Woydyłło-Osiatyńska: kocham życie, nie trzymam się życia kurczowo

Czytaj dalej
Fot. Bartek Syta
Maria Mazurek

Woydyłło-Osiatyńska: kocham życie, nie trzymam się życia kurczowo

Maria Mazurek

- Mąż kurczowo trzymał się życia. Nawet, gdy kres był nieuchronny, on dalej snuł plany, mówił: będę żyć. Ja jestem inna. Widzę piękno w tym, że się rodzimy, dojrzewamy, a na koniec odchodzimy, zostawiając miejsce innym - mówi dr Ewa Woydyłło-Osiatyńska, psycholog, wdowa po Wiktorze Osiatyńskim, wybitnym prawniku, pisarzu, publicyście, nauczycielu akademickim i działaczu społecznym.

Muszę to powiedzieć: pani jest po osiemdziesiątce i pani jest piękna.

Chce pani wiedzieć, jaka jest tajemnica? Ja siebie uważam za piękną.

Tak myślałam. Bo to nie chodzi o to, że po pani nie widać upływu czasu, tylko że ma pani w sobie jakąś ponadczasową szlachetność i elegancję, a te wypływają chyba ze środka.

Nie robię sobie żadnych operacji. Nigdy nie krytykuję kobiet, które się wygładzają, poddają zabiegom, ale mnie te związane z wiekiem zmiany nie przeszkadzają. Uwielbiam za to na przykład sposób, w jaki chodzę. Lubię swój uśmiech, oczy. Ja się sobie po prostu bardzo podobam. I moje życie mi się podoba.

W pandemii też?

Jeszcze bardziej. Na początku pojawił się lęk, niepokój, ale później przychodził coraz większy spokój, wewnętrzna integracja. Dużo się dowiedziałam: o sobie, o świecie, o pracy. Na przykład prowadzę w Fundacji Batorego międzynarodowy program szkoleń o uzależnieniach, do tej pory główną działalnością były seminaria z lekarzami i psychologami z kilkunastu krajów. Wydawaliśmy na to mnóstwo pieniędzy - przeloty, hotele i tak dalej. Aż wszystko stanęło. Teraz pracujemy online, używamy zooma, webinarów. Okazało się, że dobrze to działa. Wydajemy mniej, więc możemy zrobić więcej. Moje życie towarzyskie też nie ucierpiało, choć częściowo przeniosło się do internetu.

Ponoć przez koronawirusa porozpadały się małżeństwa - prawnicy obserwują wzrost liczby wniosków o rozwód.

Naturalne. Ale dotyczy to tych małżeństw - w ogóle tych relacji - które już wcześniej nie były dobre i silne. Widziałam dziwną scenę, jeszcze przed poluzowaniem restrykcji. Była szósta, może siódma rano, wyszłam z psem na spacer. Obwąchiwał akurat trawniki, więc stałam na podwórku, obserwowałam otoczenie. Z klatki schodowej wyszedł mężczyzna, w obydwu rękach trzymał worki ze śmieciami. Wnet otworzyło się okno na czwartym piętrze, wychyliła się z niego rozwścieczona kobieta w negliżu i wrzasnęła na całe gardło: A to?! I cisnęła, z tego czwartego piętra, w mężczyznę kolejnymi workami ze śmieciami. Pomyślałam sobie: O, kandydaci do rozwodu pandemicznego.

Nie ma nic gorszego niż fizyczne cierpienie, w jego obliczu wszystko inne tak bardzo nie ma znaczenia

Skąd to się bierze?

W normalnym rytmie niektóre pary - choć razem mieszkają, mają wspólne dzieci, kredyty i sypialnię - mijają się, nie rozmawiają, nie potrafią ze sobą przebywać. Wstają rano, odwożą dzieci do szkoły, pędzą do pracy. Po południu jeszcze trzeba z dziećmi pojechać na jedne, drugie, trzecie zajęcia dodatkowe. Coś załatwić, naprawić, zrobić zakupy, gdzieś podjechać. Wracają do domu, gdy jest już wieczór, więc - zmęczeni po ciężkim dniu - zaraz kładą się spać. I tak cały czas, aż nagle przychodzi epidemia i te małżeństwa muszą kohabitować ze sobą 24 godziny na dobę, na wspólnej przestrzeni, często ciasnej, niewygodnej, szczególnie w dużych miastach. I wtedy to wszystko, czego tacy ludzie nie mieli czasu i okazji dostrzec - albo nie chcieli, bo człowiek jest wyposażony w mnóstwo mechanizmów obronnych - wychodzi na wierzch. Okazuje się, że ta druga osoba stała się obca. I dopiero, gdy nie mają gdzie przed nią uciec, uzmysławiają sobie, że to nie jest dobry związek. I że, być może, jest już za późno, żeby go naprawiać.

