Z białym lwem na kolanach, czyli jak Andrzej Pabich realizuje swoje marzenia o zoo safari

Czytaj dalej
Krzysztof Kaniecki

Z białym lwem na kolanach, czyli jak Andrzej Pabich realizuje swoje marzenia o zoo safari

Krzysztof Kaniecki

Andrzej Pabich założył koło Poddębic prywatne zoo, które rocznie odwiedza ponad 200 tys. gości. Zainteresowanie jest ogromne, bo właścicielowi udało się zgromadzić w centrum Polski prawie 90 gatunków zwierząt z pięciu kontynentów.

Udało się panu stworzyć unikalne miejsce dla turystów w centrum Polski, gdzie można z bliska zobaczyć nie tylko najgroźniejsze dzikie zwierzęta - białe tygrysy bengalskie, białe lwy, pumę, białe wilki, serwale, ale także lemury, bawoły indyjskie, jedyne w Polsce bawoły afrykańskie i tapira. Proszę zdradzić, jak buduje się biznes na dzikich zwierzętach?

Określenie „biznes” zupełnie mi do Zoo Safari Borysew nie pasuje. Przez 10 lat istnienia ogrodu myślę o nim przede wszystkim jako o wielkiej pasji i miejscu, w którym rzadkie zwierzęta znajdują spokojne miejsce do życia, a ludzie mogą się z nimi spotkać. Oczywiście jest to też pewna inwestycja, ale wymaga jednocześnie ogromnego nakładu pracy i starań. A wszystko zaczęło się niepozornie, od... kucyka Maćka. Później w obejściu pojawiło się różne ptactwo wodne i ptactwo ozdobne. Z czasem przybywało kupowanych hobbystycznie zwierząt. Ulokowaliśmy je na wybiegu przy ulicy. Ludzie przystawali i zza płotu podglądali naszą przydomową menażerię. Były dni, że chodniki były pełne parkujących samochodów.

I wtedy zrodził się pomysł, że można stworzyć zoo i zarabiać na tym pieniądze?

Właśnie to zainteresowanie sprawiło, że pomyślałem o tym, by stworzyć namiastkę zoo. Mój syn Darek już wtedy zajmował się współpracą z ogrodami zoologicznymi w Polsce i w Europie. Przewoził zwierzęta i miał kontakty, przez co łatwiej było nam załatwiać nadwyżki zwierząt w ogrodach. W końcu mówię do niego: Skoro i tak wozisz te zwierzaki innym, którzy tworzą takie ogrody, to może i my moglibyśmy się czymś takim zająć. I tak, powoli zaczęliśmy kompletować coraz więcej gatunków. Poza niebezpiecznymi zwierzętami oczywiście...

Jak wyglądały początki Zoo Safari w Borysewie?

Mieliśmy 36 gatunków zwierząt. Dostaliśmy pozwolenie na pokazywanie zwiedzającym zwierząt hodowlanych. Podzieliliśmy teren. Przy wjeździe stanęła budka kasowa o wymiarach cztery metry na cztery i... ruszyliśmy. Był rok 2008.

A od strony finansowej, jak wtedy to wyglądało. Były jakieś zyski?

Pierwszy sezon zaczęliśmy bardzo późno, otwarcie było dopiero w sierpniu. Wtedy nie można było jeszcze wierzyć w sukces, ale zaczęło to wyglądać obiecująco, bo ludzi przyjechało do nas naprawdę dużo. I choć początki były obiecujące, to w trakcie tego pierwszego sezonu nie wiedziałem jeszcze, jaka przyszłość rysuje się przed moim pomysłem. To był czas, kiedy sam przy wszystkich zwierzakach pracowałem. Ale kiedy pierwsze gazety napisały o tym miejscu, wiedziałem już, że znaczącym czynnikiem będzie reklama miejsca, które jest nietypowe, bo funkcjonuje na wsi. Trudno było nam udowodnić, że ciekawe miejsce warte odwiedzenia powstało nie w mieście, a gdzieś tam w maleńkim Borysewie. Tym bardziej że nasz ogród z dzikimi zwierzętami stworzyliśmy na łąkach i polach, gdzie nawet nie było żadnego drzewa. Z czasem dopiero dokupiłem tereny, a w kolejnym - 2009 roku sezon rozpoczęliśmy już od 1 maja. Powiększyła się też liczba zwierząt. W tak zwanym międzyczasie złożyliśmy dokumenty do ministerstwa o przyznanie nam statusu ogrodu zoologicznego.

