Świat na nowo przywrócony. Historia wybudzenia Macieja

Czytaj dalej
Fot. Archiwum prywatne
Rafał Cybulski

Świat na nowo przywrócony. Historia wybudzenia Macieja

Rafał Cybulski

Pięć miesięcy temu lekarze nie dawali mu szans na przeżycie, a gdy znalazł się w stanie wegetatywnym, uznali, że nie będzie poprawy. A jednak Macieja udało się obudzić.

Jedni przypadek Macieja Walenczewskiego mogą uznać za cud, inni określić namacalnym dowodem na postępy nowoczesnej medycyny, ale przede wszystkim jest to znakomity przykład triumfu ducha nad ciałem. Triumf, do którego przyczyniły się przede wszystkim wiara i miłość bliskich mu osób.

Bez tego wsparcia walka o powrót do życia mogłaby się nie udać. On wyszedł z niej jednak zwycięsko. Pod koniec ubiegłego tygodnia lekarze z olsztyńskiej kliniki „Budzik dla dorosłych” obwieścili światu, że 49-letni kwidzynianin jest pierwszym dorosłym pacjentem wybudzonym ze śpiączki w ich szpitalu.

- Pacjent rozumie polecenia, wypowiada pierwsze słowa i stawia pierwsze kroki. Komisja terapeutyczna działająca w placówce orzekła, iż terapia doprowadziła do wybudzenia pacjenta - poinformował na specjalnie zwołanej konferencji prasowej profesor Wojciech Maksymowicz, neurochirurg i prorektor Uniwersytetu Warmińsko-Mazurskiego w Olsztynie.

I choć lekarze podkreślają, że przed pacjentem jeszcze długa i żmudna droga, czyli wiele miesięcy rehabilitacji, to jednak szanse na powrót do pełni zdrowia i sprawności są duże.

***

Do feralnego w skutkach wypadku doszło równo pięć miesięcy temu, w poniedziałek, 16 stycznia. Maciej Walenczewski, były koszykarz Basketu Kwidzyn, a obecnie trener i nauczyciel wychowania fizycznego, zimowe ferie spędzał razem z rodziną i grupą znajomych w Białce Tatrzańskiej. Narty były jego pasją, więc każdej zimy robił jeden lub więcej wypadów w góry.

- Ja, ze względu na zdrowie, jeżdżę dość zachowawczo, ale Maciek to sportowiec, więc jeździł ostro. Z tego powodu zdarzały mu się oczywiście upadki, ale nigdy nie doznał żadnej poważnej kontuzji - przyznaje żona Magda, również wuefistka.

Tego dnia ona z córką wybrały łatwiejszą trasę, a mąż z synem trudniejszą. Według relacji syna, tata wyjątkowo kazał mu zjeżdżać jako pierwszemu, bo chciał się przyjrzeć, jak jeździ. Dopiero po jakimś czasie Piotr, uczeń pierwszej klasy liceum, zorientował się, że tata nie jedzie za nim, upadł gdzieś wyżej, ale on nie widział, w jakich okolicznościach doszło do wypadku. Nie było też żadnych świadków zdarzenia. Dopiero po jakimś czasie Macieja udało się odnaleźć na stoku. Był nieprzytomny, nie wykazywał oznak życia.

Świat na nowo przywrócony. Historia wybudzenia Macieja
Archiwum prywatne

Ciężko rannego narciarza w stanie śpiączki przewieziono do szpitala w Zakopanem. Lekarze stwierdzili uraz czaszkowo-mózgowy, na szczęście tuż po wypadku szybko podjęto reanimację, którą najpierw prowadził żołnierz przebywający na stoku, a po chwili przyłączył się lekarz z Gdańska.

- Mówili, żebym się przygotowała na najgorsze, więc poprosiłam dzieci, by się z tatą pożegnały. Jego serce nadal jednak biło, uznałam to za znak Bożej Opatrzności - wspomina Magda Walenczewska.

***

Dlatego ona również się nie poddała i rozpoczęła długą walkę o życie męża. 10 lutego Maciej Walenczewski, nadal w stanie śpiączki, z oddziału intensywnej opieki medycznej w Zakopanem został przewieziony do szpitala w Olsztynie, gdzie następne sześć tygodni spędził na oddziale neurologii. Według relacji lekarzy, ze śpiączki przeszedł w stan wegetatywny, nie było z nim żadnego kontaktu.

- Oddział neurologii nie był dla Maćka najlepszym miejscem, co przyznawali sami lekarze. Był tam narażony na różnego rodzaju szpitalne infekcje, a poza tym już wtedy wiedziałam, że przede wszystkim potrzebował rehabilitacji, pobudzania zmysłów, bombardowania różnymi bodźcami - tłumaczy Magda Walenczewska, która w Olsztynie wynajęła mieszkanie i spędzała z mężem tyle czasu, ile się dało.

