Tuwia Frydman. Jak ubek z Radomia został „łowcą nazistów”

Czytaj dalej
Fot. Żydowski Instytut Historyczny
Wojciech Rodak

Tuwia Frydman. Jak ubek z Radomia został „łowcą nazistów”

Wojciech Rodak

Tuwia Frydman najpierw był bezlitosnym ubekiem z napadem rabunkowym na koncie. Ale później został tropicielem niemieckich zbrodniarzy. To m.in. dzięki niemu schwytano Eichmanna

Jesienią 1959 r. 37-letni Tuwia Frydman zaczynał wątpić w sens swoich działań. Szefował Centrum Dokumentacji Zbrodni Nazistowskich w Hajfie. Od przeszło dekady na własną rękę tropił niemieckich zbrodniarzy i stawiał ich przed wymiarem sprawiedliwości. Dzięki niemu dziesiątki z nich trafiły do więzienia i na szubienicę. Mimo to trawiła go nadal żądza zemsty wynikająca z wciąż niezaspokojonego poczucia sprawiedliwości. Uporczywie powracało do niego jedno pytanie: gdzie jest Adolf Eichmann, człowiek przez którego stracił większość rodziny?

Od 1946 r. schwytanie tego zbrodniarza było idée fixe Fydmana. „Łowca nazistów” zgromadził co prawda pokaźną teczkę dokumentującą zbrodnie koordynatora Zagłady, ale nie mógł ustalić jego miejsca pobytu. Wszystkie tropy się urywały. Tracił wiarę, że kiedykolwiek go dopadnie, tym bardziej że działał sam. Zarówno rząd Izraela, zajęty walką o przetrwanie młodego państwa, jak i działacze światowych organizacji żydowskich ignorowali jego lobbing w tej sprawie. Nikt nawet nie chciał wyznaczyć nagrody pieniężnej za informacje o miejscu pobytu Eichmanna.

Poczucie osamotnienia zdominowało Frydmana jeszcze mocniej w sierpniu 1959 r. Wtedy otrzymał list od dr. Erwina Schüle z Centrali Badania Zbrodni Narodowosocjalistycznych w Ludwigsburgu. Niemiecki naukowiec donosił, że według pozyskanych przez niego informacji Adolf Eichmann ukrywa się w Kuwejcie. Z tymi rewelacjami „łowca” z Hajfy udał się kolejno do ministerstwa obrony i ministerstwa spraw zagranicznych. Poinformował oficjeli, że gotów jest osobiście stanąć na czele grupy wywiadowczej, która wyruszy nad Zatokę Perską, by sprawdzić ów trop. I znów jego starania zignorowano. Mijały tygodnie, a w sprawie Eichmanna nie działo się nic.

Frydman, pomimo silnej frustracji, nie odpuścił. Postanowił wywrzeć na rząd Izraela presję. W październiku poinformował o nowym tropie w sprawie Eichmanna dziennikarzy „Maariv”, jednego z najpoczytniejszych dzienników w tym kraju. News zelektryzował opinię publiczną, szczególnie setki tysięcy Izraelczyków, którzy przeszli koszmar życia w gettach czy obozach koncentracyjnych. Zdjęcia Eichmanna i Frydmana pojawiły się obok siebie na czołówkach gazet krajowych i zagranicznych, od ZSRR po Australię. Ministrowie z rządu Ben Guriona, wzięci w krzyżowy ogień pytań ze strony mediów, zapewniali, że badają kuwejcki trop z pomocą Interpolu. Jednak sprawa znowu przycichła, a Frydman po raz kolejny odnosił wrażenie, że po odparciu zmasowanego ataku prasy rząd nic nie robi w tej sprawie. I właśnie wtedy do rąk Frydmana trafił list z dalekiej Argentyny. Pisano w nim:

Drogi Panie, 12 października 1959 r. w „Argentinisches Tageblatt”, niemieckojęzycznej argentyńskiej gazecie, napisano, iż Adolf Eichmann mieszka w Kuwejcie. To nieprawda. Pod fałszywym nazwiskiem wraz z rodziną ukrywa się w...

