Katarzyna Kachel

Ukraińscy dziennikarze: Zostać czy wyjechać. To nigdy nie jest łatwa decyzja

Ukraińscy dziennikarze: Zostać czy wyjechać. To nigdy nie jest łatwa decyzja
Katarzyna Kachel

Chcieli opowiedzieć co czują. Opisać bezradność, strach, niepewność. Na co dzień piszą i mówią po ukraińsku, ale przetłumaczyli swoje teksty, by móc się z nami podzielić. To nigdy nie jest łatwa decyzja. Zostać czy wyjechać. Uciekać, porzucić dom, rodziców, to, co się zna i jechać w miejsce nieznane, obce.

lyona Lozovenko: Nie wiem, czy wrócę i kiedy
Nie chciałam porzucać rodzinnej wsi, ale byłam zmuszona to zrobić. Zostawiłam rodzinę w domu, zabrałam tylko jeden plecak. Jechałam na dworzec, nie mając pojęcia, do którego pociągu wsiądę. Najpierw spróbowałam wepchnąć się do pociągu relacji Kijów - Iwano-Frankowsk. Wagonów długo nie otwierali, kobiety krzyczały, dzieci płakały. Kiedy nadeszła policja i drzwi zostały otwarte, wciśnięto mnie tak, że nie mogłam oddychać. Uwięziona między kobietą z wielką żółtą walizą, a jakimś mężczyzną i małym chłopczykiem, patrzyłam na bójki ludzi z policją i maszynistami pociągów. Nie można ich oceniać, bo tymi zachowaniami kieruje strach i chęć przeżycia. Za trzecim razem wsiedliśmy do pociągu, nie wiedzieliśmy, jaką trasą będzie jechał pociąg, niektórzy nie mieli nawet pojęcia, dokąd jadą. Wsiadali na oślep, byle jak najdalej od ostrzału, byle przeżyć.

Początkowo jechaliśmy na stojąco, potem siedząc na podłodze, a po kilku leżeliśmy na podłodze w korytarzu. Na przystankach wolontariusze podają jedzenie i wodę. Dzieci nie przestają płakać, matki na nie krzyczą. We Lwowie pociąg opuściła połowa pasażerów i nareszcie usiedliśmy w przedziale. Próby przespania się na siedząco szybko porzuciliśmy. Po dotarciu na peron o piątej rano spędziliśmy jeszcze dwie godziny na dworcu, czekając na koniec godziny policyjnej. Pomogli nam wolontariusze, dzięki czemu mogliśmy zjeść śniadanie i ogrzać się herbatą, A potem taksówką dojechaliśmy do znajomych. Można powiedzieć, że jesteśmy bezpieczni, ale z słuchawki telefonicznej rodziców wciąż słyszę wybuchy.

Maria Mitsay. Chcemy żyć pod wolnym niebem
Po kolejnych wybuchach w Kijowie szybko zrozumiałam, że warto zbierać najcenniejsze i wracać do domu, na Ukrainę Zachodnią. Po dwóch godzinach chaotycznej zbiórki razem z babcią i dziadkiem siedziałam w samochodzie. Nie miałam pojęcia, że przede mną dwie doby bez snu i 34 godziny w drodze. Miasto stało w długich korkach. Most Południowy, który łączy lewy brzeg Kijowa z prawym był całkiem wypełniony samochodami, autobusami, ciężarówkami. Dalej na ulicy zaczęłam dostrzegać mnóstwo ludzi, którzy w panice opuszczali miasto. Jedni czekali na autobus, drudzy mieli nadzieję na dojazd z kimś autostopem, a niektórzy po prostu zaczął iść pieszo. Na wyjeździe z Kijowa spędziliśmy jeszcze 12 godzin. W drodze na żytomierską autostradę pojawił się kolejny poważny problem: prawie skończyła się benzyna. Na szczęście udało się ją znaleźć. Mijaliśmy kolumny wojskowe i modliliśmy się, żeby po prostu przeżyć i zobaczyć krewnych. Przez całą drogę padały pytania: Dlaczego to się wydarzyło? Jak można było w XXI wieku dopuścić do takiego dramatu. Jak można w jednej chwili odebrać ludziom dom, rodzinę?
Teraz czujemy się bezpiecznie, ale każdego dnia serce mi pęka, kiedy widzę ludzi, którzy nie mogą wydostać się z piwnicy i ewakuować. To nie powinno się dziać. Przecież mieliśmy większe marzenia niż to, by obudzić się następnego dnia. Każdy z nas musi mieć większe marzenia niż tylko nadzieja na przebudzenie następnego dnia. Chcemy żyć pod wolnym niebem.