Gdy Maciej nie ma żadnych zabiegów, Magda sama wkracza do akcji, masuje go, stymuluje i na różne sposoby pobudza zmysły

Wprawdzie momentami w szpitalnych murach czuła się jak intruz, ale skoro w tamtym miejscu i czasie jej mąż nie mógł liczyć na pomoc specjalistów z dziedziny wybudzeń, to ona sama ostro wzięła się do pracy. Już wtedy masowała męża po 2-3 godziny dziennie. Mówiła do niego, puszczała filmy, muzykę, starała się pobudzać zmysły zapachami i dotykiem. Cały czas szukała nowych pomysłów, wsłuchiwała się w dobre rady i... czekała, bo wiedziała, że neurologia to tylko przystanek na drodze do kliniki „Budzik dla dorosłych”. Maciej trafił tam 3 kwietnia.

***

W „Budziku dla dorosłych” jest osiem łóżek, ale obecnie przebywa tam sześciu pacjentów. W klinice stosuje się wiele metod i technik rehabilitacyjnych i terapeutycznych. Pacjenci poddawani są masażom, hydromasażom, chorych się pionizuje, dodatkowo stymulując wibrującym podłożem. Do dyspozycji jest również tzw. cyberoko, dzięki któremu pacjent może się komunikować za pomocą ruchu gałek ocznych lub fiksowania wzroku na poszczególnych piktogramach na ekranie. Nim się jednak rozpoczną te wszystkie działania, lekarze przeprowadzają badania weryfikujące, czy chory jest w stanie wegetatywnym, czy minimalnej świadomości, a osobom w śpiączce wszczepiają stymulatory. Jednym z takich pacjentów był Maciej Walenczewski. Zdaniem lekarzy, od razu dobrze rokował, ale droga od stanu wegetatywnego do wybudzenia była długa, a do tego pełna bólu, wyrzeczeń i ciężkiej pracy. Najlepiej wie o tym Magda Walenczewska, która od kilku miesięcy przy łóżku męża spędza po kilkanaście godzin dziennie.

Na dobre i na złe

Poznali się w 1993 roku. Oboje pracowali już wtedy jako nauczyciele, w dwóch różnych kwidzyńskich szkołach. Maciek w dawnej „dziewiątce”, a Magda w „szóstce”, z mamą Maćka. Gdy się poznali, szybko między nimi zaiskrzyło i od tamtego momentu są razem. Na dobre i na złe.

- Wstaję przed siódmą. Z reguły wszystko, co potrzebne, jak jedzenie czy ubrania, przygotowuję poprzedniego dnia wieczorem, więc już o ósmej jestem w kościele, gdzie codziennie modlę się o zdrowie męża. W szpitalu jestem około godziny 8.40 i zostaję tam do godziny 20, a czasami i dłużej, zwłaszcza gdy widzę, że jest pobudzony i emocje w nim grają. Potem wracam autobusem do wynajmowanego mieszkania i przygotowuję się do następnego dnia - tak Magda Walenczewska opowiada o swoim planie dnia.

Bagatelizuje przy tym własne problemy zdrowotne, a przecież niedawno przeszła klipsowanie tętniaka, po którym były drobne komplikacje.

- Było, minęło. Dzięki temu, że zajmowałam się Maćkiem, nie myślałam o sobie - mówi.

Słoik z benzyną

Gdy mąż nie na żadnych zabiegów, sama wkracza do akcji, masuje go, stymuluje i na różne sposoby pobudza zmysły. Korzysta przy tym z wielu wskazówek profesora Jana Talara, znanego specjalisty w dziedzinie wybudzeń, który kilka lat temu zszokował środowisko medyczne stwierdzeniem, że śmierć pnia mózgu nie istnieje.

- Profesor mówił między innymi o pobudzaniu wielozmysłowym i o tym, że masaż powinien być jak delikatne muśnięcie wiatru o listki drzew. Te rady utwierdziły mnie we wcześniejszym przekonaniu, że Maciek potrzebuje różnych bodźców zewnętrznych - tłumaczy.

Najpierw zaczęła gromadzić gąbki, rękawice, a nawet pióra, którymi masowała męża. Raz masowała go lodem, innym razem ciepłymi przedmiotami. Potem doszły do tego poduszka wibrująca oraz masażery różnych typów, do nóg, do twarzy, do ust. Jak sama dziś przyznaje, szukała wszystkiego, co wibruje.

Stymulowała męża również na inne sposoby, w pierwszej kolejności zapachami. Przynosiła do kliniki perfumy, olejki, owoce, a nawet zapach ogniska i... benzynę.

- Maciek zawsze był „samochodziarzem”, interesował się motoryzacją, więc poprosiłam jednego z terapeutów z kliniki, by tankując samochód, przywiózł nieco benzyny w słoiczku - opowiada.