Przeczytawszy list do końca, Frydman nie posiadał się ze szczęścia. Przeczuwał, że ten donos może doprowadzić wreszcie do pojmania zbrodniarza. Nadchodził czas dopełnienia zemsty za śmierć bliskich i milionów innych Żydów. Marzył o tym od dawna.

Ocaleniec

Przed wojną w 90-tysięcznym Radomiu wyznawcy religii mojżeszowej stanowili około jednej trzeciej mieszkańców. W tej właśnie społeczności 23 stycznia 1922 r. przyszedł na świat Tuwia. Frydmanowie nie należeli do krezusów. Ojciec naszego bohatera, Jankiel, miał małą drukarnię w pobliskim Szydłowcu. Matka, Chaja, zajmowała się domem i dziećmi (oprócz Tuwii miała syna Herszele i dwie córki - Belę i Itkę). Zasilała dodatkowo rodzinny budżet, handlując ubraniami. Mieszkali w zadbanym domu z ogrodem na ulicy Targowej 6 (dziś jest to ulica Chrobrego, obecnie na jego miejscu znajduje się centrum handlowe). Tuwia, po ukończeniu siedmiu klas podstawówki, od 1937 r. terminował w zakładzie ojca. Prawdopodobnie miał po nim odziedziczyć interes. I zapewne by to zrobił, gdyby nie wybuch wojny.

Frydmanom, jak większości polskich rodzin żydowskich, nie udało się w całości przetrwać okupacyjnego terroru Niemców. W 1941 r. Jankiel Frydman zmarł z wygłodzenia. Nastoletni Herszele został zastrzelony w czasie Wielkiej Akcji w radomskim getcie w sierpniu 1942 r. Wtedy też w komorach gazowych Treblinki zginęły matka i siostra Tuwii Itka. Z całej jego familii końca wojny doczekała jedynie jego rok młodsza siostra Bela, której udało się przeżyć piekło Auschwitz.

Przyszłemu „łowcy nazistów” także udawało się wychodzić cało z licznych okupacyjnych opresji - jeżeli nie dzięki szczęściu, to dzięki własnej determinacji. W 1940 r. wywieziono go z radomskiego getta na wschód. Trafił kolejno do obozu na Lipowej w Lublinie, potem do Bełżca i Cieszanowa, gdzie kopał rowy przeciwczołgowe. W końcu udało mu się stamtąd uciec i wrócić do Radomia. Tutaj imał się różnych prac, byle tylko uniknąć ponownej wywózki do obozu. Pracował m.in. jako robotnik w miejscowej fabryce broni. W 1943 r. był o krok od śmierci. Wraz z grupą innych Żydów został wywieziony na rozstrzelanie pod miasto. Życie zawdzięczał swojej siostrze Beli, która znalazła się w tym samym transporcie. Wybłagała znajomego oficera SS, żeby ich ocalił, „ponieważ są bardzo potrzebni niemieckiej gospodarce”. O dziwo, ten jej posłuchał i odesłał ich z powrotem do miasta.

Latem 1944 r. sytuacja w Radomiu stała się niebezpieczna. Likwidacja getta szczątkowego była już tylko kwestią czasu. Dlatego też Frydman uciekł z kolegą na wschód, chcąc przedostać się do sowieckich linii za Wisłę. Niestety pod Zwoleniem został schwytany przez żandarmów. Pozostawiono go na noc w bunkrze z jednym wartownikiem. Tuwia był pewien, że rano zostanie rozstrzelany. Ta świadomość dodała mu sił. Był gotów na wszystko, byle tylko uniknąć najgorszego. Więc gdy tylko strażnik zasnął, młody Żyd wyjął mu po cichu bagnet z pochwy i poderżnął mu gardło. Szczęśliwie w pobliżu nie było innych Niemców. Znów udało mu się zbiec.

Końca wojny doczekał w Radomiu. Podawał się za Tadeusza Jasińskiego, uchodźcę z Lubelszczyzny. Z tym niezbyt mocnym „aryjskim papierem” jakoś doczekał wejścia Sowietów do miasta, które nastąpiło 16 stycznia 1945 r.

