Start-up, czyli jak mały może dużo w świecie biznesu

Czytaj dalej
Marcin Bereszczyński

Start-up, czyli jak mały może dużo w świecie biznesu

Marcin Bereszczyński

Droga od innowacyjnego pomysłu na biznes do wdrożenia go w dużej firmie nie musi być długa. Świadczą o tym start-upy z Łódzkiej Specjalnej Strefy Ekonomicznej.

Pomysły na biznes może mieć każdy. Ale jak je wprowadzić w życie? Łódzka Specjalna Strefa Ekonomiczna pomaga młodym innowacyjnym firmom w dotarciu do świata biznesu. Stworzono akcelerator Startup Spark, który pozwala na wdrażanie oryginalnych pomysłów w korporacjach, w tym u inwestorów ŁSSE.

Start-up, czyli co...

Czym właściwie jest start-up? Polska Agencja Rozwoju Przedsiębiorczości określa to w następujący sposób: „osoba, która prowadzi start-up startuje z budowaniem swojego biznesu, wykonuje pierwsze kroki ku niezależności finansowej. Start-up to nic innego, jak młoda firma tworzona przez najczęściej młodych ludzi”.

Jeden z najbardziej znanych start-upów zrealizował Marc Pincus, twórca najpopularniejszej obecnie platformy z grami internetowymi dostępnymi za pomocą mediów społecznościowych, takich jak Facebook. Pincus odszedł z korporacji, aby realizować własne pomysły biznesowe. Większość nie przynosiła dochodu. Dopiero kolejny z jego start-upów dał mu sukces. Innym przykładem jest firma Rovio, która wyprodukowała grę Angry Birds. Popularnością i przychodami prześcignęła Nokię. W Polsce też są start-upy, które odniosły sukces. PARP podaje przykład Borysa Musielaka, twórcy portalu Filmaster.pl. Zaczęło się od pasji do filmów. Tworzył projekt w drodze do pracy, w pociągu, w wolnych chwilach. Gdy dostał unijną dotację, zaczął rozwijać go z jednym z największych funduszy inwestujących w nowe technologie w Europie, co okazało się trampoliną do ostatecznego sukcesu.

ŁSSE startuje ze start-upami

Pomysł na start-upy kiełkował w ŁSSE od dłuższego czasu. Projekt rozpoczął się, gdy rząd ogłosił program Start in Poland i pojawiła się szansa na dofinansowanie akceleratora start-upów. Strefa postanowiła wykorzystać swój potencjał biznesowy, jakim jest dostęp do dużych firm, współpracować z nimi w celu zdefiniowania ich potrzeb na innowację, a następnie wyszukać start-upy z całej Polski, które tworzą pasujące produkty i usługi. Potraktowano tę formę rozwoju przedsiębiorczości jako element, który będzie wpływał na PKB, rozwój młodych firm i polskiej technologii oraz wzmocni pozycję dużych i średnich przedsiębiorstw.

- Na początku musieliśmy przekonać korporacje, w tym strefowych inwestorów, że współpraca ze start-upami, z niestandardowo myślącą grupą młodych ludzi będzie lepsza niż zamówienie i zakup gotowych rozwiązań - wspomina początki Stratup Spark Agnieszka Sygitowicz, wiceprezes zarządu ŁSSE.

Wiele projektów Startup Spark zakończyło się komercjalizacją, kontraktami biznesowymi lub dalszą współpracą. Dla ŁSSE najważniejsza była informacja zwrotna, czyli reakcja dużych firm, które chętnie zaangażowały się w przygotowywanie Startup Spark 2.0, czyli drugiej planowanej edycji akceleratora. Pierwsza edycja zakładała 25 wdrożeń testowych, było ich 27. Można powiedzieć, że komercjalizacją zakończyło się 6-7 projektów. Skąd te nieprecyzyjne liczby? Otóż część projektów ciągle się rozwija. ŁSSE cały czas monitoruje kolejne komercjalizacje strat-upów.

- Pierwsza edycja Startup Spark przyniosła około 25 proc. skomercjalizowanych wdrożeń. To bardzo dużo, bo standardy to zwykle około 10 procent - mówi Agnieszka Sygitowicz. - Mając doświadczenie z pierwszej edycji, Startup Spark 2.0 rozbudowaliśmy o dodatkowe elementy, które wyniknęły z rozmów ze start-upami.

Startup Spark 2.0 ma wystartować w przyszłym roku. Obecnie ŁSSE aplikuje o fundusze na ten projekt. Pieniądze mają być trzy razy większe niż w pierwszej edycji, bo nawet 15 mln zł. ŁSSE planuje współpracę z co najmniej 11 dużymi i średnimi firmami i ponad 60 start-upami.

Przełamać strach widowni

Pomysł Adama Trojańczyka dał początek jednemu z łódzkich start-upów. Autor stworzył narzędzie do zwiększania zaangażowania publiczności, które sprawdza się nie tylko na konferencjach. To właściciel Software House Czarny Kod i współzałożyciel oraz CTO start-upu Tap To Speak.