Ważną rolę odgrywały również owoce, takie jak cytryny i pomarańcze, które dostarczały nie tylko bodźców zapachowych, ale również smakowych i - ze względu na kolor - wzrokowych. Tych ostatnich dostarczały mu również kolorowe stroje, w które ubierała siebie i jego.

- Zwilżałam Maćkowi usta kropelką wody z cytryną lub pomarańczą, dawałam mu je wąchać, dotykać, cały czas opowiadałam, co to jest, z czym powinien to kojarzyć. Gdy przyniosłam grzyby, mówiłam o tym, kto je w domu gotował, gdzie je zbieraliśmy. To było jak opowiadanie mu świata na nowo, skupiałam się jednak tylko na przeszłości - relacjonuje Magda Walenczewska.

Świat na nowo przywrócony. Historia wybudzenia Macieja
Archiwum prywatne

Stąd m.in. pomysł, by puszczać mu zagrane mecze koszykarskich drużyn, które prowadził, a mama jednego z jego podopiecznych relacjonowała mu nawet przebieg rozgrywanego spotkania przez telefon.

To wszystko plus zabiegi prowadzone przez różnych terapeutów powoli zaczęło przynosić efekty. Pacjent zaczął też rozpoznawać twarze bliskich, podawać dłoń na powitanie, a potem powoli wstawać i stawiać pierwsze kroki przy chodziku. Długo jednak walczył, by na nowo nauczyć się mówić.

- Najpierw mówił „hej” i „no”, ale wreszcie powiedział „Magda” - opowiada wzruszona żona.

Zaczął też samodzielnie jeść. Najpierw było to tiramisu, które żona zaserwowała mu w okolicy świąt wielkanocnych, a potem menu stawało się coraz bogatsze. Oczywiście przez długi czas dominowały w nim zupy, ale teraz pacjent potrafi już samodzielnie gryźć i połykać niewielkie kęsy kanapek.

Cały czas zdarzają się jednak trudniejsze chwile, bo niektóre umiejętności długo się utrwalają, m.in. dlatego, choć Maciek coraz częściej mówi „do domu, do domu”, to jednak na razie musi jeszcze pozostać w „Budziku” i dalej ciężko pracować.

Obudzili Macieja!

On na razie nie może wrócić do Kwidzyna, ale za to w klinice może liczyć na częste odwiedziny, zarówno krewnych, jak i wielu znajomych z rodzinnego miasta. Córka i syn odwiedzają go raz w tygodniu, ze względu na obowiązki szkolne i treningi po prostu nie mogą. - Córka, która jest w wieku gimnazjalnym, bardzo przeżyła całą sytuację. Syn jest już w liceum, więc zniósł to lepiej, ale naprawdę oboje są dzielni. Zostali w Kwidzynie pod opieką teścia i babci.

W ostatnich miesiącach w Kwidzynie organizowano liczne zbiórki, kwesty i koncerty charytatywne, które miały na celu wsparcie finansowe państwa Walenczewskich. Angażowali się w nie głównie jego przyjaciele i znajomi z dwóch szkół, w których pracują: Gimnazjum nr 2 i Szkoły Podstawowej nr 6.

O Maćku i jego problemach pamiętano przy wielu okazjach, a na Facebooku powstał profil „Budzimy Macieja”. Założył go Krzysztof Trzaskulski, przyjaciel z czasów młodości, ale swoje relacje na temat postępów w terapii zamieszczali tam również inni znajomi, którzy regularnie odwiedzali go w klinice. Środki na jego leczenie zbierane są także za pośrednictwem strony pomagam.pl

- To dla nas naprawdę ważne, bo od wielu miesięcy oboje jesteśmy na zwolnieniach lekarskich, więc dostajemy pomniejszone pensje, a samo wynajęcie mieszkania w Olsztynie kosztuje mnie 1100 złotych. Dlatego jeszcze raz wszystkim dziękujemy, zwłaszcza że przed nami nadal długa droga - podkreśla Magda Walenczewska. - Szczególne podziękowania należą się neurologopedce pani Ani, bez niej nie byłoby tego wszystkiego.

***

Wideo z konferencji, podczas której lekarze z kliniki "Budzik" dla dorosłych w Olsztynie, opowiadali o wybudzeniu.

(TVN24/x-news)

Rafał Cybulski

Dodaj pierwszy komentarz

Komentowanie artykułu dostępne jest tylko dla zalogowanych użytkowników, którzy mają do niego dostęp.
Zaloguj się

plus.dzienniklodzki.pl

Polska Press Sp. z o.o. informuje, że wszystkie treści ukazujące się w serwisie podlegają ochronie. Dowiedz się więcej.

Jesteś zainteresowany kupnem treści? Dowiedz się więcej.

© 2000 - 2019 Polska Press Sp. z o.o.