Mściciel złodziej

W kilka dnia po „wyzwoleniu” Tuwia Frydman, wraz ze swoimi kilkoma kolegami ocaleńcami, wstąpił do Milicji Obywatelskiej. Chciał poczuć się pewniej wśród ludności, w której antysemityzm był dość powszechny. A poza tym mógł wreszcie rozpocząć zemstę, jak sam pisze, na wszystkich oprawcach narodu żydowskiego - zarówno na Niemcach, jak i „partyzanckich bandach spod znaku AK i NSZ”.

Praca „utrwalacza władzy ludowej” na tyle mu się spodobała, że postanowił zostać pretorianinem reżimu komunistycznego. W kwietniu 1945 r. zasilił szeregi pracowników Urzędu Bezpieczeństwa Publicznego. Bez żalu zostawiał Radom, gdzie każdy kamień przypominał mu o wymordowanej rodzinie, i dom na Targowej, który w czasie okupacji zajęli jacyś obcy ludzie. Udał się do Gdańska, by pod dowództwem Grzegorza Korczyńskiego, szefa tamtejszej placówki UB, oczyszczać dopiero co zdobyte miasto z nazistowskich partyjniaków i esesmanów.

W swoich wspomnieniach, zebranych w latach sześćdziesiątych w tomie „The Hunter”, Frydman pisze o tym okresie swojej kariery z ledwo skrywanym zadowoleniem. Z rozbrajającą szczerością wspomina o brutalnych przesłuchaniach, które urządzał niemal każdemu gdańskiemu Niemcowi, który wpadł w jego ręce.

Nawet koledzy z UB zaczęli uważać mnie za niebezpiecznego dziwaka. Szła za mną fama bezlitosnego - podkreślał - tego, który bije i miesza z błotem więźniów, pozbawionego ludzkich uczuć.

W swej pracy Frydman czerpał satysfakcję nie tylko z prowadzenia przesłuchań. Szczególną dumą napawało go to, że władza ludowa go doceniała, powierzając mu „prestiżowe zadania”. Na przykład podczas odwiedzin Bieruta w mieście został oddelegowany do dowodzenia ochroną platformy, na której ów dostojnik przemawiał, co poczytywał sobie za olbrzymi honor.

Tuwia Frydman w czasie wizyty w Nowym Jorku w 1971 r. W ręce trzyma zdjęcie Josefa Mengele, którego zresztą nigdy nie odnalazł
Żydowski Instytut Historyczny Ulica Wałowa, serce radomskiego getta. Tam, przy ul. Szpitalnej, mieszkała do czasu Wielkiej Akcji rodzina Frydmanów

Mimo tak dużego zaangażowania, jak można wywnioskować z zawartości jego akt personalnych z IPN, przełożeni nie za bardzo go cenili. Przyszły „łowca nazistów” aż nazbyt często nadużywał władzy, by dokonywać mniejszych lub większych grabieży, za co wielokrotnie był karany. Miał na koncie na przykład przywłaszczenie sobie garnituru pewnego niemieckiego więźnia czy też usiłowanie przeprowadzenia „rewizji” w mieszkaniu swojej koleżanki z pracy. Najbardziej jednak rozsierdził swoich przełożonych „akcją”, której dopuścił się z kolegą Jarmią Birnbaumem na urlopie w Radomiu. W dwóch wpadli, wymachując legitymacjami służbowymi, do jednego z mieszkań na Starym Mieście. Mieli cynk, że żył tam kiedyś zamożny żydowski kuśnierz, który pod podłogą ukrył dwie skrzynie z drogocennymi futrami. Zmusili więc obecnego gospodarza mieszkania, by ten zerwał podłogę w salonie i rozkopał pod nią ziemię w poszukiwaniu „skarbów”. Przestraszony człowiek zdążył wkopać się na metr w grunt, zanim nie przyszedł mu z odsieczą sąsiad, funkcjonariusz MO. Frydman został przez niego aresztowany. Przeprowadzono w jego sprawie śledztwo i ukarano go naganą.

