Stare okulary mogą dać tyle radości. Oddaj je Papuasom

Czytaj dalej
Fot. Archiwum prywatne
Anna Gronczewska

Stare okulary mogą dać tyle radości. Oddaj je Papuasom

Anna Gronczewska

Ksiądz Marek Woldan od blisko 10 lat pracuje na misjach w Papui Nowej Gwinei. Przyjechał do Polski na urlop, przy okazji wspólnie z przyjacielem, dr. Przemysławem Lipińskim, zbiera w Łodzi okulary dla Papuasów.

Ks. Marek Woldan święcenia kapłańskie przyjął w archidiecezji częstochowskiej. Pracował najpierw jako kapłan diecezjalny, a w styczniu 2008 r. wyjechał na misję do Papui Nowej Gwinei. Jego przyjaciel dr Przemysław Lipiński, chirurg z Łodzi, który zajmuje się leczeniem przewlekłych ran, spędził wśród Papuasów blisko miesiąc. Dziś wspólnie prowadzą zbiórkę okularów dla Papuasów.

- Papuasi byli szczęśliwi, że przyjechał do nich lekarz z Polski i chciałby im pomóc - mówi ksiądz Marek Woldan. - W Papui problemy są ze wszystkim. Nawet z okularami. Mało kogo stać, by kupić za 200 kin, gdy zarabia się co najwyżej 50 miesięcznie. Dlatego prowadzona jest akcja zbierania niepotrzebnych okularów dla Papuasów. Każdy może nam pomóc, wystarczy przynieść je do sklepu „Trawers” przy ul. Piotrkowskiej 4 w Łodzi.

O tym, że Papua Nowa Gwinea ma ogromne problemy ze służbą zdrowia, dr Lipiński przekonał się, gdy pojechał na misję. Na miejscu zastał ośrodek zdrowia, którego od 15 lat nie odwiedził lekarz. Pracowali w nim tylko pielęgniarze mający pod opieką około 50 tys. ludzi. Do lekarza trzeba było jechać 4-5 godzin. - Kiedyś pojechałem tam z chłopcem, któremu ręka wypadła ze stawu łokciowego, niestety lekarza nie zastaliśmy. Za drugim razem przepisał chłopcu tylko tabletki przeciwbólowe. Dziś chłopiec jest kaleką - opowiada ks. Marek.

Papuasi swoje ludowe stroje zakładają podczas uroczystości
Archiwum prywatne Dr Przemek Lipiński z mieszkanką Papui

Dr Przemysław Lipiński współpracuje z Polską Misją Medyczną, do Papui trafił dzięki programowi, który przygotowało polskie Ministerstwo Spraw Zagranicznych. Odwiedził wiele wiosek, często był tam pierwszym lekarzem, którego mieszkańcy widzieli. - Mogłem wykonywać tylko zabiegi w znieczuleniu miejscowym, zrobiłem ich ponad 70 - wspomina dr Lipiński. - Niekiedy nie byłem w stanie pomóc. Dzieci przychodziły ze źle zrośniętymi nogami, dorośli z zaćmą. Z góry zniesiono nawet sparaliżowaną kobietę.

Dziś, choć jest już w Łodzi, nadal chce wspólnie z księdzem Markiem pomagać Papuasom. Stąd pomysł na zbiórkę okularów.

Misja księdza Marka

Ksiądz Marek przyznaje, że mimo trudności misja w Papui Nowej Gwinei jest dla niego niezwykle fascynująca. - To piękny, w dużej części górzysty kraj, który zachwyca przyrodą - opowiada ks. Marek. - Mówi się w nim blisko 800 językami. Wynika to z tego, że Papuasi żyli długo w izolacji, właśnie ze względu na góry i wyspy. Różnorodność wynika też z tego, że panuje tam dalej system klanowy, każdy trzyma się własnego klanu, a ten sąsiedni może być wrogiem. Choć muszę przyznać, że dziś Papua jest już bardziej otwarta niż kiedyś.

