Stan wojenny mógł się potoczyć według zupełnie innego scenariusza

Czytaj dalej
Fot. Archiwum ZOD/publikacja Zatrzymane w kadrze
Sławomir Sowa

Stan wojenny mógł się potoczyć według zupełnie innego scenariusza

Sławomir Sowa

Stan wojenny, wprowadzony 35 lat temu przez Wojciecha Jaruzelskiego pochłonął kilkadziesiąt ofiar śmiertelnych, tysiące ludzie pozamykano w więzieniach i internowano, tysiące wyrzucono z pracy, tysiące wyemigrowały. Polska to nie Chile czy Argentyna, a Jaruzelski to nie Pinochet ani Videla, ale można sobie wyobrazić, że przebieg wydarzeń mógł być znacznie bardziej krwawy niż dzisiaj czytamy w szkolnych podręcznikach.

Najkrwawsza była pacyfikacja kopalni Wujek - z rąk zomowców zginęło 9 górników. 31 sierpnia 1982 roku podczas manifestacji w Lubinie milicja zastrzeliła trzech demonstrantów, później dochodziło do zabójstw i skrytobójstw, ale strzelanie do ludzi nigdy nie przybrało takiej skali jak w Poznaniu w 1956 roku i na Wybrzeżu w 1970 roku. Dlaczego? Swoją rolę odegrały zapewne doświadczenia architektów stanu wojennego z Wojciechem Jaruzelskim na czele. Od czerwca 1956 upłynęło 25 lat, od grudnia 1970 roku zaledwie 11. Z dzisiejszej perspektywy można uznać, że Jaruzelski i spółka byli zdeterminowani zniszczyć Solidarność i opór społeczny, ale niekoniecznie w formie krwawej łaźni.

Z drugiej strony podziemna Solidarność i jej liderzy wybrali pokojową formę oporu. Bywało, że walka toczyła się na ulicach, ale nie na barykadach. Nie stworzono podziemnych struktur zbrojnych, choć taka furtka była otwarta. Wystarczy przypomnieć sprawę sierżanta milicji Karosa. Zginął w tramwaju od przypadkowego strzału, gdy próbowało go rozbroić kilku młodych ludzi, którzy naoglądali się filmów jak wygląda okupacja.

Nie należy jednak zapominać, że zbrojna dyktatura uruchamia najgorsze instynkty w ludziach związanych z reżimem, daje poczucie wszechwładzy, bezkarności i milczącej zgody na wszelkie bezprawie. Tak też stało się w stanie wojennym. To nie musiało być tak, że mordercy księdza Popiełuszki czy Grzegorza Przemyka musieli mieć swoich do dziś nieodkrytych mocodawców. Może mieli, może nie. Ale czy nie wystarczy, że ktoś zadbał potem, żeby kryć sprawców, zadbać o amnestię dla nich?

Oddając hołd ofiarom stanu wojennego, warto pomyśleć, że historia jest zamknięta tylko z dzisiejszej perspektywy. W grudniu 1981 roku wszystkie scenariusze były otwarte.

Sławomir Sowa

Jestem dziennikarzem w redakcji Dziennika Łódzkiego, zajmuję się m.in. problematyką wojskową, biznesem i polityką

Dodaj pierwszy komentarz

Komentowanie artykułu dostępne jest tylko dla zalogowanych użytkowników, którzy mają do niego dostęp.
Zaloguj się

plus.dzienniklodzki.pl

Polska Press Sp. z o.o. informuje, że wszystkie treści ukazujące się w serwisie podlegają ochronie. Dowiedz się więcej.

Jesteś zainteresowany kupnem treści? Dowiedz się więcej.

© 2000 - 2019 Polska Press Sp. z o.o.