Niedługo potem władze MBP stwierdziły, że Tadeusz Jasieński vel Tuwia Frydman nie nadaje się do pracy w organach bezpieczeństwa ze względu na swoją „nerwowość, wybujałą inicjatywę i zupełny brak kwalifikacji”. Jak wynika z jego teczki personalnej, został zwolniony ze służby w sierpniu 1945 r. Co ciekawe, w swoich wspomnieniach Frydman podawał zupełnie inną wersję wydarzeń. Utrzymywał, że odszedł z UB, ponieważ chciał wyjechać do Palestyny, a „Korczyński z żalem przyjął jego decyzję”. No cóż, rozbójnicze zapędy nie licowały z wizerunkiem niezłomnego „łowcy nazistów”, który chciał wykreować.

Wiedeńskie łowy

Frydman nie czuł się dobrze w Polsce Ludowej. Chciał żyć wśród swoich w Palestynie, tak jak przed wojną w Radomiu. Gdy dowiedział, że jego siostra Bela przeżyła wojnę, postanowił wyjechać, by „przetrzeć szlak”. Gdzieś na przełomie 1945 i 1946 r. Frydman nawiązał kontakt z tajną żydowską organizacją Bricha, która organizowała przerzut ocalałych z Holokaustu do znajdującej się pod brytyjskim panowaniem Palestyny. W nocy z 30 na 31 marca 1946 r. z grupą uciekinierów przeszedł przez granicę do Czechosłowacji, skąd dalej trafił do Wiednia. Miał tam bawić jedynie przejazdem, a został na kilka lat. Co go zatrzymało?

Kiedy przebywał w ośrodku dla uchodźców w stolicy Austrii, spotkał swojego znajomego z Radomia, z którym przebywał w obozie na ul. Szkolnej. Ten powiedział mu, że widział na ulicy ich bestialskiego oprawcę z tego okresu, rottenführera SS Konrada Buchmayera. Ów prowadził, jak gdyby nigdy nic, sklep mięsny. Frydman postanowił działać. Z pomocą amerykańskich władz doprowadził do jego aresztowania. Potem, pośród radomskich Żydów rozsianych po obozach dla uchodźców w Niemczech i Austrii, zebrał obciążające go zeznania. W efekcie przeprowadzono ekstradycję Buchmayera do Polski, gdzie został skazany na 12 lat więzienia. Był to pierwszy nazista „złowiony” przez byłego ubeka.

Owo zatrzymanie esesmana odbiło się szerokim echem wśród wiedeńskich Żydów. Wkrótce do Frydmana zgłosił się przedstawiciel Hagany Aszer Ben-Natan, który zaproponował mu objęcie nieoficjalnej posady tropiciela zbrodniarzy reżimu III Rzeszy. Zapewniał mu środki na utrzymanie i współpracowników. Radomianin zgodził się od razu. Wkrótce jego kilkuosobowa grupa była gotowa do działania. Tak powstało Centrum Dokumentacji Zbrodni Nazistowskich w Wiedniu.

Grupa Frydmana działała na dwóch odcinkach. Po pierwsze, zbierała zeznania ofiar Holokaustu w obozach dla uchodźców w Niemczech i Austrii na temat poszczególnych hitlerowskich funkcjonariuszy, by mieć prawną podstawę do zatrzymań i procesów. Po drugie, poszukiwała zbrodniarzy i doprowadzała do ich zatrzymania, w porozumieniu z odpowiednimi władzami okupacyjnymi. Równie często podejrzanych znajdowano w obozach jenieckich, jak i wśród austriackich lub niemieckich policjantów. Przez kilka lat ekipa Frydmana doprowadziła do aresztowania dziesiątków nazistowskich funkcjonariuszy, w tym, co było szczególnie ważne dla naszego bohatera, Herberta Böttchera (dowódcy SS i policji w dystrykcie radomskim GG) i Wilhelma Bluma (szefa sztabu Böttchera). Obaj panowie stanęli potem przed sądem w PRL. Otrzymali karę śmierci.