Ile czasu tworzone od zera zoo musiało czekać na ministerialną zgodę?

Dokumenty na długo utknęły w ministerstwie. Nie mieliśmy żadnej odpowiedzi, ale mimo to działałem. Po dokupieniu terenów zaczęliśmy robić pierwsze nasadzenia oraz przygotowywać wybiegi dla różnych gatunków zwierząt kopytnych, których stado się powiększało. W planach były już rozmowy o zakupie tygrysów bengalskich. Trafiły one do nas w drugim roku prowadzenia safari, choć wciąż nie miałem statusu ogrodu zoologicznego. I powstał problem. Wszyscy atakowali mnie, że nie spełniam wymogów, bo tylko ogród zoologiczny może trzymać wszystkie zwierzaki, w tym niebezpieczne. Ja miałem pozwolenie, ale jedynie na te hodowlane. W rozwiązaniu tego problemu pomogła mi ówczesna pani wojewoda Jolanta Chełmińska. Kiedy odwiedziła nasze zoo safari, tak ją urzekło to, co tworzę, że już wkrótce z urzędu wojewódzkiego wyszło zapytanie, dlaczego nikt z ministerstwa nie odpowiedział na nasze pismo, skoro minęło już ponad półtora roku od złożenia podania o status zoo. Służby wojewody pisały, że obiekt jest w tym rejonie bardzo potrzebny. Już po kilku dniach od tej interwencji dostałem odpowiedź. Dano mi nowe wytyczne do uzupełnienia i po paru miesiącach uzyskaliśmy tak wyczekiwany status ogrodu zoologicznego. Dopiero wtedy mogliśmy wziąć się za sprowadzanie niebezpiecznych zwierząt.

Po białych tygrysach, które były kolejne?

Do tygrysów dołączył pierwszy biały lew Sahim, a za rok lwica Azira. I to jest właśnie to nasze podstawowe stado, z którego wkrótce nam urodziło się tyle lwów, że dziś stanowią one aż 15 procent światowej populacji tych zwierząt. Muszę nadmienić, że Sahima od małego sam wychowywałem. Do tej pory lew przychodzi do mnie do głaskania. To jest prawdziwa wdzięczność i przyjaźń.

Białe lwy zapewniły Zoo Safari Borysew największą reklamę?

Przyznam, że o większej reklamie nawet nie myśleliśmy - to był wspaniały dodatek do wielkiego zoologicznego sukcesu zoo. Okazało się, że nasza troska o białe lwy i tygrysy sprawiła, że poczuły się one u nas doskonale. Wkrótce pojawiły się młode. To była prawdziwa sensacja, bo te dzikie koty są tak rzadkie, że wymagają naprawdę wyjątkowych warunków do rozrodu. Nam udało się zapewnić im takie właśnie warunki. O tygryskach i lwiątkach pisano wszędzie, nie tylko w Polsce, ale i na świecie. Pokazywano nasze zoo w wielu telewizjach, informacje ukazały się w dalekiej Japonii i Stanach Zjednoczonych Ameryki. O cudownych narodzinach pisał między innymi francuski Guardian i The Times.

I wtedy ludzie przekonali się, że na wsi też może powstać coś tak niezwykłego?

