Szantażowali spółdzielnię mleczarską Mlekovita? Oskarżeni nie zgodzili się na mediację

Czytaj dalej
Fot. Robert Woźniak
Justyna Piasecka

Szantażowali spółdzielnię mleczarską Mlekovita? Oskarżeni nie zgodzili się na mediację

Justyna Piasecka

Trwa proces czterech osób, które działając wspólnie w grupie przestępczej, miały szantażować spółdzielnię mleczarską Mlekovita. W zamian za niepublikowanie w mediach materiałów o rzekomym fałszowaniu dat ważności produktów mleczarskich w hurtowni firmy w Kościanie, osoby te miały żądać od szefów spółdzielni 4 mln zł. Podczas piątkowej rozprawy odrzucony został wniosek o mediację, z którym wystąpił oskarżyciel posiłkowy, bowiem nie zgodzili się na to oskarżeni.

Na ławie oskarżonych zasiadł prawnik z Leszna, Marcin O., dwoje byłych pracowników spółdzielni, Przemysław S. i Zuzanna C.-J., a także kontrowersyjny były dziennikarz Paweł Miter (zgodził się na ujawnienie danych). Nie przyznali się do winy.

Wszystko zaczęło się w lipcu 2019 r., kiedy Marcin O. korespondował z przedstawicielami Mlekovity. W jednym z listów napisał, że posiada nagrania kompromitujące spółdzielnie, na których, jak twierdził, widać pracowników zmieniających daty ważności produktów.

Sprawa antydatowania została zgłoszona prokuraturze. W międzyczasie mleczarnia złożyła swoje zawiadomienie, wskazując, że jest szantażowana. Ostatecznie śledztwo w sprawie fałszowania dat ważności produktów zostało umorzone.

Podczas pierwszej rozprawy, która odbyła się w sierpniu, oskarżyciel posiłkowy poszkodowanej spółki Mlekovita, wystąpił z wnioskiem o mediację. Wniosek ten nie został uwzględniony, ponieważ na skierowanie sprawy na mediację nie zgodzili się oskarżeni.

W piątek, 26 listopada na kolejnej rozprawie, swoje zeznania złożył Paweł Miter, który został prawomocnie skazany za prowokację z udziałem sędziego Ryszarda Milewskiego, w związku ze sprawą afery Amber Gold.

Jak wskazał, tematem antydatowania zainteresował go znajomy, Marcin O. To on zawiadomił prokuraturę o możliwych nieprawidłowościach w spółdzielni. – Dla mnie na początku ten temat był mało wiarygodny, tzn. nie zakładałem, że tak potężna firma może dopuszczać się nieprawidłowości przy ingerencji w daty i etykiety – mówił w sądzie.

Jak wyjaśnił, zobaczył część filmów, które nagrał z ekranu monitoringu hurtowni były już pracownik Mlekovity i jednocześnie oskarżony w tej sprawie Przemysław S. – Widziałem na nich Ewę K., która najprawdopodobniej zmywaczem do paznokci zmywała coś z etykiet – powiedział.

Dodał, że o sprawie rozmawiał ze swoim szefem, redaktorem naczelnym „Gazety Finansowej”.
– Powiedział mi, że sprawa faktycznie wygląda na poważną, jest ciekawa i daje mi zielone światło do badania tej sprawy. Przestrzegł mnie, żebym uważał i nie dał się w nic wmanewrować – zeznał Miter i dodał, że mając wstępną wiedzę, którą zaczerpnął od państwowej inspekcji sanitarnej i lekarza weterynarii o wytycznych dotyczących zmian etykiet produktów, wysłał pierwszego maila do Mlekovity.

Wskazał, że w odpowiedzi skontaktowała się z nim Adrianna S., dyrektor spółki ds. marketingu. – Poinformowała mnie, że oczywiście sprawa jest poważna, i że będą podejmować wyjaśnienia, i żeby się wstrzymał i czekał na odzew. Już w pierwszej rozmowie padały sugestie, że jak to gazeta prawicowa interesuje się firmą tak patriotyczną jak Mlekovita – wyjaśniał.

Dalej Miter mówił o procedurach, jakie powinny być podejmowane, np. w przypadku, kiedy dojdzie do zalania etykiety. Wskazał, że na tę okoliczność muszą zostać sporządzone odpowiednie dokumenty i wnioski o wydanie nowych etykiet. Jak wskazał, proceder antydatowania miał dotyczyć produktów wysyłanych m.in. do hoteli, restauracji, instytucji państwowych, takich jak żłobki i przedszkola oraz aresztów śledczych.

Oskarżony odniósł się do jednego z nagrań, na których miał widzieć paletę z serami, gdzie etykiety były błędnie naniesione. – Zgodnie z wymogami, daty muszą być w formacie dzień-miesiąc-rok. Natomiast na nagraniach widać, że te bloki serowe mają zły format daty, bo zaczynał się od roku i miesiąca, a kończył na dniu – mówił Miter.