Z czasem współpraca żydowskich „tropicieli” z władzami Austrii oraz siłami okupacyjnymi aliantów zachodnich przestała przebiegać gładko. Szczególnie gdy wśród zachodnich mocarstw nad koniecznością wymierzenia sprawiedliwości powoli zaczynała brać górę logika zimnej wojny. Amerykanie i Francuzi od pewnego momentu nie byli skłonni ścigać nazistów za wszelką cenę. Teraz, gdy na horyzoncie zarysował się konflikt z czerwonymi, potrzebowali nowych sojuszników i nie chcieli zrażać do siebie Austriaków bezustannym polowaniem na byłych hitlerowskich zbrodniarzy, tym bardziej że ci odznaczali się silną antykomunistyczną postawą. Frydman przynoszący kolejne nazwiska hitlerowców, których należy postawić przed sądem, był traktowany przez dowódców zachodnich wojsk okupacyjnych jak intruz. W końcu, poirytowany, poszedł ze sprawą do wiedeńskiego Hotelu Imperial, gdzie kwaterowali Sowieci. Tu nie odmówiono mu pomocy. Grupa 65 zbrodniarzy z listy Frydmana w ciągu kilku tygodni trafiła do ZSRR, gdzie odbyły się ich procesy. „W większości trafili na Syberię” - odnotował z satysfakcją.

Tuwia Frydman w czasie wizyty w Nowym Jorku w 1971 r. W ręce trzyma zdjęcie Josefa Mengele, którego zresztą nigdy nie odnalazł
Żydowski Instytut Historyczny Adolf Eichmann podczas procesu w Izraelu

Od początku swojej działalności numerem jeden na liście poszukiwanych ekipy Frydmana był Adolf Eichmann, człowiek, który koordynował i nadzorował ostateczne rozwiązanie (więcej o nim w artykule na str. 52). Ów przepadł jednak jak kamień w wodę. W Linzu znaleziono jedynie jego rodzinę. Pierwszą myślą byłego ubeka było porwanie jego najbliższych, by szantażem zmusić go do ujawnienia się. Szybko jednak przełożeni wyperswadowali mu to - takie działanie mogłoby by wizerunkowo niekorzystnie dla Żydów. Przez kilka lat poszukiwania nie przyniosły żadnych rezultatów. Jedynym dużym sukcesem ludzi Frydmana było zdobycie fotografii Eichmanna, którą nikt dotąd nie dysponował (ten ostatni bardzo dbał o to, by nie być sfotografowanym, a wszystkie możliwe swoje zdjęcia zniszczył). Jednak w końcu udało się zdobyć zdjęcie Eichmanna dzięki młodemu Heńkowi „Manusowi” Diamantowi, który na rozkaz swojego szefa rozkochał w sobie byłą kochankę zbrodniarza z Bad Ausee Marie Müsenbacher. Ta pewnego popołudnia pokazała mu album ze zdjęciami i wskazała to jedno z byłym absztyfikantem, którego ów tak usilnie poszukiwał. Wkrótce potem policja skonfiskowała jej kolekcję fotografii. A podobiznę zbrodniarza szeroko kolportowano.

W czasie pobytu w Wiedniu Frydman nie tylko „tropił” hitlerowców. Ukończył dziennikarstwo na miejscowym uniwersytecie. Ponadto znalazł sobie żonę - lekarkę Annę Gutman. To za nią wyjechał na początku lat pięćdziesiątych do Izraela. Nie miał powodów, by zostać. Jego Centrum zostało zlikwidowane. Czas powojennych porachunków się skończył.

List z Argentyny

Tuwia Frydman przybył do Izraela latem 1952 r. Zamieszkał z żoną w Hajfie. W pierwszych latach w nowej ojczyźnie było mu ciężko. Jakiś czas pracował w instytucie Yad Vashem, krótko był dziennikarzem. Wreszcie reaktywował swoje Centrum Dokumentacji Zbrodni Nazistowskich. Z trudem zdobywał fundusze na jego działanie. Sam pracował pro publico bono, będąc na utrzymaniu żony. Mimo jej utyskiwań, nie zamierzał szukać nowej posady. Miał silne poczucie, iż musi kontynuować swoją misję. Tym bardziej, że Eichmann nadal pozostawał na wolności.

