Ukraińcy szukają w Łodzi szczęścia i lepszego życia

Czytaj dalej
Fot. Facebook
Anna Gronczewska

Ukraińcy szukają w Łodzi szczęścia i lepszego życia

Anna Gronczewska

Przyjeżdżają szukać lepszego życia. Dla wielu Polska jest tym samym co przed laty dla Polaków zachodnie Niemcy. Czy znaleźli w naszym kraju szczęście?

Szacuje się, że w Polsce przebywa ponad 900 tys. Ukraińców. Misza, Michał i Anastazja od kilku lat mieszkają w Łodzi. Tu znaleźli pracę i spokój.

Misza dobiega trzydziestki. Z żoną i dwuletnim synem wynajmuje mieszkanie na Teofilowie. W małym pokoju stoją dwie rozłożone wersalki, obok szafka z telewizorem i mała ława. Oglądają amerykański film w rosyjskiej wersji językowej. Po pokoju biega mały Dawid. Gospodarz częstuje kawą, ciastem, ale prosi, by zdjąć buty, bo u nich na Ukrainie taki zwyczaj. Misza do Łodzi przyjechał dwa lata temu. Pochodzi z Krzywego Rogu, ponad 650-tysięcznego miasta położonego koło Dniepru i Zaporoża.

- Do Polski mało kto jedzie, by zarobić - twierdzi. - Wypłaty są małe, nie takie, jakie byś chciał. Przyjeżdżasz do Polski, by normalnie żyć.

Misza mówi, że na Ukrainie żyło się dobrze do 2014 r., do Majdanu. Pracował w fabryce metalurgicznej, żona w sklepie. Zarabiał 4,5 tys. hrywien, wtedy około 500 dolarów. Żona przynosiła do domu 3-5 tys. hrywien. Na miesiąc mieli razem 800-900 dolarów. Wynajmowali kawalerkę, za którą płacili 700 hrywien i 50 hrywien dawali na czynsz. Po Majdanie wszystko podrożało kilka razy.

- Za kilowat prądu płaciło się 23 kopiejeczki. Potem cena wzrosła do 50-70 kopiejek - wyjaśnia Misza. - Dziś kilowat kosztuje 1,2 hrywny. Wszystko zdrożało 500 proc. Tak samo gaz, woda...

Potem żona Miszy zaszła w ciążę. Trzeba było zmienić mieszkanie. Wynajęli trzypokojowe. Płacili za nie 2 tys. hrywien miesięcznie, do tego coraz wyższe opłaty za wodę, gaz, prąd. - A ja już zarabiałem 3,5 tys. hrywien - dodaje Misza. - Żona przestała pracować. A wszystko drożało. Kilogram mięsa kosztował 50 hrywien, potem cena wzrosła do 80.

Ojciec namawiał go, by jechał do Rosji. Najwięcej osób z jego okolicy wyjeżdża do pracy właśnie tam. Znają język. Mentalność jest ta sama. Misza twierdzi, że Polska znajduje się dopiero na piątym miejscu, jeśli chodzi o kierunek wyjazdów Ukraińców „za chlebem”. Więcej ich wyjeżdża do Anglii, Włoch i Niemiec.

Misza wybrał Polskę. Znalazł firmę, która załatwiała mu pracę. Dostał wiadomość, że może jechać do Łodzi. Było miejsce w fabryce dzianin. Miał pracować osiem godzin, ale liczył na nadgodziny. Za każdą mieli płacić 25 złotych. Ta perspektywa bardzo mu się spodobała. Potem okazało się, że na taką stawkę mogą liczyć tylko kierownicy. Przepracował niecały miesiąc, więc pensja była niższa, ale nie narzekał.

Zamieszkał w hostelu. Było to trzypokojowe mieszkanie. W jednym pokoju stało pięć łóżek, w drugim - cztery, a w trzecim - trzy. Miesięcznie za ten nocleg płacił 500 zł. W tym trzypokojowym mieszkaniu nocowało 12 osób. Nie najlepiej wspomina właścicielkę tego mieszkania.