Kateryna Piwnenko. W wagonach śmierdziało moczem
Wyjechać, obojętnie dokąd, głównie, żeby jak najdalej od wojny, horroru, krzyku, bólu, śmierci - brzmiało w głowach wielu Ukraińców. Ci, którzy postanowili opuścić swoje domy, szukali pociągów ewakuacyjnych. Panika spowodowała chaos, ludzie krzyczeli na siebie, bali się. Na dworcu w Kijowie zamieszanie. Z głośnika słyszymy: „Za dziesięć minut z 12 toru odjeżdża pociąg do Lwowa”. My z mamą szybko bierzemy rzeczy pędzimy na peron, prawie wszystkie wagony były przepełnione. Mama dobiegła do przedostatniego, wskoczyła, ja za nią. Stary pociąg jechał 11-12 godzin, nie było miejsca, nie mogliśmy się poruszać. Siedziałyśmy na walizce, obok nas kobieta z psem, który wabił się Rada. Jechała w kierunku Winnicy. W oczach psa było przerażenie i niezrozumienie. Jakby pytał: Dlaczego porzuciliśmy nasz rodzinny dom, dlaczego ma być nowy, dlaczego???” Nagle usłyszałyśmy: Pociąg nie jedzie w kierunku Winnicy. Kobieta z psem szybko wzięła swoje rzeczy i wysiadła na następnym przystanku. Pociąg powoli potoczył się w kierunku Zachodu. Została jeszcze połowa drogi. Miałyśmy szczęście: zwolniło się jedno miejsce siedzące. Nie dało się pójść nawet do toalety, ludzie w erze lotów kosmicznych, przeszczepów sztucznych organów i rozwoju inteligentnych technologii, chodzili do toalety pomiędzy wagonami, ponieważ toalety po prostu nie ma. Zapach moczu roznosił się w całym wagonie.
Wszystko kiedyś się skończy, ale kiedy?
Tłumaczenie Mariiana Pushkaruk

Anastasija Poljak. Wina ocalałego
Chciałabym opowiedzieć o winie ocalałego - to syndrom, który prześladuje tych, którzy znajdują się w bezpiecznych miejscach. Nie jestem ekspertem od psychologii, ale jestem gotowa opisać swoje uczucia i uczucia moich bliskich, które przepełniały nas od początku inwazji. Andrij mówi: - Czuję się winny, mój brat i tata poszli na wojnę, a ja zostałem w domu, serce mi tutaj pęka. Kiedy pomagałem wozić żywność dla wojska, byłem bardzo szczęśliwy, że mogę pomóc naszym żołnierzom. Nawet pomagałem mamie piec chleb, żeby pomóc. I Maria: Kiedy wyjeżdżałam z Kijowa pierwszego dnia i jechałam półtorej doby, to po prostu tylko modliłam się, żeby przedostać się do domu. Jednak teraz - kiedy jesteś w bezpiecznym miejscu, to w pełni zdajesz sobie sprawę, że ktoś całymi dniami gdzieś tam siedzi w piwnicach, ktoś ucieka spod ostrzału. I teraz, żeby nie odczuwać tej winy, staram się czymś pomóc w przestrzeni informacyjnej, materialnie.

Kateryna mówi: Czułam i dotąd czuję się winna przed sobą i resztą społeczeństwa za to, że robię jeszcze dla niego za mało. Za każdym razem, kiedy chcę zająć się czymś innym, myślę o tym, że nie mam do tego moralnego prawa, przecież jestem teraz za granicą i bezpieczna. Do tego jeszcze pokłóciłam się z kilkoma swoimi bliskimi przyjaciółmi. Wywierali na mnie presję przez to, że wyjechałam z Ukrainy. I w wyniku tego w żaden sposób nie robi mi się lżej.