Odpowiedzi pewnie nie da się zawrzeć w jednym zdaniu, ale jaki jest klucz do szczęśliwej relacji?

Da się ją zawrzeć w jednym zdaniu. To nie ja je wymyśliłam, mówił o tym Nietzsche, ale w pełni się zgadzam: Dobry związek to jest jedna długa, niekończąca się rozmowa. Kropka, tylko tyle. Można dowolnie to rozwijać, ale sedno jest w tym. Bliscy są mi wyłącznie ludzie, z którymi mogę rozmawiać. Dużo rozmawiałam z mężem, ale też dużo rozmawiam z córkami, z przyjaciółmi. I to niekoniecznie muszą być głębokie dyskusje o egzystencji, o wartościach, istocie dobra i zła; nie chodzi o prężenie się intelektualnie. Równie porywające i wartościowe mogą być rozmowy o czosnku albo o kształcie chmur. Zawsze zakochiwałam się w kimś, kto powiedział coś ciekawego.

Co takiego powiedział pani mąż, że się w nim pani zakochała?

To była taka zapoznawcza rozmowa, bardzo odkrywcza. Poznaliśmy się na nartach w Szczyrku, akurat rozsypywało się moje pierwsze małżeństwo, miałam już starszą córkę. Najpierw z Wiktorem długo tańczyliśmy. A potem poszliśmy na spacer. Był mróz, rozgwieżdżone niebo - pamiętam szczegóły, choć było to czterdzieści parę lat temu. Zapomnieliśmy o tym, jak jest zimno, która jest godzina, że trzeba wracać. Po prostu rozmawialiśmy, zatracając się w tym. Zresztą, u mnie zawsze od tego się zaczynało, w przyjaźni też. Bo ja bardzo kocham moje przyjaciółki; czasem przychodzą, wkładam do pieca zapiekankę, siadamy i w rozmowie zapominamy o świecie. Mówię o tym, bo przyjaźń jest w życiu niezwykle cenna. Gdy umarł mój mąż, byłam w fatalnym stanie. I to właśnie przyjaciółki mnie wtedy uratowały.

Widzę piękno w tym, że się rodzimy, dojrzewamy, a na koniec przemijamy, odchodzimy, robimy miejsce innym

Później napisała pani książkę „Żal po stracie. Lekcje akceptacji”. Jak reagować na stratę: bliskiej osoby, pracy, zdrowia? Pozwalać sobie na smutek i złość czy za wszelką cenę starć się wziąć w garść?

Mówiąc krótko: pozwolić sobie na emocje, to naturalna odpowiedź na stratę. Jakąkolwiek. Sytuacja epidemii też jest stratą, bo zostało nam odebrane - choć na chwilę - poczucie bezpieczeństwa, przewidywalności. Oczywiście, jeśli nie zostaliśmy zwolnieni z pracy albo nie zachorowaliśmy, to dość szybko mogliśmy się z tą sytuacją uporać, choćby zadając sobie proste pytanie: A czy przed koronawirusem to ja wiedziałem, czy nie spotka mnie lub moich bliskich coś złego? Czy wiedziałem, kiedy zachoruję? Ale są ludzie, którzy na skutek epidemii stracili bliskich, własne zdrowie, dochody. I oni mogą już nigdy się z tego nie otrząsnąć, to może wracać, choćby w postaci nocnych lęków i koszmarów.

Od czego zależy to, jak sobie z tym poradzimy?

W dużej mierze właśnie od tego, czy potrafimy na bieżąco reagować na swój stan, czy pozwalamy sobie na smutek, złość, bezradność. Są ludzie, którzy płaczą, gdy jest im smutno, a jak nie umieją sobie z czymś poradzić - natychmiast szukają wsparcia. Nie tłamszą w sobie złości, żalu, smutku. To zdrowa psychologicznie i społecznie postawa. Ale niektórzy tego nie potrafią. W dużej mierze to kwestia społeczna czy kulturowa, pokłosie powtarzania chłopczykom, że mężczyźni nie płaczą, a dziewczynkom, że złość piękności szkodzi, że kobietom nie wypada się wkurzyć. Uczymy się dusić emocje, a one pęcznieją w nas i zaczynają zjadać od środka.

Uczymy się je dusić czy po prostu tacy się rodzimy - introwertyczni i nieśmiali, albo otwarci i przebojowi?

