Wielka głębia i jej oszałamiający efekt Martini

Czytaj dalej
Jerzy Filipiuk

Wielka głębia i jej oszałamiający efekt Martini

Jerzy Filipiuk

Poniżej 250 metrów było tylko jedenastu nurków, a poniżej 280 metrów, trzech lub czterech. Więcej ludzi było na Księżycu - mówi Krzysztof Starnawski, pierwszy Polak, który zszedł na dno najgłębszego polskiego jeziora. We wrześniu pobił kolejny rekord świata. W jeziorze Garda zanurkował 303 metry pod taflą wody.

Nurkuje Pan na głębokość nawet ponad 200 metrów. Jakie największe zagrożenia czekają pod wodą?

Woda jest z założenia obcym środowiskiem dla człowieka. Jest na tyle obce, że jego ciało i psychika reagują bardzo niestandardowo na to, co się tam dzieje. Pod wodą nie jesteśmy w stanie żyć, nie mając odpowiedniego sprzętu do oddychania. A nawet jeśli go mamy, to nie możemy bezkarnie przebywać pod wodą zbyt długo lub zbyt głęboko. I stąd się biorą zagrożenia.

Te fizyczne to...

Narkoza azotowa, neurologiczny syndrom wysokich ciśnień (HPNS), który występuje przy bardzo głębokich nurkowaniach oraz zatrucie gazami, którymi oddychamy. Tlen, który na powierzchni jest życiodajny, pod wodą - pod większym ciśnieniem - staje się trujący. Azot, którego na co dzień nie odczuwamy, pod wodą działa jak narkotyk. To wszystko wiąże się z głębokością, czasem i wysiłkiem podejmowanym pod wodą.

Podobno reakcję organizmu na przebywanie głęboko pod wodą można porównać do zachowania się po wypiciu sporej ilości alkoholu.

Zjawisko to opisane jest jako efekt Martini. Im głębiej się nurkuje, tym wyższe jest ciśnienie parcjalne azotu. Dzieje się tak, gdyż gaz, którym oddychamy, musi być dostarczany pod tym samym ciśnieniem, jakie panuje na zewnątrz. W przeciwnym razie ciśnienie hydrostatyczne zgniotłoby płuca nurka. W efekcie nadmiernej podaży gazu czujemy się tak, jakbyśmy wypili kolejny kieliszek alkoholu. Stąd utarło się przekonanie, że jest to jakby odurzenie alkoholem. Zmysły są przytępione, człowiek ma zaburzony tok myślenia i widzenia. Im głębiej, tym narkoza azotowa - bo tak to się jednak powinno określać - jest większa. Uważa się,że 40 metrów głębokości to dolna granica dla oddychania sprężonym powietrzem, czyli mieszanką, w której jest 21 procent tlenu i około 78 procent azotu.

A rola psychiki?

Świadomość, że nie możemy bezkarnie szybko się wynurzyć, musimy szybko rozwiązywać problemy pod wodą, powoduje, że nie każdy psychicznie sobie z tym radzi. Trzeba mieć predyspozycje do radzenia sobie ze stresem. Dlatego tak niewielu decyduje się na trudne projekty, a i ci, co się odważą, nie zawsze dają sobie radę. Są jeszcze zagrożenia wynikające ze środowiska, w którym nurkujemy. Zalana jaskinia może się zawalić, możemy w niej zgubić drogę. Na kursach wiele mówię o tych wszystkich zagrożeniach i o zarządzaniu ryzykiem, czyli co robić, by nurkować na najwyższym poziomie i przeżyć.

Właśnie - przeżyć... Podobno wielu kolegów, z którymi zaczynał Pan przed laty nurkować, zginęło.

Z Polaków faktycznie wielu. Smutna to prawda i często zadaję sobie pytanie, czemu musiało się tak stać. Analiza wypadków to też nauka, z której można wyciągnąć wnioski na przyszłość.

Nie posiada Pan rodziny właśnie dlatego, że ma tak niebezpieczne zajęcie?

Pasja mężczyzny podoba się kobiecie tylko do pewnego momentu, potem zaczyna być już problemem. Druga sprawa to poczucie odpowiedzialności. Zakładanie rodziny w sytuacji, kiedy wiem, że mógłbym zapłacić życiem za swą pasję, byłoby nierozsądne z mojej strony.

Jest jakaś granica wieku, do której zamierza Pan nurkować?