Informacje w prasie i w telewizji pozwoliły na rozreklamowanie Borysewa. Muszę jednak przyznać, że trochę długo to wszystko trwało. Początkowo było mi trudno rozmawiać z instytucjami bankowymi, gdzie zabiegałem o kredyt. Wszyscy myśleli, że... może szykuję jakiś przekręt. Wszystkie ogrody zoologiczne dofinansowuje państwo, a tu jakiś gość buduje sobie zoo, a do tego chce jeszcze kredyt. Bank Ochrony Środowiska był pierwszym, który mi zaufał i podjął za mną współpracę. Później dostałem pieniądze na zadrzewienie terenu z Wojewódzkiego Funduszu Ochrony Środowiska i Gospodarki Wodnej w Łodzi, a potem zaczęła się dobrze układać współpraca z Łódzką Agencją Rozwoju Regionalnego. Kiedy zabiegałem o kredyt na sfinansowanie wybiegu dla lwa, to wszyscy się ze mnie śmiali, a w ŁARR zarówno prezes, jak i pracownicy we mnie uwierzyli i przyznali pół miliona złotych preferencyjnego kredytu na budowę wybiegu i potrzebnego pomieszczenia. Tyle kosztowały mnie przygotowania, żeby sprowadzić pierwszego lwa. Aż tyle, i tylko tyle, bo wybieg robiłem sam. Gdyby miała wykonać go firma z zewnątrz, zapłaciłbym ze 3 miliony złotych. Takie są przeliczniki. Jak coś w zoo powstaje za 20 milionów, to ja buduję to za 5 milionów. U mnie największa obecnie atrakcja, jaką jest „Świat wodny”, powstała za 6 milionów złotych, a gdzie indziej koszt przekroczyłby 20 milionów. My wszystko wykonujemy sami, żeby było taniej.

Czy to oznacza, że po ponad 10 latach funkcjonowania Zoo Safari Borysew wciąż pan musi bazować na kredytach?

Trzeba cały coś ulepszać i uatrakcyjniać ogród oraz wzbogacać go o nowe atrakcje, a na to potrzeba pieniędzy. Bez nich nie powstałyby nowe wybiegi dla lwów i tygrysów oraz innych drapieżników. Nie trafiłyby do nas pumy, serwale, rysie, wilki, psy dingo. A jeszcze wybudowaliśmy grill, żeby ci, którzy przyjadą do nas z daleka, mogli sobie zrobić piknik na świeżym powietrzu, zorganizowaliśmy zaplecze z placami zabaw i infrastrukturą pozwalającą utrzymać ogród. Prowadzimy ten biznes bez żadnego dofinansowania, a więc wszystko w zoo safari musi zarabiać na jego utrzymanie. Same zwierzęta i bilety nie pozwoliłby mi na to. Stąd dodatkowo płatne atrakcje od przejazdu kolejką, po parkingi, place zabaw, gastronomię czy kino 7D.

W jaki sposób pracowaliście jeszcze na rosnącą popularność?

Przez kilka lat jeździliśmy z naszymi nauczycielkami zimą po szkołach i prowadziliśmy lekcje, w których brały udział oswojone zwierzaczki. Robiliśmy to, by rozpropagować i uwiarygodnić się w placówkach oświatowych. Najpierw z naszego województwa, a później spoza, byliśmy nawet w Zakopanem. W ten sposób rozszerzyliśmy wiedzę o ogrodzie. Od początku sami piszemy programy edukacyjne, które są opiniowane przez Zakład Doskonalenia Nauczycieli w Łodzi. Na zbliżający się sezon mamy nowe - pod hasłem „Od przedszkolaka do gimnazjum”. Są one dopasowane do wieku i systemu nauczania danych klas. Moje nauczycielki są tak dobre, że same teraz robią lekcje pokazowe dla pedagogów z województwa, mają też przeprowadzić cykl lekcji pokazowych w ZDN w Łodzi.

Co uważa pan za największą inwestycję?