Przełom w sprawie poszukiwań architekta Zagłady, jak wspomniano na wstępie, nastąpił w październiku 1959 r. Lothar Hermann, niemiecki Żyd mieszkający w Argentynie, donosił Frydmanowi, że według jego wiedzy Eichmann ukrywa się pod przybranym nazwiskiem i mieszka w Buenos Aires przy ulicy Chocabuco 4261. Był tego niemal pewien, ponieważ jego nastoletnia córka spotykała się niejakim Klausem Eichmannem. Ta doniosła mu, że w domu jej sympatii mieszkał mężczyzna, który przedstawiał się jako wujek Klausa, ale chłopak i jego bracia z rozpędu mówili do niego „tato”.

Tuwia Frydman w czasie wizyty w Nowym Jorku w 1971 r. W ręce trzyma zdjęcie Josefa Mengele, którego zresztą nigdy nie odnalazł
Żydowski Instytut Historyczny Tuwia Frydman w czasie wizyty w Nowym Jorku w 1971 r. W ręce trzyma zdjęcie Josefa Mengele, którego zresztą nigdy nie odnalazł

Frydman nie zwlekał. Zrobił fotokopię listu i przekazał ją odpowiednim izraelskim służbom. Po paru miesiącach, 23 maja 1960 r., premier Dawid Ben Gurion ogłosił, że Adolf Eichmann, czołowy niemiecki zbrodniarz wojenny, został pojmany i znajduje się w Izraelu. „Tropiciel nazistów” nie posiadał się ze szczęścia. Uważał, że ów wielki sukces był jedynie wynikiem jego determinacji. A nie był.

W rzeczywistości, o czym ten nie mógł wiedzieć, izraelski wywiad posiadał już adres Eichmanna od końca 1957 r. I to też od Hermanna. Jednak wiele zaniedbań agentów w czasie pierwszej misji w Buenos Aires sprawiło, że zignorowano ten trop. Wrócono do niego dopiero w 1959 r., gdy kolejno potwierdzili go Szymon Wiesenthal, znany tropiciel nazistów z Wiednia, niemiecki śledczy Fritz Bauer i właśnie Frydman. Tym razem agenci Mossadu nie popełnili błędów. 11 maja 1960 r. porwali Adolfa Eichmanna i potajemnie przewieźli do Izraela. Tutaj, po słynnym procesie, za swoje zbrodnie został skazany na śmierć. Powieszono go 31 maja 1962 r.

Wieczny łowca

Sprawa Eichmanna ciągnęła się za Frydmanem jeszcze do 1972 r. Aż tyle czasu musiał walczyć, by rząd Izraela wypłacił panu Hermannowi 10 tys. dol. nagrody za pomoc w ujęciu arcyzbrodniarza. Gdyby nie jego presja, sprawę z pewnością zamieciono by pod dywan, gdyż Mossad z nikim nie chciał dzielić się zasługami w kwestii operacji w Buenos Aires.

Tuwia Frydman nigdy się nie przebranżowił. Prowadził swoje Centrum w Hajfie aż do osiemdziesiątki. Owoce lat jego pracy, opracowania dotyczące dziesiątków hitlerowskich funkcjonariuszy i wspomnienia z okupowanego Radomia są zgromadzone w instytucie Yad Vashem.

Niestrudzony, acz mocno kontrowersyjny, „łowca nazistów” dożył sędziwego wieku. Zmarł 13 stycznia 2011 r.

Wojciech Rodak

Dodaj pierwszy komentarz

Komentowanie artykułu dostępne jest tylko dla zalogowanych użytkowników, którzy mają do niego dostęp.
Zaloguj się

plus.dzienniklodzki.pl

Polska Press Sp. z o.o. informuje, że wszystkie treści ukazujące się w serwisie podlegają ochronie. Dowiedz się więcej.

Jesteś zainteresowany kupnem treści? Dowiedz się więcej.

© 2000 - 2019 Polska Press Sp. z o.o.