Następnie wyjaśnił, że podczas rozmowy z byłym naczelnym „Gazety Finansowej” dowiedział się, że prezes Mlekovity zadzwonił do posła Grzegorza Brauna z prośbą o interwencję. Ten z kolei miał porozmawiać z szefem Pawła Mitera, by odsunął go od tematu.

Oskarżony, jak twierdzi, w obawie, że redaktor naczelny nakaże mu wycofanie się z tematu, zamieścił na Twitterze wpis. – Wstawiłem screeny z filmu, na którym jest Ewa K., jak dokonuje zrywania etykiet i naklejania nowych – powiedział.

W odpowiedzi na tweeta, do Mitera miał odezwać się niejaki pan Artur, specjalista z branży mleczarskiej. Miał wówczas wyznać, że Ewa K., będąc prawą ręką prezesa Mlekovity „do zadań specjalnych”, od trzech lat antydatowała produkty w hurtowni w Kościanie.

Oskarżony przekonywał też sąd, że ma informacje, iż prezes spółdzielni chciał przekupić jego i oskarżonego Marcina O. jeszcze przed próbą szantażu, jakiej mieli dokonać. Chodziło o odstąpienie od tematu. Dodał również, że pan Artur powiedział mu, „że ludzie w Mlekovicie są zes**ni, szukają detektywa oraz kancelarii z dojściami w prokuraturze, żeby temat uwalić”.

Jak twierdzi Miter, o rzekomych nieprawidłowościach w mleczarni miał poinformować prokuraturę, ta jednak „nigdy się do nas nie zgłosiła po te informacje”.

Miter odniósł się również do nagranej rozmowy oskarżonej Zuzanny C.-J. i oskarżonego Przemysława S. Jak powiedział, kobieta wiedziała o procederze antydatowania produktów, jednak nie zdawała sobie sprawy na jaką skalę się to odbywa.

Podczas piątkowej rozprawy swoje zeznania złożyła także Zuzanna C.-J., przełożona Ewy K. Mówiła o tym, jak skontaktował się z nią Miter i wypytywał o procedury w przypadku niezgodności dat na produktach. Jak dodała, to od Mitera dowiedziała się, że jej przełożeni donieśli na nią prokuraturze o tym, że to ona jest odpowiedzialna za antydatowanie produktów.

Oskarżona wyjaśniła, że czuła się zmanipulowana przez Mitera. Ostatecznie zdecydowała się przekazać wskazanemu przez niego Maciejowi O. dokument zawierający instrukcję procedury wymiany etykiet. Zuzanna C.-J. dodała, że dokument ten był ogólnodostępny dla pracowników.

Oskarżona powiedziała, że myślała, że jeśli Marcin O. zapozna się z dokumentem, to uzna, że nie dochodziło do antydatowania.
– Nawet jeżeli na filmach były widoczne jakieś czynności, to niekoniecznie jest to antydatowanie. Moje działania były podejmowane wyłącznie w interesie pracodawcy i moim. Nie miałam żadnego motywu, by przekazywać komuś informacje z rzekomym antydatowaniem – mówiła.

I dodała: – Nie przypuszczałam, że działam przeciwko pracodawcy i udostępniam jakieś tajne dokumenty. Z drugiej strony obawiałam się, że jeśli dochodziło do antydatowania, to pracodawca może mnie obciążyć odpowiedzialnością.

Kolejna rozprawa odbędzie się w marcu.

Zainteresował Cię ten artykuł? Szukasz więcej tego typu treści? Chcesz przeczytać więcej artykułów z najnowszego wydania Głosu Wielkopolskiego Plus?

Wejdź na: Najnowsze materiały w serwisie Głos Wielkopolski Plus

Znajdziesz w nim artykuły z Poznania i Wielkopolski, a także Polski i świata oraz teksty magazynowe.

Przeczytasz również wywiady z ludźmi polityki, kultury i sportu, felietony oraz reportaże.

Pozostało jeszcze 0% treści.

Jeżeli chcesz przeczytać ten artykuł, wykup dostęp.

Zaloguj się, by czytać artykuł w całości
  • Prenumerata cyfrowa

    Czytaj ten i wszystkie artykuły w ramach prenumeraty już od 2,46 zł dziennie.

    już od
    2,46
    /dzień
Justyna Piasecka

Dodaj pierwszy komentarz

Komentowanie artykułu dostępne jest tylko dla zalogowanych użytkowników, którzy mają do niego dostęp.
Zaloguj się

plus.dzienniklodzki.pl

Polska Press Sp. z o.o. informuje, że wszystkie treści ukazujące się w serwisie podlegają ochronie. Dowiedz się więcej.

Jesteś zainteresowany kupnem treści? Dowiedz się więcej.

© 2000 - 2022 Polska Press Sp. z o.o.