Fizycznie nie ma takich ograniczeń. Do nurkowania kondycja nie jest bardzo potrzebna. Projekty można realizować mając nawet 60-70 lat. Bardzo ważne są natomiast stan psychiczny i doświadczenie. Jeśli człowiek nie pływa szybko, może użyć skuterów podwodnych, może tak zaplanować nurkowanie, by wysiłek był mniejszy, podzielić projekt na etapy. Jest wielu nurków, którzy w wieku ponad 60 lat podejmują się realizacji trudnych projektów, bo mają duże doświadczenie. Myślę, że dopóki pozostanę sprawny mentalnie i nadal będzie mnie pasjonować odkrywanie świata, to ze stroną fizyczną sobie poradzę.

Jak Pan przygotowuje się do wypraw?

Kondycję fizyczną, sferę psychiczną i technikę nurkowania trzeba mieć opanowaną. Pytanie tylko, jak do tego dojść. Czy trenować kondycyjnie trzy razy w tygodniu, czy po prostu żyć aktywnie? Ja cały czas biegam. Jest to potrzebne dla ogólnej sprawności. Jednak nie pamiętam, bym do jakiegoś projektu przygotowywał się specjalnie. Dbam o to, by być w dobrej formie, a jeśli z jakiegoś powodu źle się czuję, wówczas odkładam realizację projektu na później.

A jak Pan zbiera fundusze?

Niestety, cały czas sam finansuję swe wprawy. W Meksyku co roku jestem przez cztery miesiące. Przez trzy pracuję jako instruktor. Mam tam własną szkółkę nurkową. Nie robię wysokobudżetowych wypraw, bo nie stać mnie na nie. Jedyny projekt częściowo dofinansowywany to Hranicka Propast - Step beyond 400 metres, bo po kilkunastu latach jego realizacji National Geographic przyznał mi grant naukowy.

Kiedyś, odkrywając nowe miejsca pod wodą, wyznał Pan, że czuje się jak... Krzysztof Kolumb.

Bycie odkrywcą czegoś nowego, miejsc, w których wcześniej nigdy nie był człowiek, odnalezienie jakiegokolwiek nowego zakątka, zwłaszcza w XXI wieku, to piękne uczucie. Gdybym żył w XV wieku, to pewnie bym popłynął z Kolumbem, obok niego albo przed nim w poszukiwaniu Ameryki. Gdy jadę samochodem, czuję radość z każdego nowego miejsca, które zobaczę. A co dopiero, kiedy odkryję coś, czego nikt wcześniej nie widział. Ważna dla mnie jest też droga do realizacji projektu. Takie „gonienie króliczka” to przyjemność sama w sobie.

Wielka głębia i jej oszałamiający efekt Martini

Pasjonuje się Pan także nurkowaniem w zatopionych wrakach.

Wrak okrętu, który zatonął w czasie wojny i w którym od tego czasu nic nie było tknięte, stanowi swego rodzaju kapsułę czasu. To też jest podróż, tyle że w przeszłość. Odbyłem ich dużo. Bałtyk pod tym względem był jak Eldorado. W czasach komuny nurkowania w morzu były zabronione lub bardzo utrudniane. Nikt nie mógł niczego odkrywać. Wszystko zostało dla naszego pokolenia.

Dziś chyba łatwiej bić rekordy, eksplorować podwodne miejsca?

Przed 20 laty mój kolega, który teraz prowadzi firmę nurkową w Warszawie, przez rok przygotowywał się, żeby zanurkować na dno Hańczy, najgłębszego - ponad 100 metrów - polskiego jeziora. Razem z kolegą analizował, co go może spotkać na takiej głębokości. Była burza mózgów. Ja się do tego samego projektu przygotowywałem 4 miesiące, też zastanawiając się, jak ten temat ugryźć. Dziś takie nurkowanie wykonuje początkujący nurek podczas drugiego lub trzeciego dnia kursu. Różnica polega na tym, że my przecieraliśmy szlaki, nie wiedzieliśmy, co nas czeka pod wodą. A kursant powtarza sprawdzony schemat działań, który my w szerokim tego słowa pojęciu dopracowywaliśmy przez wiele lat. Dziś nurkowie mają więcej pieniędzy, lepszy sprzęt, korzystają ze sprawdzonych standardów.

Ile osób na świecie nurkuje tak głęboko jak Pan?