Przez siedem lat ks. Marek pracował w parafii Kagua, w diecezji Mendi. Początkowo wydawało mu się, że wszędzie Papuasi żyją tak samo. Ale nawet na terenie tej samej diecezji można dostrzec wielkie różnice. - Ludzie z wybrzeża mają bardziej zamkniętą społeczność, bo mniej obcych do nich przybywa - opowiada ks. Marek. - Bez strachu zostawiają silniki do łodzi przy jeziorze. Inaczej też chowają zmarłych. Robią to na półkach skalnych przy jeziorze. Podobne pochówki stosuje się w parafii, w której teraz jestem, gdzie chowają zmarłych w grotach. Natomiast w Kagua z dziada pradziada dokonuje się pochówku w ziemi.

Człowieka wychowanego w naszej kulturze może dziwić wiele rzeczy. Jeszcze kilka lat temu ks. Marek widział w jednej z miejscowości nad jeziorem tzw. house man, czyli dom mężczyzn. To budowla wzniesiona na palach, mająca 50-60 metrów, wykonana z materiałów buszowych i przykryta dachem z trawy. - Do house man wstęp mieli tylko mężczyźni i chłopcy - wyjaśnia ks.
Marek. - Mężczyźni uczyli synów, bratanków, siostrzeńców, jak żyć.

Ksiądz Marek przyznaje, że mimo silnego kultywowania starych zwyczajów, coraz częściej do Papuasów dociera cywilizacja. Choć w domach na wsi nie ma z reguły prądu, to chętnie oglądają filmy w... kinach. - Ktoś buduje buszowy domek. Wstawia tam telewizor, jakiś odtwarzacz, podłącza wszystko do agregatu prądotwórczego i pusz cza filmy. I oczywiście kasuje bilety za wstęp - opowiada ks. Marek.

Papuasi swoje ludowe stroje zakładają podczas uroczystości
Archiwum prywatne Ks. Marek wśród swoich parafian

- Ta cywilizacja dociera do nich przez to, że wchodzą tam zachodnie koncerny - mówi ks. Marek Woldan. - Ściągają je tu bogactwa naturalne, bo w Papui Nowej Gwinei pod ziemią jest cała tablica Mendelejewa. Jednak ani ten kraj, ani mieszkający w nim ludzie nie czerpią z tego korzyści. Nie daje to bogactwa tym ludziom.

Na wsi Papuasi żyją z upraw, głównie kaukau, czyli słodkich ziemniaków i innych warzyw. Coraz częściej źródłem dochodu stają się małe sklepiki, w których można kupić colę, zapałki, jakieś ciastka.

Parafia Kagua, w której pracował ks. Marek, ma 30 kilometrów średnicy, znajduje się tam jeden kościół główny i 10 kaplic, żeby się do nich dostać, czasem trzeba pokonać góry, ale ludzie tam zawsze czekają na księdza.

- Kiedyś spóźniłem się z godzinę - wspomina ks. Marek. - Powiedzieli mi, że przyszedłem do nich później. Zapytałem, skąd wiedzą, skoro nie mają zegarków. Opowiedzieli, że słońce znajdowało się w innym miejscu niż zazwyczaj, gdy do nich przychodziłem. Tak liczą czas...

Papuasi zachowują swoje tradycje, nie zapominają o strojach ludowych. - Kiedyś zobaczyłem odświętnie, rytualnie ubranego Papuasa tylko z okazji święta - wspomina dr Przemysław Lipiński. Ks. Marek dodaje, że Papuasi chodzą boso, a buty zakładają, idąc do kościoła. Zdejmują je, gdy wracają do domu i wchodzą do buszu. Buty trzymają w specjalnych kryjówkach w buszu.