Poczucie winy pojawia się wtedy, kiedy rozumiesz, że w tej samej chwili ktoś oddaje swoje życie za wolność twojego kraju, że są tacy, którzy znajdują się pod ostrzałem i nie mają ani wody, ani światła, czy jedzenia, a ty w tym samym czasie jesteś w cieple, w otoczeniu bliskich i najważniejsze - jesteś bezpieczny. To uczucie prześladuje cię, kiedy masz świadomość, że w żaden sposób nie możesz pomóc, że nie zdołasz wywalczyć pokoju dla Ukrainy na froncie, z tych czy innych przyczyn. Ludzie winią siebie za to, że nie bronią swojego miasta, czy swojego kraju, fizycznie. I takie myśli mają wszyscy, niezależnie od wieku, czy płci. Każdy chce być potrzebny i pomocny.

Uczucie winy dopadło mnie już 24 lutego, kiedy czytałam powiadomienia od przyjaciół i bliskich o ostrzale w ich miastach. Serce spływało krwią, bo nie wiedziałam, jak im pomóc. Byłam bezpieczna, a u nich na ulicach każdej godziny wyły syreny. Byłam bezpieczna, a oni biegli do najbliższego bunkra albo na stację metra, żeby ratować swoje życie. Byłam bezpieczna, a ich miasta zamieniały się w ruiny.

W pierwszych dniach jedyne, co mogłam robić, to - czytać co godzinę wiadomości i wspierać przyjaciół słowami. Starałam się być z nimi chociażby moralnie. Później zrozumiałam, że mogę zajmować się wolontariatem i w ten sposób pomagać krajowi, nawet będąc tutaj na miejscu. W tak trudnych czasach jakakolwiek działalność na rzecz swojego kraju była „kamizelką ratunkową” dla wielu ludzi, którzy sami są bezpieczni.

Każdy może podjąć walkę już teraz na swoim „froncie” i nieważne, gdzie ktoś się znajduje: czy w bezpiecznych miastach w kraju, czy w Polsce, Czechach, czy gdziekolwiek indziej za granicą. To właśnie może pomóc tak nam, jak i tym, którzy każdego dnia i nocy bronią Ukrainy w najbardziej gorących punktach.

Andrzej Meńko. Płaczę tak, by tata nie widział.
Nie chcę tak żyć. Strach oraz panika biorą górę, serce pęka. Jeśli wojna zapukała do twoich drzwi, zabrała syna, męża to jest to w stanie zrozumieć tylko ten, kto przeżył. Do mojego zapukała.

Pierwszego dnia usłyszałem spokojny głos taty: Wojna się zaczęła. Poraziło mnie niczym prądem. W XXI wieku? Wyobrażać ją sobie to całkiem co innego, niż przeżyć. Tata mówił, że on też pójdzie walczyć za swoją ojczyznę, swoją rodzinę. My z mamą myślimy, że żartuje, ale nie. Pakujemy mu torbę, a ja staram się nie płakać, żeby tata nie widział. U mamy łzy spadają jedna za drugą. Siostra taty (ma już 64 lata) mówi: Dużo przeżyliśmy, lecz na wojnę jeszcze nie odprowadzaliśmy”. Wszyscy płaczą, a tata powiedział: Zwyciężymy, wsiadł do samochodu i pojechał do wojskowej komendy. Za parę dni starszy brat też poszedł walczyć o ojczyznę. Mama jest jednym wielkim cierpieniem. Ratuje nas modlitwa. Mama mówi: „Nie daj Boże, żeby ktoś doświadczył takiego bólu”. A ja każdego dnia wstaje ze słowami taty: Zwyciężymy!

Katarzyna Kachel

Dodaj pierwszy komentarz

Komentowanie artykułu dostępne jest tylko dla zalogowanych użytkowników, którzy mają do niego dostęp.
Zaloguj się

plus.dzienniklodzki.pl

Polska Press Sp. z o.o. informuje, że wszystkie treści ukazujące się w serwisie podlegają ochronie. Dowiedz się więcej.

Jesteś zainteresowany kupnem treści? Dowiedz się więcej.

© 2000 - 2022 Polska Press Sp. z o.o.