Poniżej 250 metrów było tylko jedenaście, a poniżej 280 - trzy lub cztery. Więcej ludzi było na Księżycu.

To do Pana od 2011 roku oficjalnie należy rekord świata w nurkowaniu głębinowym na sprzęcie o obiegu zamkniętym - 283 metry.

To jest dyskusyjna kwestia, gdyż pewien Anglik podobno wykonał jeszcze głębsze nurkowanie - na 290 metrów - ale nigdy tego nie udowodnił. Podobnie było z najlepszymi wynikami w nurkowaniu na sprzęcie o obiegu otwartym. W 2005 roku Portugalczyk, wychowany w RPA, Nuno Gomes osiągnął 318,5 metra, a Francuz Pascal Bernabe miał uzyskać aż 330 metry. Z kolei w 2014 roku Egipcjanin Ahmed Gabr miał osiągnąć głębokość 333 metry i znalazł się nawet w Księdze rekordów Guinnessa. Spośród nich jedynie Gomez udowodnił swój wynik.

A jak nurek może udowodnić, że był na określonej głębokości?

W nurkowaniu głębokim nie ma jeszcze dużej presji, więc nie ma jednoznacznych wyznaczników, jak to należy i czy w ogóle udowodnić. Spotykałem się z nurkami, którzy mówili: „Nie będę niczego udowadniał, bo robiłem to dla siebie”. Fajnie byłoby więc, gdyby zachowali taką informację faktycznie tylko dla siebie, bo gdy wypływa ona w świat, to już nie jest „dla siebie”. Dwa z trzech najgłębszych nurkowań nigdy nie zostały udowodnione. Ja swój rekord udowodniłem dla zasady. Miałem kamerę na kasku, która filmowała moje nurkowanie i komputery podające głębokość mojego zanurzenia. Przez wiele lat próbowałem narzucić taki standard, ale innym nurkom było to obojętne.

Proszę wyjaśnić pojęcia obiegu otwartego i zamkniętego.

To kwestia sposobu oddychania. W obiegu otwartym stosuje się butle ze sprężonym gazem, zredukowanym do odpowiedniego ciśnienia, dobranego do danej głębokości. Obsługa aparatu oddechowego jest prosta i mało awaryjna, dlatego jest to system najbardziej popularny. Każdy oddech powoduje jednak bezpowrotną utratę gazu z butli. Im głębiej będziemy nurkować, tym więcej potrzebujemy butli. Dlatego wymyślono obieg zamknięty. W płucach jest 78 procent azotu, 21 procent tlenu i 1 procent innych gazów. Z 21 procent tlenu zużywa się tylko 4, a reszta jest wydychana i marnowana. Stwierdzono, że warto to wykorzystać. Obieg zamknięty polega na tym, że to, co wydychamy, wraca z powrotem do urządzenia. Najpierw mieszanka oddechowa przepuszczana jest przez filtry, aby usunąć wydychany przez nurka dwutlenek węgla, a następnie uzupełnia się ją w tlen, a obecny w mieszance azot krąży cały czas, bowiem gaz ten nie bierze udziału w procesie oddychania. Z 10-litrową butlą na głębokości 40 metrów na obiegu otwartym nurek może przebywać 20 minut, a na zamkniętym ponad 20 godzin. Obiegi te są jednak dość kosztowne, skomplikowane, zawodne i niebezpieczne, czyli nie nadają się dla początkującego nurka. Ich obsługa wymaga profesjonalnego przeszkolenia i treningu.

Pan wybrał obieg zamknięty...

W 1999 roku w czeskiej jaskini Hranicka Propast zanurkowałem na 181 metrów na obiegu otwartym i ledwo zdążyłem się wynurzyć. Gazy mi się kończyły. A byłem na tej głębokości 15-20 sekund. Musiałem szybko wracać, choć miałem ze sobą z 9 butli. 12 lat później na obiegu zamkniętym nie dość, że zszedłem na ponad 260 metrów, to miałem jeszcze dużo czasu na stworzenie dokumentacji tego rejonu.

Jakiego Pan sprzętu używa pod wodą?