- Kolega powiesił wyprane rzeczy w innym pokoju niż ten, w którym mieszka. Przyszła właścicielka, zabrała te rzeczy. By je odebrać, musiał za nie zapłacić chyba 20 zł.

Z każdym dniem Misza miał już dość mieszkania w „hostelu”. Z dwoma kolegami wynajął na Teofilowie dwupokojowe mieszkanie. Płacił za nie 450 zł miesięcznie na głowę. Nie żyło się łatwo. Zarabiał 2300 zł brutto. Co miesiąc wysyłał po 1000-1100 zł do żony na Ukrainę. Gdy zapłacił za mieszkanie, na życie zostawało mu 200-300 zł. Ale nie narzeka, dało się wyżyć...

- Myślałem, że mimo wszystko będę w Polsce zarabiał więcej - przyznaje Misza. - Uda się oszczędzić na mieszkanie. To takie nasze marzenie. Rok popracuję, wrócę na Ukrainę i kupimy sobie mieszkanie.

Po pewnym czasie pojechał na Ukrainę. Chciał zobaczyć bliskich. Wtedy żona postawiła mu warunek: Zostaje w Krzywym Rogu lub zabiera ją i syna do Polski. Przyznaje, że długo się zastanawiał, co robić. Bał się, że przyjazd do Polski może zaszkodzić rodzinie. Słyszał, że Polacy nie lubią Ukraińców. Mówią, że za dużo ich pracuje w Polsce. On sam nie zapomni, że drugiego dnia pobytu w Łodzi w okolicach ul. Piotrkowskiej zaczepił go jakiś chłopak. Nie podobało się, że mówi po rosyjsku. Niemiłe były początki w pracy. - Na Ukrainie na powitanie w pracy podaję rękę. W Łodzi też podawałem rękę na przywitanie, a niektórzy odwracali się plecami - mówi.

Mimo tych niezbyt miłych przeżyć Misza postanowił ściągnąć do Łodzi rodzinę. Pomyślał, że na Ukrainie nie miałby co robić. Żona i syn przyjechali w styczniu. Wynajął kawalerkę w bloku. Pracuje 12 godzin dziennie. Żałuje, że żona nie może pójść do pracy, bo wtedy byłoby im łatwiej. Ale Dawid nie dostał się do żłobka. - Chciałbym zostać w Polsce, ale zobaczymy, jak będzie - mówi.

W Polsce żyje się jego rodzinie coraz lepiej. Poznał ludzi, którzy mu pomagają, Małgosię, Piotra... Pomagają też koledzy z pracy. Chciałby odwiedzić rodzinę na Ukrainie, na razie jednak brakuje na to pieniędzy.

Anastazja Derecha w Polsce mieszka już trzy lata. Pochodzi z Doniecka. Skończyła Instytut Pedagogiczny. Mówi po angielsku, rosyjsku, niemiecku, holendersku, polsku. Nie ma polskich korzeni. - Tylko niemieckie - śmieje się Anastazja.

Pozostało jeszcze 50% treści.

Jeżeli chcesz przeczytać ten artykuł, wykup dostęp.

Zaloguj się, by czytać artykuł w całości
  • Prenumerata cyfrowa

    Czytaj ten i wszystkie artykuły w ramach prenumeraty już od 2,46 zł dziennie.

    już od
    2,46
    /dzień
Anna Gronczewska

Dodaj pierwszy komentarz

Komentowanie artykułu dostępne jest tylko dla zalogowanych użytkowników, którzy mają do niego dostęp.
Zaloguj się

plus.dzienniklodzki.pl

Polska Press Sp. z o.o. informuje, że wszystkie treści ukazujące się w serwisie podlegają ochronie. Dowiedz się więcej.

Jesteś zainteresowany kupnem treści? Dowiedz się więcej.

© 2000 - 2019 Polska Press Sp. z o.o.