To realizowana aż przez trzy lata budowa „Świata wodnego”. W trakcie prac cały czas zmieniałem projekt. W początkowej fazie nie było mowy o zwiedzaniu na wodzie, a pomysł z rowerami wodnymi zrodził mi się później. Teraz możemy na nich opływać cztery wyspy, na których są małpy i lemury, podziwiać przepiękne ptactwo wodne, w tym pelikany, żurawie koroniaste, kaczki, gąski i urokliwe pawie. Cały akwen mają dla siebie też aligatory. Uwagę przyciągają fontanny, piękne karpie koi, które urosły od początku pobytu w zoo i ważą już 12 kilogramów. „Świat wodny” powstał po to, aby zachęcić turystów do odwiedzania różnych zakątków ogrodu, dlatego największa z atrakcji znajduje się na samym końcu ogrodu. Teraz wszyscy chcą siedzieć w tej części, bo jest tam pięknie, a do tego do dyspozycji jest kawiarnia, można usiąść pod parasolami, skorzystać z wypożyczalni stylizowanych na kaczory i łabędzie rowerów wodnych, do których wsiąść mogą po cztery osoby. Jest też sporo miejsc, gdzie można przysiąść na leżakach. I jest tu jeszcze jedna ciekawostka. Sprowadziliśmy z Hiszpanii 4,5-metrowe palmy. Egzotyczne drzewa nastręczyły nam wielu problemów, bo na zimę musiałem zrobić kosztowne obudowy z poliwęglanu, na które wydałem ponad 20 tysięcy złotych. Do tego musiałem w środku podłączyć instalację elektryczną do ogrzewania palm. Ale dzięki tym zabiegom nawet na wyspie z krokodylami nilowymi rośnie okazała palma.

A więc, żeby wypocząć pod palmami, wystarczy wybrać się do Borysewa?

Chcąc zrobić zdjęcia z palmą w tle, to tylko tutaj. I to z nie byle jaką, a okazałą palmą. W egzotycznych krajobrazach można u nas podziwiać pokazowe karmienia aligatorów, pelikanów, małp i lemurów. To wszystko razem sprawia, że co roku zwiększa nam się liczba odwiedzających, ale mimo to wciąż jest nam bardzo ciężko się utrzymać. Wzrastają koszty, zwłaszcza pracownicze. Problemem jest też to, że ostatnio nie można znaleźć chętnych do pracy w naszym regionie. Poza tym tego rodzaju działalność, jak nasza, uzależniona jest mocno od pogody, w upały turyści jadą nad wodę, a jak jest chłodno czy deszcz, to też mamy mniej klientów.

Ile kosztuje utrzymanie takiego ogrodu?

Miesięcznie wydajemy 500-600 tysięcy złotych. Dlatego fajnie jest, jak latem zjeżdża tu tyle ludzi, ale poza sezonem ciężko jest odłożyć tyle pieniędzy, aby spokojnie przeżyć zimę. A tu jeszcze trzeba pomyśleć o inwestycjach i nowych zwierzakach. W planach mam białe nosorożce. Rozmowy już prowadziłem w tamtym roku. Współpracuję z ogrodem zoologicznym w amerykańskim San Diego i może uda się ściągnąć do nas najrzadsze, największe i najpiękniejsze z zebr Grevy’ego. Od kilku lat jest u nas ogier, a brakuje nam klaczy. Zaproponowałem Amerykanom wymianę na białe lwy lub tygrysy, albo kupno. Napisałem też prośbę o wyszukanie dla nas młodej samicy żyrafy siatkowanej, somalijskiej dla naszego Timiego.

Drogie są takie zwierzęta?

Zebra Grevy’ego kosztuje około 20 tysięcy euro, ale jej pozyskanie nie jest łatwe. Od kilku lat mamy samca zebry tego gatunku, a nie możemy znaleźć do niego partnerki. Podobnie jest z tapirem. Też szukamy. Zazwyczaj rodzą się cztery samce, a tylko jedna samica. Ale mamy też i „nadwyżki”: w stadzie bawołów indyjskich, bydła stepowego czy antylop. Cztery nasze białe lwy przekazaliśmy do Korei Południowej, a zainteresowani współpracą są też w Chinach i w Japonii. Na razie zrobiliśmy przerwę w rozmnażaniu, dlatego możemy pozwolić sobie, żeby wypuścić w świat kilka tygrysów i lwów. Nawiązywane w ten sposób współprace są bardzo cenne dla naszego zoo. Poza tym zwalniamy miejsce, aby pozwolić naszemu stadu na powiększenie się. Zapewne już wkrótce goście znów będą mogli podziwiać u nas przyjście na świat maluchów.