Skutera i podwójnego rebreathera. Skuter zapewnia możliwość szybkiego przemieszczania się. Napęd zapewnia prędkość około 40 metrów na minutę, czyli ponad dwa razy szybciej, niż człowiek może płynąć o własnych siłach. Dualrebreather to podwójny aparat oddechowy o obiegu zamkniętym. Jestem pierwszą osobą, która go skonstruowała i zaczęła używać w praktyce. Standardowy rebreather wystarcza na oddychanie pod wodą do 10 godzin. Największym ograniczeniem w obiegu zamkniętym są filtry, które zawierają wodorotlenek litu, potasu, które absorbują dwutlenek węgla. Każdy filtr w pewnym momencie nasyci się tym gazem i trzeba go wymienić, co wymaga wyjścia z wody. Aby przedłużyć czas pobytu pod wodą i zapewnić sobie większe bezpieczeństwo, postanowiłem spróbować połączyć dwa odrębne aparaty w jeden system. Po kilku latach prób udało mi się opracować i udoskonalić system, którego używam do dziś.

Zdarzyło się Panu zgubić pod wodą?

Dwukrotnie. Za pierwszym razem, gdy nie posiadałem jeszcze wiedzy na ten temat, bo gdy zaczynałem nurkować, nie miałem się w Polsce od kogo uczyć. Uczyłem się na własnych błędach. Wtedy na Słowacji popełniłem duży błąd. Zgubiłem poręczówkę na głębokości 30-40 metrów. Nie mogłem jej znaleźć, nie wiedziałem, jak się jej szuka. Przeżyłem duży stres. Po wynurzeniu witałem się na nowo z życiem. Potem zdarzało mi się zgubić poręczówkę, ale mając już doświadczenie, nie czułem dużego stresu, bo wiedziałem, że sobie poradzę z tym problemem.

A jak Pan sobie radzi z pokonywaniem wąskiego przejścia?

To zawsze powoduje stres. W suchej jaskini, gdy człowiek się zaklinuje w zacisku, ma praktycznie nieograniczony czas na próbę wydostania się z niego. Może przepychać się, mogą pomagać mu koledzy. Pod wodą tego czasu nie ma. Poza tym podczas przeciskania się przez zacisk może dojść do uszkodzenia sprzętu lub wypadnięcia ustnika aparatu oddechowego. Dlatego nie lubię przechodzenia przez zaciski. Robię to tylko wtedy, gdy nie mam innego wyboru.

Nurkuje Pan tylko w jaskiniach?

Praktycznie tak. Czasem w morzu w ramach treningów. Nurkowanie jaskiniowe jest zdecydowanie trudniejsze, pod każdym względem. Mamy cały czas „sufit” nad głową, nie możemy się wynurzyć, mamy problemy nawigacyjne, musimy rozkładać poręczówkę, żeby się nie zgubić. Wiele śmiertelnych wypadków zdarza się właśnie z tego powodu. I najważniejsza sprawa: tam jest zawsze ciemno. Musimy mieć dużo światła. W przypadku awarii trudno byłoby się poruszać.

Jest Pan nie tylko świetnym nurkiem, ale i wynalazcą sprzętu do nurkowania...

Jestem prekursorem w wielu rozwiązaniach technicznych. Zmusiło mnie do tego życie. Gdy stawał przede mną jakiś problem, to miałem do wyboru: albo go rozwiązać i iść dalej, albo się zatrzymać i czekać, aż to zrobi ktoś za mnie. Na przykład: gdy było mi zimno, skonstruowałem sobie samodzielnie ogrzewanie elektryczne, które obecnie jest dostępne w każdym sklepie nurkowym. Rok później z kolegą dopracowaliśmy ten system, adaptując do celów nurkowych płachty grzewcze montowane w siedzeniach samochodów. Dziś te systemy są wykonywane fabrycznie, doskonale dopracowane i przeznaczone dla nurków. Sporządziłem też prototyp wodoodpornej osłony na wiertarkę, wspomniany wcześniej podwójny rebreather, habitat, czyli dzwon nurkowy, w którym wykonuje się dekompresję.

Dekompresja to wyjątkowo ważna kwestia w nurkowaniu...

Nagłe wynurzenie można porównać do sytuacji, w której otwieramy gwałtownie butelkę z coca-colą. Wykipi cała zawartość, bo zawarty w niej gaz musi się wydzielić. Gdy jednak butelkę będzie się otwierać bardzo powoli, gaz będzie się uwalniał stopniowo. Analogicznie zachowuje się krew, w której podczas głębokiego nurkowania rozpuszczony został gaz obojętny. Podczas wynurzania ciśnienie hydrostatyczne maleje, więc pęcherzyki gazu zwiększają swoją objętość. Jeśli dojdzie do tego w sposób gwałtowny i niekontrolowany, gaz zablokuje naczynia krwionośne, może nawet doprowadzić do ich rozerwania. Poza tym azot pod dużym ciśnieniem wnika w tkanki organizmu, także w stawy i tkankę mózgową. Dekompresja jest konieczna, by nie doszło do ich uszkodzenia. Można ją określić jako takie właśnie powolne otwieranie butelki.

