Wirtuoz i polityka. Rzecz o pianiście, łodzianinie Arturze Rubinsteinie

Czytaj dalej
Fot. Archwium Muzeum Miasta Łodzi
Przemysław Waingertner

Wirtuoz i polityka. Rzecz o pianiście, łodzianinie Arturze Rubinsteinie

Przemysław Waingertner

Artur Rubinstein należy do największych artystów wywodzących się z Łodzi. Był jednak również niezwykłą postacią i na gruncie dyplomacji.

Artur Rubinstein to niezmienna ozdoba kanonicznej listy Wielkich Łodzian - wirtuoz fortepianu, ale zarazem egocentryk, sybaryta i skandalista, do tego autor głęboko moralnych gestów, odnoszących się do życia politycznego, będących reakcją wrażliwego człowieka i Polaka o żydowskich korzeniach wobec okrucieństw, w jakie obfitowało minione stulecie.

Artur Rubinstein wśród przygodnych turystów, Żelazowa Wola
Archwium Muzeum Miasta Łodzi Artur Rubinstein, pianista wybitny, rok 1968

Z „czerwonej Łodzi” na światowe salony

Urodził się w 28 stycznia 1887 roku w Łodzi, jako najmłodsze z sześciorga dzieci, w żydowskiej rodzinie, ulegającej jednak mocno urokowi polskości - przodkowie przyszłego wirtuoza zginęli w Powstaniu Styczniowym, a całe rodzeństwo wychowywane było w duchu polskiej tradycji. Artur ku zdziwieniu całej - zgoła niemuzykalnej - familii przejawiał nadzwyczajne uzdolnienia muzyczne. Uczył się w rosyjskiej szkole, której rygorów nie znosił, a uczucie niechęci do zaborcy potęgowały jeszcze akty przemocy, jakich zdarzało mu się być świadkiem na ulicach „czerwonego”, zrewoltowanego miasta nad Łódką. Tak zapamiętał atak rosyjskiego wojska na jedną z manifestacji, które w „gorących” początkach XX wieku nierzadko przeciągały ulicami „polskiego Manchesteru”: „Z bocznej ulicy wypadł oddział kozaków, wymachując nahajkami. Gdy ofiary uciekały, aby ocalić życie, rozwścieczeni kozacy napadali na niewinnych przechodniów, tratując i raniąc, kogo popadło”.

Ucieczką od carskiej szkoły były powieści Sienkiewicza i oczywiście gra na fortepianie. Jej lekcje pobierał najpierw u Adolfa Prechnera w Łodzi, później u mistrzów warszawskich i wreszcie w cieszącej się wielką sławą berlińskiej Wyższej Szkole Muzycznej. Przełom w życiu młodego muzyka nastąpił 1902 roku, kiedy to okazał się prawdziwą młodą gwiazdą koncertu w Filharmonii Warszawskiej. Dzięki odniesionemu triumfowi uzyskał „posłuchanie” w Szwajcarii u samego maestro Paderewskiego, a dwa lata później przeniósł się do ówczesnej „stolicy Europy”, Paryża. Tam stawiał pierwsze kroki na drodze światowej kariery, którą miały znaczyć od tej pory wielkie europejskie i amerykańskie trasy koncertowe. Występował też w Polsce - w rodzinnej Łodzi, Warszawie, Lwowie i Krakowie. Bałwochwalczym nieledwie uwielbieniem otaczano go w Hiszpanii i całej Ameryce Łacińskiej, gdzie wdowa po prezydencie Argentyny podarowała mu nawet drogą perłę (nosił ją w krawacie do końca życia).

Artur Rubinstein wśród przygodnych turystów, Żelazowa Wola
Grzegorz Gałasiński W Muzeum Miasta Łodzi można oglądać odlew dłoni pianisty

W swojej osiemdziesięcioletniej karierze pianisty wystąpił ponad sześć tysięcy razy, grając najczęściej ulubione utwory Bacha, Mozarta, Beethovena, Chopina, Rachmaninowa, Szymanowskiego i Ravela. Nagrywał setki płyt. Do dziś pozostaje jednym z najbardziej znanych wirtuozów fortepianu. Świat - nie tylko muzyczny - wciąż o nim pamięta. Od 1974 roku w Izraelu organizowany jest konkurs pianistyczny na jego cześć. W 1984 roku jego imię nadano Filharmonii Łódzkiej, a w 1991 roku - słynnemu zespołowi szkół muzycznych w Bydgoszczy (w obu miastach odbywają się również cyklicznie prestiżowe, „rubinsteinowskie” międzynarodowe festiwale i konkursy pianistyczne). Mamy też odbywający się w Łodzi Rubinstein Piano Festival.