Papuasi mieszkają w domach ustawionych na palach, zrobionych z trzciny, gałęzi. Dach z trawy pełni bardzo ważną funkcję, bo w domach palą ogniska.

Papuasi swoje ludowe stroje zakładają podczas uroczystości
Krzysztof Szymczak Ks. Marek Woldan i dr Przemysław Lipiński chcą pomagać Papuasom. Stąd pomysł na zbiórkę okularów

- Ognisko to centralny punkt domu - tłumaczy ks. Marek. - Gotuje się tu jedzenie, przy ognisku gromadzi się rodzina. Ognisko ogrzewa też pomieszczenie, bo choć w dzień temperatura dochodzi do 30 stopni Celsjusza, to ranki i wieczory są chłodne.

We wsiach mało kogo stać na agregaty prądotwórcze, drogie są gaz i benzyna. Ks. Marek tłumaczy, że benzyna kosztuje tyle co w Polsce. Jednak gaz jest kilka razy droższy, dlatego coraz popularniejsze stają się solary.

- I telefony komórkowe! Ktoś nie ma butów, ale w ręce trzyma telefon - śmieje się ks. Marek.

Ile świń za żonę?

Papuasi jedzą głównie kaukau, dynię, kapustę, gotowane liście dyni. Hodują też kury, choć najważniejsze są świnie. Stanowią nie tylko źródło pokarmu, zwykle w święta, ale stanowią też ważną walutę. - Mężczyzna, który nie ma świni, nie ożeni się - tłumaczy ks. Marek Woldan. - W Papui trzeba bowiem kupić żonę. Płaci się za nią świniami i miejscową walutą, czyli kiną.

Ks. Marek wyjaśnia, że wszystko to wynika z kultury klanowej. - Tu nie liczy się jednostka, tylko klan - mówi ks. Marek Woldan. - Pomiędzy klanami są tarcia o różne rzeczy. Jeśli klan jest mały, to przegrywa. Silny klan to taki, który ma wojowników. A wojowników dają kobiety.

Tak więc klan, który traci kobietę, musi dostać zapłatę. Płaci się za nią od 3 do 10 tys. kin, które mają trochę większą wartość niż złotówka. Trzeba też dodać od 10 do 50 świń.

- Kobiet jest trochę więcej niż mężczyzn, więc niekiedy zapłatę rozkłada się na raty - opowiada misjonarz z Papui Nowej Gwinei. - Bywa, że ktoś nie płaci rat, zapłaci tylko pierwszą i wtedy niekiedy kobieta wraca do swojego klanu.

Kobieta jest potrzeba nie tylko dlatego, że rodzi dzieci, ale też do pracy w ogrodzie. Mężczyzna pracuje w zasadzie tylko przy karczowaniu buszu. Większość dnia wraz z innymi Papuasami spędza na tzw. markecie. To taki miejscowy rynek, mężczyźni tam siadają, toczą rozmowy, wymieniają swe opinie.

- To takie miejscowe forum internetowe - śmieje się ks. Marek.

Do niedawna ślub kościelny można było wziąć tylko wtedy, gdy para była ze sobą kilka lat i urodziło się im pierwsze dziecko. Bywało, że syn lub córka nie przychodzili na świat i kobieta musiała wrócić do swego klanu. - Siła klanu była najważniejsza, nie liczyło się uczucie - mówi ks. Marek. - Teraz zdarza się, że młodzi uciekają z wioski, żeby być ze sobą.

Anna Gronczewska

Dodaj pierwszy komentarz

Komentowanie artykułu dostępne jest tylko dla zalogowanych użytkowników, którzy mają do niego dostęp.
Zaloguj się

plus.dzienniklodzki.pl

Polska Press Sp. z o.o. informuje, że wszystkie treści ukazujące się w serwisie podlegają ochronie. Dowiedz się więcej.

Jesteś zainteresowany kupnem treści? Dowiedz się więcej.

© 2000 - 2019 Polska Press Sp. z o.o.