Ja uważam, że to, jacy się rodzimy, nie determinuje wcale tego, kim możemy się stać. Profesor Janusz Czapiński przez wiele lat badał szczęście, potem wydał potężną książkę na ten temat, jego konkluzja była taka: szczęścia nie da się nauczyć, człowiek się z tym rodzi lub rodzi się bez tego. Ja się z tym głęboko nie zgadzam. Pracuję wiele lat w terapii uzależnień, widzę, jak człowiek jest plastyczny, jak potrafi się zmienić, jakie znakomite efekty może przynieść praca nad sobą. Uważam, że szczęścia można się nauczyć, sama jestem tego świetnym przykładem.

Dlaczego?

Bo patrząc na swoje doświadczenia, na dzieciństwo szczególnie, to mogłabym całe życie rozdrapywać rany. Oprócz mamy - którą zresztą też dość wcześnie straciłam - nie miałam nigdy żadnej rodziny. Przed 1939 rokiem, zanim przyszłam na świat, moja mama, tata i siostra prowadzili szczęśliwe życie, mieli piękny dom, byli spełnieni. Gdybym przyszła na świat wcześniej, to też byłoby moje życie, też bym w nim była. Ale po wybuchu wojny moja mama została wywieziona - ze mną, noworodkiem - do Kazachstanu. Wróciłyśmy, jak miałam sześć lat. Wie pani, że ja nic z tego Kazachstanu nie pamiętam? Mama opowiadała mi, jak tam było: że wiosną tak pięknie i nagle rozkwitał step, to było kilka dni eksplozji barw, zapachów, życia. I że zimą było minus czterdzieści stopni, jak tylko kawałeczek nosa wystawiło się na zewnątrz, to zaraz się odmrażał. I że byłam takim grzecznym dzieckiem.

I naprawdę nic pani nie pamięta? Nie ma pani żadnych - nawet mglistych - wspomnień?

Żadnych. Jak studiowałam psychologię w Stanach Zjednoczonych - bo tam mieszkaliśmy z mężem i z dziećmi - to musiałam przejść również swoją terapię, różne rodzaje. Była wtedy moda na stosowanie hipnozy, wszyscy przypominali sobie zdarzenia z dzieciństwa, analizowali je. Zapytałam swojego terapeutę, czy może pomóc mi odzyskać najwcześniejsze wspomnienia z Kazachstanu. Wytłumaczył, że może, ale żebym najpierw odpowiedziała sama sobie na pytanie: dlaczego wyparłam te wszystkie wspomnienia? Uzmysłowiłam sobie wtedy, że gdyby nie było ważnego powodu, to ja przecież bym ich nie wyparła. Bo my zapominamy rzeczy, których nie chcemy pamiętać, to mechanizm obronny.

I nie zdecydowała się pani na hipnozę?

Nie. To miałoby sens, gdybym miała jakieś problemy w dorosłym życiu, z czymś bym sobie nie radziła, czegoś nie rozumiała. Cierpiała lub sprawiała cierpienie innym. Wtedy trzeba byłoby szukać. Ale ja nie miałam problemów - byłam zakochana, spełniona jako matka, dobrze funkcjonowałam. Moje życie było takie, jak chciałam. Z nikim bym się nie zamieniła, nigdy niczego nie zazdrościłam innym. Jak mi się coś w kimś podobało - na przykład że koleżanka jeździ konno - to też zapisywałam się na lekcje. Ja lubię żyć, bardzo lubię. Może dlatego, że mam dużo szczęścia - nic mnie nie boli. Bo wie pani, nie ma nic gorszego niż fizyczne cierpienie, w jego obliczu wszystko inne tak bardzo nie ma znaczenia. Tego jednego bym nie chciała: długo cierpieć. Mój mąż cierpiał przez rok. Umarł nie na raka, a na chemioterapię, w potwornych mękach. Nie mówię tego, żeby budzić grozę czy litość - ta historia nie jest wyjątkowa, widziałam setki takich pacjentów na korytarzach Instytutu Onkologii. Najgorszą rzeczą jest ból, fizyczny, potworny.

Nie było na niego lekarstwa?

Medycyna wcale nie uporała się z bólem. Męża traktowali jak dobro narodowe, próbowali wszystkiego, sprowadzali leki z całego świata. Pod koniec pomagała już tylko kannabinoidalna pasta, którą przyjaciele przywozili z Hiszpanii. Wystarczyło, że brałam - nawet nie na szpatułkę, na palec - trochę, dotykałam wargi męża, i wtedy ból natychmiast ustępował. Momentalnie, ledwo dotknęłam. To trwało sekundy, ból za chwilę wracał, ale to był moment wielkiej ulgi, kiedy po potwornych chwilach cierpienia, szamotaniny - następowała cisza. Tylko że przez ten moment mąż nie czuł bólu, ale nie czuł też nic innego, nie czuł nic, nie mógł wykonać żadnego ruchu. To było już bardzo zaawansowane stadium choroby, ale Wiktor był niebywale czujny intelektualnie i musiał to zauważyć: że ten moment, gdy cierpi, gdy go boli - to on jest. A jak ból gaśnie - to i jego już nie ma, i on gaśnie. I potem gdy tylko fala bólu dochodziła do zenitu, to on się bronił, zasłaniał twarz ramionami, zasłaniał siebie, żebym ja do niego nie podeszła z tym środkiem uśmierzającym ból. Czyli on nie chciał przestawać istnieć.

