Maciej Kałach

Uciekaj albo zgiń. A potem znów daj się zatrzasnąć

Uciekaj albo zgiń. A potem znów daj się zatrzasnąć
Maciej Kałach

Właśnie zginąłem z partnerką w wybuchu reaktora. Może uda się z niego uciec następnej ekipie, która już szykuje się do szpiegowskiego zadania. Oprócz reaktora w śródmiejskiej kamienicy kryje się m.in. brazylijska wioska i więzienna cela. Biznes związany z pokojami zagadek ma się w Łodzi dobrze. Oprócz grup znajomych i rodzin zarobić dają korporacje.

Good luck, agents - zwraca się do grupy studentów o różnych narodowościach przewodnik - młody mężczyzna, który zaraz zamknie ich za drzwiami atomowego bunkra. Jego życzenie szczęścia „agentom” na pewno nie zaszkodzi: przed nimi trzy kwadranse, w czasie których muszą zdestabilizować reaktor, łamiąc skomplikowane szyfry, wynieść dysk z ważnymi danymi oraz znaleźć kod, który umożliwi im otwarcie jedynej drogi ucieczki.

Niestety, mi się ta sztuka nie udała. Razem z partnerką we wspólnej misji „zginąłem” w ostatnią środę w potężnym wybuchu reaktora, na kilkanaście minut przed wejściem do tego samego bunkra ekipy cudzoziemców.

Jednak, jak wiadomo z przygód najsłynniejszego agenta, czyli 007, „żyje się tylko dwa razy”. A w łódzkich pokojach zagadek, ile tylko chcemy. Po każdej nieudanej próbie wystarczy zapłacić za kolejną rezerwację...

Chętnych nie brakuje, a w mieście rozwinęła się pokaźna gałąź nieznanej jeszcze na początku dekady rozrywki.

Niebezpieczny reaktor znajduje się w zabytkowej kamienicy w Śródmieściu Łodzi (pod tym samym adresem mieści się całkiem poważny bank, a także pracownia radiologii stomatologicznej, więc może z tym promieniowaniem to niezupełnie żart). W ofercie jest również m.in. cela (trafiają do niej „wrobieni” w przestępstwo), sekretna pracownia filmowa (zaginionego reżysera), pokój zamordowanego profesora oraz brazylijska wioska (z szamanem). Ze wszystkich tych miejsc należy się wydostać - dzięki zbadaniu ich tajemnic - ponieważ na tym właśnie polega zabawa w escape room, co po polsku przekłada się zgrabnie na pokój zagadek.

Palmę pierwszeństwa w wykorzystaniu w Polsce pomysłu na escape room przyznaje sobie pewien wrocławianin, który wcześniej prowadził dyskotekę. W 2013 roku stwierdził, że podpatrzone w innych państwach Europy pokoje zagadek przyciągną klientów także w naszym kraju, a już w 2014 roku takie miejsca zaczęły powstawać w Łodzi.

Po trzech latach stolica naszego regionu doczekała się już kilkunastu firm oferujących płatne uciekanie z zamkniętych pomieszczeń, zaś jedna z nich rozwinęła swoją sieć w siedmiu innych miastach.

- Jeśli klienci przestaną przychodzić, wymyślimy coś innego, ale aktualnie branża ma się naprawdę dobrze - twierdzi Karolina Stawiszyńska z Tkalni Zagadek, gdy jako martwy agent wychodzę z reaktora. To właśnie ta firma rozwinęła filie we Wrocławiu, Poznaniu, Radomiu, Zielonej Górze, Płocku, Toruniu oraz w Bielsku-Białej.

Tymczasem w centrali firmy w Łodzi jest środek tygodnia, a oprócz grupy studentów na swoją kolej czeka już rodzina z dwójką nastolatków. Dopuszczalna liczba graczy w jednym pokoju to pięć osób. Przy takiej liczbie głów i par oczu może łatwiej nie przegapić szczegółów, które decydują o powodzeniu misji.

Co kilka tygodni pojawia się klient, który prosi o włączenie w grę odnalezienia pierścionka zaręczynowego.

Chociaż, w moim przypadku, zaczęło się obiecująco...

Partnerka-agentka dość szybko odnalazła plakietki z nazwiskami i identyfikatorami naukowców pracujących w tajnym bunkrze, do którego się włamaliśmy (scenariusz zaczął się już po sforsowaniu jego drzwi, jednak te automatycznie się zaryglowały). Następnie, łącząc zdobyte dane z pozostawionymi przez badaczy notatkami, zaczęliśmy łamać pierwsze kody zabezpieczające reaktor: trzeba je wpisywać przy użyciu klawiatury przypominającej te od bankomatów albo wybierając odpowiednie ustawienia na kłódkach.

Dzięki pokojom zagadek każdy może wreszcie poczuć się niczym James Bond ratujący świat przed nadciągającą zagładą pod presją upływającego czasu. Niestety, zegar odliczający czas do tyłu nie pomagał w logicznym myśleniu.

W dodatku w reaktorze jest dosyć ciemno (bardzo pomaga odnalezienie latarki), migają zielone i czerwone diody, wokół walają się instrukcje z wzorami łączenia kabli dziwnych sprzętów z dwudziestego wieku. Miłośnik elektroniki produkowanej w krajach realnego socjalizmu zapewne poczułby się w tym bunkrze jak u siebie w domu.