A jak wygląda dzienne spożycie mięsa w ogrodzie?

Dla przykładu podam, że zimą foka Dawid zjada 8-9 kilogramów śledzi i drogich makreli, co miesięcznie daje około 2,5 tysiąca złotych na jej utrzymanie. Zwierzęta drapieżne potrzebują dziennie około 4 kilogramów wołowiny, koniny i kurczaków, a do tego dochodzą specjalnie opracowane przez Dolfos suplementy, odrobaczanie - nawet do czterech razy w roku u niektórych kopytnych z Afryki, stała obsługa weterynaryjna i wyrywkowe kontrole krwi. Współpracujemy z Uniwersytetem Przyrodniczym we Wrocławiu i wozimy na badania tomografem lwy i tygrysy. To też kosztuje. Małe ogrody dostają od miasta 9-10 milionów złotych na rok, duże jeszcze więcej, a ja sam muszę się utrzymać. W przypadku dotowanych ogrodów cena biletów jest sztuczną ceną. Realna powinna być na poziomie około 100 złotych, aby z tych pieniędzy ogród utrzymać. Dlatego u nas zarówno ja, jak i żona oraz dwóch synów, wszyscy jesteśmy zaangażowani w pracę. Nie jeździmy na urlopy, bo nie ma na to czasu. Tylko postanowienie, realizowanie i upór daje efekty. Najpiękniejszą nagrodą dla mnie są słowa pani redaktor Zielińskiej z TVN-u, która powiedziała mi, że jest tu najpiękniejszy ogród zoologiczny na świecie.

Potwierdzają to też liczne nagrody...

Tak, zdobyliśmy wszystkie tytuły „Luksusowej marki”, a ostatnio zostaliśmy „Najlepszą firmą rodzinną województwa łódzkiego” w rankingu Forbesa. Od ministra sportu i turystyki otrzymałem odznaczenie państwowe „Za zasługi dla sportu i turystyki”.

Jeśli chodzi o turystykę, to coraz bardziej się w nią angażujecie od strony biznesowej. Przykładem jest Hotel&Spa Kasztel Uniejów.

Dzięki współpracy z Uniejowem rozszerzyliśmy naszą działalność. W przetargu kupiliśmy rycerski kasztel, który przebudowaliśmy, przystosowując go do czterogwiazdkowego hotelu i rozbudowaliśmy w nim spa. Obiekt funkcjonuje od zaledwie roku, a już odnosi sukcesy. Właśnie został uznany za najlepszy spośród pięciu hoteli w Uniejowie w rankingu Bookingu ze znakomitą punktacją na poziomie 9,2. Dla nas jest to najbardziej miarodajna ocena, bo wystawiają ją sami klienci. A przy okazji obiekt ten pomaga nam w zagospodarowaniu zimą najbardziej wartościowych pracowników z Borysewa, którzy pomagają nam w hotelu. Nowością, jaką wprowadzamy w Kasztelu Uniejów i Zoo Safari są 25-procentowe zniżki do obu tych obiektów, dla klientów kupujących bilety w naszym sklepie on-line. Zapraszamy do korzystania. Atrakcji u nas nie zabraknie!

Krzysztof Kaniecki

Dodaj pierwszy komentarz

Komentowanie artykułu dostępne jest tylko dla zalogowanych użytkowników, którzy mają do niego dostęp.
Zaloguj się

plus.dzienniklodzki.pl

Polska Press Sp. z o.o. informuje, że wszystkie treści ukazujące się w serwisie podlegają ochronie. Dowiedz się więcej.

Jesteś zainteresowany kupnem treści? Dowiedz się więcej.

© 2000 - 2019 Polska Press Sp. z o.o.