Wszystko zaczęło się pięć lat temu, gdy Adam Trojańczyk poznał swojego wspólnika Marka z Arizony w USA. Pierwszym wspólnym projektem był portal, dzięki któremu klienci mogli kupować porady stylisty. Tym stylistą miał być Reimi Touch, który prowadzi swój program telewizyjny, ubiera gwiazdy amerykańskich lig NBA i NFL, a także stylizuje biznesmenów. Był znajomym Marka. - Nie wiedziałem wtedy, że Reimi Touch okaże się najsłabszym ogniwem tego projektu - wspomina Trojańczyk. - Nie pojawił się na żadnym nagraniu ani evencie. Zawsze miał wymówkę: musiał umyć samochód, albo po prostu zapomniał. Produktu nie udało się wprowadzić na rynek, chociaż technologicznie był bardzo dobry.

Innym projektem było narzędzie oparte o beacony. Narzędzie miało pomagać w ratowaniu życia ludzi w kopalniach. Projekt zakończył się fiaskiem. Powstał prototyp, ale nie zyskał zainteresowania inwestorów.

Kolejny pomysł zrodził się podczas udziału w spotkaniach publicznych. Dla sprawnej komunikacji potrzebna była osoba, która podchodziła z mikrofonem do chcących zadać pytanie. Wtedy Adam Trojańczyk wpadł na pomysł, aby zamiast z mikrofonu korzystać ze smartfona. Okazało się, że była już firma pracująca nad takim rozwiązaniem. W dodatku z Arizony. Jej aplikacja działała w skomplikowany sposób. Na każdej konferencji musiał pojawić się technik z urządzeniem, które musiało być zainstalowane w sali trzy dni wcześniej, aby telefony mogły się z nim kontaktować. Adam Trojańczyk uznał, że trzeba skorzystać z biznesowej mądrości, która mówi, że jeśli można coś zrobić, to najlepiej szybciej, taniej i lepiej niż konkurencja. Rozpoczął pracę nad prototypem. Narzędzie od razu było nagradzane. Wersja beta nowego urządzenia była zaprezentowana 150 firmom m.in. Microsoft, Toshiba, IBM. Zainteresowanie wyraziły też amerykańskie uczelnie. Zaczęły się konferencje z użyciem nowego narzędzia. Jedno z nich w Las Vegas z udziałem 20 tys. osób. - Urządzenie spotkało się z pewną niechęcią - opowiada Adam Trojańczyk. - Uniwersytety chciały produkt, ale publiczność nie angażowała się w konferencję. Okazało się, że silniejszy był strach przed wypowiadaniem się publicznie. Mówi się, że to jedna z największych obaw, potem są tylko pająki i śmierć. Boję się śmierci, więc rozumiem tych, co czują strach przed wypowiedziami publicznymi. Czy to mikrofon, czy aplikacja, ludzie bali się mówić. Zwłaszcza w hermetycznym środowisku swojej branży.

Trzeba było usprawnić narzędzie, żeby zaangażować uczestników konferencji. Należało usprawnić narzędzie, dodając wersję tekstową, aby zaangażować milenialsów i najbardziej nieśmiałych uczestników konferencji. Dołączono ankiety i sondaże w czasie rzeczywistym. Prowadzącemu konferencję wystarczy laptop, nagłośnienie i rzutnik. Za jego plecami wyświetlany jest ekran „wydarzenia”. Uczestnicy mogą pytać anonimowo, a ich „wypowiedzi” są wyświetlane na ekranie. Osoby nieśmiałe mogą wybrać dowolny nick, a odważni pisać pod nazwiskiem. Efekt? Wzrost o 800 proc. zaangażowania widowni. Firma farmaceutyczna Covance Inc. wykorzystała to narzędzie podczas konferencji w Londynie. Zadano 912 pytań z publiczności, liczącej tysiąc osób.

Adam Trojańczyk był zaskoczony, że jego produkt sprawdza się również w innych sytuacjach. Narzędzie zostało wykorzystane m.in. przez firmę cateringową. Ekran zawisł w kuchni. Klienci przy stolikach mogli wyrazić opinie o posiłkach, a kucharz czytał je na bieżąco. Jeszcze inne zastosowanie znalazł szpital w Wisconsin. Grono 2,5 tysiąca pracowników szpitala informowało, co dzieje się na ich oddziałach. Pacjenci z łóżek mogli anonimowo zadawać pytania lekarzom. Ekran wisiał w pokoju lekarskim, aby można było szybko reagować. Jeszcze inne wykorzystanie miało miejsce, gdy w kuluarach grał na żywo zespół muzyczny. Uczestnicy mogli zgłaszać utwory, jakie chcą usłyszeć. Odbyło się też głosowanie na najlepszą piosenkę. - Nie zakończyliśmy pracy nad produktem - mówi Adam Trojańczyk. - Od roku pracujemy nad kolejną wersją. Po raz kolejny zmienimy oblicze konferencji - dodaje, choć szczegółów nie zdradza.