Wolał cierpieć i żyć, niż znikać w nicości?

Prawdopodobnie tak działał instynkt, to nie było na poziomie świadomym. On się bardzo bał nieistnienia.

Nie akceptował choroby?

Był jej bardzo świadomy. Póki mógł, rozśmieszał wszystkich: „A wiecie, wszyscy wierzą w Boga. Ja zaś wierzę, że Bóg to jest kelner, który przynosi, co chcesz: wódeczkę, panienki, lenistwo. Ja całe życie z tego korzystałem, wybierałem pozycje z listy, tylko w ogóle nie myślałem o tym, że kelner w końcu przyjdzie z rachunkiem. I ja teraz płacę ten rachunek”. On opowiadał, lekarze, profesorowie, zaśmiewali się. Więc w tym sensie mąż akceptował chorobę. Ale jednocześnie tak bardzo chciał żyć. Nawet, jak jego kres był już nieuchronny, to on dalej snuł plany, opowiadał, co będzie robił. Powtarzał, że będzie żyć. Potwornie ciężko było mu towarzyszyć.

Bardziej psychicznie niż fizycznie?

Psychicznie niezwykle trudno było towarzyszyć w odchodzeniu komuś, kto tak bardzo chce żyć. Ale ostatecznie to ciało wystawiło mi rachunek za ten czas. Schudłam, nie spałam prawie przez rok, ale byłam silna. Natomiast kilka miesięcy po śmierci męża rozregulowała mi się cała aparatura krążenia, trafiłam do szpitala, źle to wyglądało. Moja głowa by wytrzymała, to ciało totalnie się rozsypało. Ale na szczęście potem dość szybko doszłam do siebie.

Co pani pomogło po stracie męża?

Co pomaga na tę wyrwę po stracie najbliższej osoby? Myślę, że mogą wypełnić ją dwie rzeczy: relacje z ludźmi i praca. Ja wierzę w sens pracy. Praca nadaje życiu cel, porządkuje je. Mnie bardzo pomogła. Nie chodzi nawet konkretnie o moją pracę, o to, że jestem psychologiem - oczywiście, pomaganie pacjentom daje satysfakcję, piszę też książki, ludzie je chętnie czytają, są dodruki, mnie to bardzo cieszy. Ale wierzę, że każda praca może cieszyć. Gdybym pracowała na poczcie i wbijała pieczątki, to tak bym nauczyła się to robić, że te pieczątki byłyby idealne, równe, że nie zasłaniałyby adresu - i to też dawałoby mi poczucie spełnienia. W życiu nie tyle chodzi o to, co się robi, ale jak się to robi. I jak potrafi się tym cieszyć.

A świadomość końca? Czy pani się nie boi tej nicości? Nieistnienia?

Nie. Tu się różnię od męża. Kocham życie, ale nie trzymam się go kurczowo. Nie mam poczucia, że jak mnie nie będzie, to coś wielkiego się stanie. Nic się nie stanie - dzieci świetnie funkcjonują, wnuki zadbane, świat znakomicie sobie beze mnie poradzi. Ja świat rozumiem w sposób biologiczny - zdaje mi się, że jestem jak drzewo, jak mój pies, który tak pięknie odszedł, jak larwa, która przeobraża się w motyla i wkrótce ginie. Widzę piękno w tym, że się rodzimy, dojrzewamy, a na koniec przemijamy, odchodzimy, zostawiamy miejsce innym. To kwintesencja życia, nie walczę z tym.

Maria Mazurek

Dodaj pierwszy komentarz

Komentowanie artykułu dostępne jest tylko dla zalogowanych użytkowników, którzy mają do niego dostęp.
Zaloguj się

plus.dzienniklodzki.pl

Polska Press Sp. z o.o. informuje, że wszystkie treści ukazujące się w serwisie podlegają ochronie. Dowiedz się więcej.

Jesteś zainteresowany kupnem treści? Dowiedz się więcej.

© 2000 - 2020 Polska Press Sp. z o.o.