Muzyczny enfant terrible

Niezależnie od osobowości wielkiego artysty, miał Artur Rubinstein i inne oblicze: egoisty, narcyza, celebryty, a zarazem prawdziwego enfant terrible muzycznego świata. Uwielbiał obracać się w wielkim towarzystwie i przyciągać jego uwagę: „Gdy był obecny na przyjęciach jadł, palił cygara, pił szampana i robił to, co potrafił chyba najlepiej, oczywiście oprócz gry na fortepianie - to znaczy opowiadał cudowne historie. Zawsze był duszą przyjęć - kochał nastrój biesiadny” - wspominała pianistka Eunice Podis. Dzięki talentowi zdobył krociowy majątek, który umożliwił mu prowadzenie nieprzyzwoicie luksusowego życia - jakby chciał zatrzeć we własnej pamięci wspomnienia nędznej egzystencji u progu wielkiej kariery. Wtedy zapożyczał się u przyjaciół, był klientem niezliczonych lombardów, a nawet - w ciężkiej depresji wywołanej biedą - próbował popełnić samobójstwo, wieszając się w hotelowej łazience (jednak pasek od szlafroka nie utrzymał jego ciężaru ciała i niedoszły samobójca potłukł się tylko gruntownie).

Artur Rubinstein wśród przygodnych turystów, Żelazowa Wola
Archwium Muzeum Miasta Łodzi Artur Rubinstein

W latach artystycznych dostatku lubił szokować ekstrawaganckim i dekadenckim stylem życia. Tak zapamiętał udział w towarzystwie sławnego skrzypka Jaschy Heifetza w „balu” Akademii Sztuk Pięknych w międzywojennym Paryżu: „Sala była zatłoczona. Dziewczęta miały na sobie tuniki uwydatniające nagie ciała. W miarę upływu czasu następowało coraz większe rozpasanie. Była to rzymska orgia, jednakże wyobraźnia paryskich studentów przewyższyła wyobraźnię starożytnych. Heifetz, przerażony, patrzył na wszystko szeroko otwartymi oczami. Bardzo mnie to ubawiło, ale Jascha z wrażenia omal nie zemdlał”.

W 1932 roku poślubił Nelę Młynarską, córkę dyrygenta i dyrektora Opery Warszawskiej. Jednak małżeństwo nie przeszkadzało mu w nader licznych miłostkach i romansach. Jego kochankami bywały przy tym i znane divy operowe, i primabaleriny i arystokratki. Annabella Whitestone - prawdziwa perła w koronie erotycznych podbojów Rubinsteina - tak wyjaśniała później powodzenie, jakim cieszył się wśród płci nadobnej: „Był jednym z nielicznych mężczyzn naprawdę znających kobiety, wiedział, jak sprawić, by każda wierzyła, że jest jedyną kobietą na świecie”.

Artur Rubinstein wśród przygodnych turystów, Żelazowa Wola
Archiwum Biblioteki im. Piłsudskiego Arturowi Rubinsteinowi poświęcono liczne wydawnictwa...

Maestro uwielbiał również ucztować, a ponad wszystko cenił wyszukaną kuchnię. Potrafił też wykazać dystans do sławy. Z ironią opisywał na przykład uroczystość przyznania mu prestiżowego doktoratu honoris causa amerykańskiego Uniwersytetu Columbia: „Byłem jednym z pięciu, którzy dostąpili tego zaszczytu. Trzech profesorów innych uniwersytetów, nieznanych obecnym, otrzymało chłodny aplauz, mnie zgotowano owację, po mnie przyjmował swój tytuł młody człowiek, witany prawdziwymi okrzykami entuzjazmu zebranych. Gdy spytałem sąsiada, czym zasłużył sobie na ten entuzjazm, ów odparł: Wynalazł pigułkę antykoncepcyjną”.

Obywatel państwa, którego nie było

Arturowi Rubinsteinowi należy się również tytuł pierwszego obywatela odrodzonego w 1918 roku państwa polskiego. Został nim uznany oficjalnie w zgoła niecodziennych okolicznościach, gdyż jeszcze przed odzyskaniem przez Rzeczpospolitą niepodległości. U schyłku I wojny światowej maestro chciał odbyć trasę koncertową po Ameryce Południowej. Jednak jego rosyjski paszport po wybuchu rewolucji i detronizacji cara stracił ważność. Wówczas sam król hiszpański, Alfons XIII, polecił pianiście wydać specjalny hiszpański paszport jako obywatelowi Polski (zatem państwa, które nie funkcjonowało w świetle prawa międzynarodowego), gwarantując „słowem monarchy” tożsamość Rubinsteina.

Trzeba przyznać przy tym, iż muzyk część swych ówczesnych honorariów przeznaczał na wsparcie dla dotkniętych skutkami konfliktu, a adresatami jego finansowej pomocy byli zarówno doświadczeni wojenną zawieruchę artyści (między innymi rosyjski kompozytor Igor Strawiński), jak i anonimowe ofiary wojny - również na ziemiach polskich, które otrzymywały środki finansowe, zgromadzone na kwestach, w jakich uczestniczył.