Zwarcie w Microsoft

Dominik Ciurko z Rzeszowa stworzył start-up o nazwie Jitiv. To urządzenie, dzięki któremu można zaoszczędzić energię w zakładach pracy. System bada dwieście parametrów, które pozwalają lepiej zarządzać produkcją. Z rozwiązania tego start-upu skorzystała Albea. - Nasz start-up ciągle się rozwija, pozyskujemy nowych klientów, ale początki tego nie zapowiadały - wspomina Dominik Ciurko. - Kilka lat temu, gdy byłem roztargniony, zapominałem wyłączyć żelazka. Uznałem, że trzeba znaleźć urządzenie, które pozwoli mi sprawdzić po wyjściu z domu, czy w domu wszystko jest w porządku. Taki system istniał, ale był za drogi na kieszeń studencką. Pomyślałem, że mogę z kolegami zrobić podobny system, ale tańszy.

Samo wskazywanie, czy urządzenie jest włączone, nie było żadnym wyróżnikiem. Potrzebne były dodatkowe zastosowania. Najważniejszym miało być oszczędzanie energii w domach klientów indywidualnych. Gdy zespół Dominika Ciurko dostał się do Startup Spark, trzeba było zmienić model biznesowy projektu. Okazało się, że narzędzie może być przydatne w biurach i w fabrykach. Zbudowano system zarządzania urządzeniami elektrycznymi. Nowe urządzenie zamontowano w części fabryki Albea i w kilku pomieszczeniach biurowych. Obecnie mówi się już o objęciu projektem całej fabryki i zaplecza administracyjnego.

- Fabryka widzi, gdzie są straty, czyli którędy uciekają pieniądze. To pozwala lepiej zarządzać produkcją - mówi Dominik Ciurko. - Gdy nastąpi awaria, urządzenie pokaże, jak przepiąć transformatory, żeby obsłużyć najważniejszych klientów. Narzędzie pozwala optymalizować zużycie energii linii produkcyjnych.

Praca nad systemem wiąże się z ciekawą anegdotą. Konstruktorzy chcieli zaprezentować urządzenie na konkursie start-upowym. Ostatniej nocy przed wyjazdem urządzenie działało. Konstruktorzy postanowili jeszcze zrobić jego stres test. Podłączyli je do bojlera w łazience, ale spaliła się jedna z części urządzenia. Po drodze na konkurs trzeba było szukać zamiennika. Zajęło to dużo czasu. Przyjechali spóźnieni. Brakującą część musieli jeszcze zamontować. Dowiedzieli się, że mogą zrobić to w kuchni Microsoft. Ale znów poszło coś nie tak, bo zaspani konstruktorzy w niewyjaśniony sposób doprowadzili do zwarcia i wysiadły korki w całej firmie. Pomimo tylu przeciwności losu urządzenie trafiło do finału konkursu.

Od pracy magisterskiej do start-upu

Blesu to start-up tworzony przez zespół Sławomira Grzebienia z Warszawy. Z jego rozwiązania w ramach Startup Spark korzysta firma Wielton. To użytkowa aplikacja IT z wisienką na torcie, którą jest rozszerzona rzeczywistość. Służy szkoleniu pracowników. Można m.in. zaprezentować, co produkowane jest w różnych obszarach przedsiębiorstwa. Oprogramowanie skierowane jest do pracowników dużych firm.

- Pomysł zrodził się z mojej pracy magisterskiej na Politechnice Warszawskiej - mówi Sławomir Grzebień. - Zadaniem było przygotowanie interfejsu dla robota w fabryce przemysłu 4.0. Postanowiłem wykorzystać tę technologię komercyjnie. Wydawało mi się, że dobrym pomysłem będzie zamienienie gazetek drukowanych w wirtualną półkę sklepową. Z taką koncepcją przyszedłem do Startup Spark.

Jak to bywa ze start-upami, koncepcja ewaluowała. Trzeba było przygotować oprogramowanie, które pozwoli wdrożyć do pracy w firmie nowych pracowników. Rozszerzona rzeczywistość pozwala zobrazować, gdzie znajdują się poszczególne budynki firmy i co się w ich dzieje.

Z historią wdrożenia tego rozwiązania wiąże się anegdota. W recepcji firmy Wielton zainstalowano tablet z demonstracyjną wersją aplikacji dla gości. Niestety tablet raz działał, a raz nie. Na odległość nie dało się stwierdzić, co jest przyczyną awarii. Ekipa ze stolicy przyjechała na miejsce i zobaczyła, że uszkodzony jest kabel zasilający. Wystarczyło go wymienić. Okazało się, że skomplikowana technologia często przegrywa z banalnymi usterkami.

Jakie niespodzianki przyniesie Startup Spark 2.0?

Marcin Bereszczyński

Dodaj pierwszy komentarz

Komentowanie artykułu dostępne jest tylko dla zalogowanych użytkowników, którzy mają do niego dostęp.
Zaloguj się

plus.dzienniklodzki.pl

Polska Press Sp. z o.o. informuje, że wszystkie treści ukazujące się w serwisie podlegają ochronie. Dowiedz się więcej.

Jesteś zainteresowany kupnem treści? Dowiedz się więcej.

© 2000 - 2020 Polska Press Sp. z o.o.