Z kolei fanów lat dziewięćdziesiątych ucieszy łączność ze światem zewnętrznym prowadzona za pomocą walkie-talkie. Gracze korzystają z tego urządzenia, gdy decydują się skontaktować z przewodnikiem w zabawie, aby poprosić go o udzielenie jednej z dwóch dostępnych przez trzy kwadranse podpowiedzi.

Przewodnik wie, jak posunąć rozgrywkę do przodu, ponieważ jej przebieg obserwuje dzięki kamerze umieszczonej w pokoju zagadek, na ekranie komputera w sekretariacie firmy.

- W tworzeniu nowego pokoju większą wartość od zainwestowanych pieniędzy ma czas włożony w wymyślanie dobrego scenariusza oraz w jego realizację. Reaktor powstawał około 6 miesięcy - mówi Karolina Stawiszyńska, pytana o koszty prowadzenia interesu.

W odpowiedzi na następne pytanie zapewnia, że jej babcia ma się dobrze.

Dlaczego mowa o babci? Przed miesiącem w Sądzie Okręgowym w Łodzi rozpoczął się proces 24-letniego Arkadiusza F., który już podczas pierwszej rozprawy przyznał się do zarzucanego mu zabójstwa 69-letniej babci. Oskarżony wyjaśnił, że potrzebował jej łódzkiego mieszkania przy ul. Próchnika, aby rozkręcić w nim własny pokój zagadek.

Arkadiusz F. zapewne zyska mnóstwo czasu na planowanie ucieczki z prawdziwego escape room - typu cela - ponieważ prokurator zdecydowanie domaga się dożywocia.

- Ta przykra historia to temat mrocznych dowcipów w całej branży. Już nawet moja babcia w ponurym żarcie podziękowała mi, że zdecydowaliśmy się na wynajem pomieszczeń dla Tkalni Zagadek za własne pieniądze, zamiast pozyskiwać jej lokal… - przyznaje Karolina Stawiszyńska.

Wizyta jednej ekipy to zysk do 100 złotych, jednak pieniądze trzeba inwestować. Przede wszystkim w nowe pokoje, bowiem nawet najlepsze scenariusze nudzą się po roku.

- Wśród klientów mamy stałych fanów i to oni domagają się nowości - opowiada Karolina Stawiszyńska. Jak mówi, inspiracje pochodzą np. z literatury sensacyjnej oraz filmów. Według niej miłośnicy zabawy w escape room zasadniczo dzielą się na trzy grupy.

- Otwierając Tkalnię Zagadek, byliśmy przekonani, że klientelę zdominują studenci. Ale szybko okazało się, że nie brakuje również rodziców z nastolatkami albo z dorosłymi już dziećmi. Lubię obserwować, gdy w takich rodzinach, w momentach „walenia głową w mur”, dowodzenie w grupie nagle przejmuje mama, która w wielu przypadkach pewnie nie podejrzewałaby samą siebie o takie zdolności przywódcze. Trzecia grupa to zatrudnieni w łódzkich korporacjach, ponieważ te wynajmują nasze pokoje w ramach zajęć integracyjnych. Robi się ciekawie, gdy szeregowy pracownik okazuje się sprytniejszy od swojego szefa, ale ma problem, żeby szef nie poczuł się urażony bystrością podwładnego… - opowiada Karolina Stawiszyńska.

Z drugiej jednak strony, część z łódzkich korporacji coraz częściej wykorzystuje wyprawy do pokojów zagadek właśnie po to, aby pod płaszczykiem zabawy sprawdzić, w którym z szeregowych pracowników firmy kryje się potencjał na lidera.

Korporacje to dla łódzkich pokojów zagadek bardzo wdzięczny klient. Nie tylko odwiedzają siedziby firm z branży escape room, ale i wynajmują hotele, aby tam specjaliści od udawanych ucieczek przenosili swoje zadania. Bywają też zabawy w plenerze - takie harcerskie podchody w wydaniu z XXI wieku.

Wśród korpograczy, tak samo jak w klienteli studenckiej, nie brakuje cudzoziemców, dlatego nie dziwi, że np. wszystkie notatki, mające znaczenie dla rozgrywki, są przetłumaczone na język angielski (choć większość zabawy opiera się na ustalaniu kodów opartych na kombinacjach liczb i symboli). Także przewodnik płynnie posługuje się tym językiem.

W przypadku łódzkich pokojów zagadek pojawili się już gracze, dla których najważniejszym pytaniem wcale nie jest, „jak stąd wyjść?”, ale czy wybranka ich serca powie „tak” i zdecyduje się wejść w związek małżeński.

Załoga Tkalni Zagadek przyznaje, że prośby o „wkręcenie” w scenariusz odnalezienia pierścionka zaręczynowego zdarzają się co kilka tygodni.

Ponoć najlepszym scenariuszem dla takich życzeń klienta jest cela.

Maciej Kałach

W największej redakcji regionu dostarczam czytelnikom wiadomości przede wszystkim o szkołach i uczelniach działających w Łodzi oraz w województwie.

Dodaj pierwszy komentarz

Komentowanie artykułu dostępne jest tylko dla zalogowanych użytkowników, którzy mają do niego dostęp.
Zaloguj się

plus.dzienniklodzki.pl

Polska Press Sp. z o.o. informuje, że wszystkie treści ukazujące się w serwisie podlegają ochronie. Dowiedz się więcej.

Jesteś zainteresowany kupnem treści? Dowiedz się więcej.

© 2000 - 2019 Polska Press Sp. z o.o.