Artur Rubinstein wśród przygodnych turystów, Żelazowa Wola
Krzysztof Szymczak Dzięki Arturowi Rubinsteinowi mamy w Łodzi statuetkę Oscara

Już w okresie międzywojennym, nie oglądając się na konsekwencje finansowe, pryncypialnie zareagował na antysemickie posunięcia III Rzeszy i faszystowskich Włoch. Po ogłoszeniu antyżydowskich ustaw przez Mussoliniego, odwołał w 1938 roku bajecznie opłacane koncerty w Italii i zwrócił włoskie odznaczenia. Potępiając poparcie, jakiego udzielił naród niemiecki Hitlerowi, odrzucał nawet po II wojnie światowej wszelkie zaproszenia na koncerty w Niemczech, które już na zawsze pozostały dla niego państwem ustaw norymberskich. W 1939 roku opuścił Stary Kontynent i zamieszkał w Stanach Zjednoczonych, gdzie koncertował wraz z legendarnym Janem Kiepurą na rzecz uchodźców z okupowanej przez Niemcy i Związek Sowiecki Polski i z innych krajów europejskich. A przy tym hojnie wspomagał polskich artystów-emigrantów, „dofinansowując” Juliana Tuwima, Kazimierza Wierzyńskiego, czy choćby Jana Lechonia.

San Francisco, 1945: Gloria victis!

Do historii przeszła jednak przede wszystkim patriotyczna demonstracja artysty podczas uroczystości w San Francisco, związanych z podpisaniem 26 czerwca 1945 roku Karty Narodów Zjednoczonych i powołaniem do życia Organizacji Narodów Zjednoczonych. Sam tak to wydarzenie wspominał: „W niedzielę nie było sesji, wszyscy odpoczywali. Ale ja miałem koncert w sali. Była duża sala, pełna chorągwi. Ja przyszedłem na próbę i szukałem chorągwi polskich. Chorągwi nie było. Jak to, powiedziałem, cała wojna szła o Polskę. Niby to Francja, Anglia, Ameryka walczyły za Polskę. Ja byłem wściekły. Jak był koncert po południu, musiałem zawsze podczas wojny grać na początku hymn amerykański. I grałem tym razem też, jak zwykle, ale nagle coś we mnie wezbrało. Wstałem z krzesła, zamiast grać dalej, powiedziałem: >>Tutaj, w tej sali, chcecie urządzić szczęśliwą przyszłość świata. Brakuje mi chorągwi Polski, za którą walczyliście. Ja tego nie mogę tolerować. Ja wam zagram hymn polski. I proszę wstać!<<. I tam był rosyjski ambasador, przedstawiciele wszystkich ambasad. Przyszli na koncert. No i wstali. Ja zagrałem nasz hymn >>Jeszcze Polska nie zginęła<<. Dobrze, powoli, wzruszająco z całego serca... I to strasznie ich uderzyło. Wszystkie gazety nie pisały o samym koncercie tylko o tym. I to się bardzo rozeszło. No i armia polska tego nigdy nie zapomniała”.

Rubinstein wielokrotnie podkreślał, że był to ten moment w życiu, z którego był najbardziej dumny. Cenił sobie głosy poparcia dla jego gestu, jakie napłynęły później od polskiej emigracji, a przede wszystkim - oficerów i żołnierzy Polskich Sił Zbrojnych na Zachodzie. Znany ze swych antykomunistycznych poglądów (z całego „świata komunizmu” cenił tylko kubańskie cygara) przez ponad dwadzieścia lat nie pojawił się w „ludowej” Polsce, gdzie jego nazwisko objęte było zresztą cenzorskim zapisem. Dopiero w 1960 roku zgodził się przewodniczyć jury słynnego Konkursu Chopinowskiego.

Miłość do Polski dzielił z fascynacją Stanami Zjednoczonymi i szczerym poparciem dla odbudowanego państwa Izrael. Po śmierci, która nastąpiła 20 grudnia 1982 roku w szwajcarskiej Genewie, jego prochy spoczęły w lasku posadzonym w granicach Jerozolimy, na zboczu góry Orah.

Przemysław Waingertner

Dodaj pierwszy komentarz

Komentowanie artykułu dostępne jest tylko dla zalogowanych użytkowników, którzy mają do niego dostęp.
Zaloguj się

Polska Press Sp. z o.o. informuje, że wszystkie treści ukazujące się w serwisie podlegają ochronie. Dowiedz się więcej.

Jesteś zainteresowany kupnem treści? Dowiedz się więcej.

© 2000 - 2022 Polska Press Sp. z o.o.