wychowaniem dzieci

- dodaje chirurg. - Mówi po polsku, ale lepiej wychodzi to synowi i córce, dzieci mówią po polsku bez obcego akcentu. Zdarza się, że poprawiają nas, gdy popełniamy błędy. Choć przyznam też, że w domu staramy się rozmawiać po persku, bo chcemy, by dzieci nauczyły się też tego języka.

Dr Masoud opowiada, że gdy w Łodzi odbywały się mistrzostwa świata w siatkówce, poszedł z synem na mecz Polski z Iranem. Tata założył koszulkę reprezentacji Iranu, a syn reprezentacji Polski.

Powoli wszyscy przyjmują polskie zwyczaje. W ich domu obowiązuje połączenie kuchni polskiej i perskiej.

- Dzieci uwielbiają zupy, zwłaszcza barszcz biały, żurek, więc żona je gotuje - dodaje Masoud. - Mnie też smakuje polska kuchnia, lubię w niej niemal wszystko. Ale przyrządzamy też perskie dania. Na przykład gulasz z warzywami, doprawiony przyprawą, którą rodzina przysyła nam z Iranu.

Gdy nadchodzi Boże Narodzenie, ubierają choinkę, dzieciom prezenty przynosi Mikołaj. Ale Masoud zwykle w tym czasie bierze dyżury w szpitalu, by wolne mieli polscy koledzy.

Persów dopiero czeka najważniejsze święto. Przypada w nocy z 20 na 21 marca. To perski Nowy Rok.

- Obchodzi się go tak jak w Polsce - zapewnia dr Masoud Hedayati. - Urządza się przyjęcia w gronie rodzinnym. Dzieci dostają prezenty.

Tragiczne obrazki z Aleppo

Akram Haj Khalil jest lekarzem rodzinnym, o profilu kardiologicznym. Przyjmuje pacjentów w przychodniach w Łodzi i Konstantynowie Łódzkim. W 1988 roku przyjechał do Polski z Syrii, miał wtedy 17 lat. W tamtym czasie wielu syryjskich maturzystów miało możliwość studiowania w tzw. demoludach.

- Od dziecka marzyłem o tym, żeby zostać lekarzem. Najbardziej chciałem studiować w NRD, ale musiałbym czekać jeszcze rok, więc zdecydowałem się na Polskę

- wspomina. - Pomyślałem, że gdy mi się nie spodoba, to za rok pojadę do NRD. I tak trafiłem do Łodzi.

Przyznaje, że gdy przyjechał do Polski, Łódź nie robiła na nim wielkiego wrażenia. Tęsknił za Syrią i Aleppo, w którym się urodził.

- Aleppo to drugie co do wielkości miasto w Syrii, po Damaszku - wyjaśnia lekarz. - Ma 4,5 miliona mieszkańców. Jest starożytne, ale i nowoczesne. Aleppo i Damaszek należą do najstarszych miast świata. Damaszek istniał już 12 tysięcy lat przed naszą erą. W Aleppo ludzie żyją z handlu, produkcji tkanin.

Aleppo miało wiele zabytków, część z nich na szczęście ocalała. Do najcenniejszych należał zamek i stworzone wokół niego stare miasto. Przez działania wojenne część zamku została zniszczona. - Gdy widzę te obrazki ze zniszczonego Aleppo w telewizji, boli mnie serce - mówi Akrem. - Na szczęście ocalał dom rodziców. Zniszczono natomiast dom mojej siostry.

W Aleppo została mama, która mieszka z siostrą. Tata już nie żyje. Mieszkają tam także dwie siostry Akrama, które założyły rodziny. Czasami zastanawia się, dlaczego doszło w Syrii do wojny.- Mieszkali tam muzułmanie, chrześcijanie - opowiada. - Wbrew temu, co ogląda się teraz w telewizji, wyznanie nie miało żadnego znaczenia. Świat muzułmański składał życzenia chrześcijanom z okazji ich świąt, chrześcijanie szanowali święta muzułmańskie.

Akram był przekonany, że po studiach medycznych w Łodzi wróci do Aleppo.

- Moim marzeniem było to, żeby zdać ostatni egzamin i wrócić do Syrii - wspomina. - Ale przyzwyczaiłem się do Łodz i zostałem w Polsce.

Zdecydował się studiować w łódzkiej Akademii Medycznej. - W czasie wakacji pojechałem do Gdańska, wtedy w porównaniu z Łodzią to był zachód - mówi Akram. Dobrze jednak, że tam nie zostałem, bo gdybym wybrał studia nad Bałtykiem, pewnie bym ich nie skończył. Łódź była znakomitym miejscem na studiowanie. Muszę przyznać, że z 25 Syryjczyków, którzy razem ze mną zaczynało studia medyczne w Łodzi, ukończyło dwóch.

Chciał zostać chirurgiem, ale w końcu wybrał specjalizację z interny, z profilem kardiologicznym. Nie żałuje. Bardzo lubi swoją pracę. Mieszka w Łodzi z żoną, która jest Syryjką, i trójką dzieci: 4-letnim synem oraz dwiema córkami - 5,5-letnią i 7,5-letnią.

- Starsza córka opowiada, że jest Syryjką i ma polskie pochodzenie

- mówi Akram. - Prostuję, że jest Polką, a ma syryjskie korzenie. Staramy się, by dzieci nie oglądały obrazków z ogarniętej wojną Syrii, tragiczne widoki z Aleppo. Mówimy im, że Syria to piękny kraj. Czasami tylko pytają się, kto się z kim bije i dlaczego. Starsza córka przyszła kiedyś ze szkoły i powiedziała, że w Syrii zaczęła się III wojna światowa, która dotrze też do Polski.

Zakorzenili się w Łodzi: Akram z Aleppo i Masoud z Teheranu
Anna Gronczewska Akram Haj Khalil przyjmuje pacjentów w Łodzi i Konstantynowie Łódzkim

W domu mówi się po polsku i arabsku. - Chcę, żeby dzieci nauczyły się ojczystego języka, choć specjalnie nie lubią mówić po arabsku - mówi Akram. - Wolą posługiwać się polskim.

Akram polubił schabowe i bigos, ale przyznaje, że w domu dominuje kuchnia arabska. - Choć przyznam, że odkąd dzieci zaczęły chodzić do przedszkola i szkoły, proszą żonę, żeby częściej gotowała zupy - śmieje się Akram. - Bierze więc przepisy z internetu i gotuje im ogórkową i rosół.

Masoud Hedayati i Akram Haj Khalil dobrze się czują w Łodzi, choć z miastem tym nie wiązali kiedyś życiowych i zawodowych planów. - Tęsknię za Syrią, ale chyba nie mógłbym już tam mieszkać - dodaje smutno Akram.

Anna Gronczewska

Dodaj pierwszy komentarz

Komentowanie artykułu dostępne jest tylko dla zalogowanych użytkowników, którzy mają do niego dostęp.
Zaloguj się

plus.dzienniklodzki.pl

Polska Press Sp. z o.o. informuje, że wszystkie treści ukazujące się w serwisie podlegają ochronie. Dowiedz się więcej.

Jesteś zainteresowany kupnem treści? Dowiedz się więcej.

© 2000 - 2019 Polska Press Sp. z o.o.