Ile ona trwa w porównaniu ze schodzeniem na daną głębokość?

Zejście na 250 metrów trwa 10-15 minut, pobyt tam minutę, dwie lub trzy, a wynurzanie się około 10 godzin. Można oczywiście na tej głębokości przebywać dłużej, ale wymagać to będzie bardzo długiej dekompresji. Podczas wynurzania zatrzymuję się na jakiś czas na danej głębokości, aż wykonam przystanek dekompresyjny.

Co można robić podczas tak długiego wynurzania się?

Pod wodą ma się wrażenie, że czas bardziej się dłuży niż na ziemi. Stąd mój pomysł na czytanie książek pod wodą. Kopiowane strony książek są zafoliowane. W ten sposób przeczytałem między innymi biografię Olivera Stone’a. To jeden z motywatorów do moich projektów, skuteczny w chwilach, gdy się wypalam, czuję, że mi się nie chce, nie mam już siły. Teraz „połykam” książki Wilbura Smitha. Niekiedy lektura tak bardzo mnie pochłania, że potrafię przedłużyć dekompresję o kilkadziesiąt minut. Tak było na przykład w Macedonii na ostatniej wyprawie. Nurkowie zabezpieczający denerwowali się, czemu się nie wynurzam, bo miałem to zrobić 45 minut wcześniej. Jeden z nich wszedł do wody, by sprawdzić, co robię, a ja chciałem skończyć czytać to, co sobie wydrukowałem.

Realizując pasję nurkowania, ryzykuje Pan życie. Warto?

Sam sobie zadaję to pytanie. Jeśli miałbym to robić tylko dla przyjemności, to wolałbym pojeździć rowerem. Ale jeśli w trakcie swoich działań odkryję nieznany kawałek świata, to warto. Porażki są wkalkulowane w moje zajęcie. W Meksyku pracuję już tyle lat, wydałem wiele pieniędzy, straciłem dużo zdrowia, i może się skończyć tym, że się poddam, nie odnajdę połączenia między dwoma systemami jaskiń. Nawet jednak, gdy tak się stanie, to jest to dla mnie tak wielka, pasjonująca przygodą, że mógłbym całe życie robić takie projekty. To jest sens mojego życia. Podczas nurkowania nie mogę wszystkiego przewidzieć, ale dbam o ważne elementy projektu i mam intuicję. Wiem, kiedy powiedzieć „stop”, wyczuwam granice, których nie mogę przekroczyć. Podejrzewam, że trochę instynktownie, albo jest to efekt doświadczenia. Bywałem w trudnych sytuacjach, wychodziłem z nich jednak cało. Może z pokiereszowaną psychiką lub złym samopoczuciem, ale nie zapłaciłem za to życiem ani zdrowiem.

Jakie kolejne cele stawia Pan przed sobą?

Jestem bardzo bliski znalezienia wspomnianego połączenia w Meksyku. Dużą wagę przykładam do tego, żeby swoje wyprawy robić w dobrym stylu. Nie uznaję zasady, że cel uświęca środki. Co jest najbardziej cenione w świecie nurkowym? Najgłębsze nurkowanie. Nie najgłębsza jaskinia, nie bardzo trudne połączenie, tylko najgłębsze nurkowanie. To tak jak wejście na Mount Everest. Najwyższa góra, to się liczy. Nieważne, jaką drogą, w jakim stylu.

Jerzy Filipiuk

Dodaj pierwszy komentarz

Komentowanie artykułu dostępne jest tylko dla zalogowanych użytkowników, którzy mają do niego dostęp.
Zaloguj się

plus.dzienniklodzki.pl

Polska Press Sp. z o.o. informuje, że wszystkie treści ukazujące się w serwisie podlegają ochronie. Dowiedz się więcej.

Jesteś zainteresowany kupnem treści? Dowiedz się więcej.

© 2000 - 2019 Polska Press Sp. z o.o.