Spadek, czyli zwykle chodzi o pieniądze

Czytaj dalej
Fot. pixabay.com
Lina Szejner

Spadek, czyli zwykle chodzi o pieniądze

Lina Szejner

Pracujemy całe życie i chcielibyśmy tak rozporządzić zgromadzonym dorobkiem, aby zabezpieczyć się na starość i nie skrzywdzić żadnego z dzieci. Nie zawsze to się udaje.

Wiśniewscy mieli dwóch synów. Obaj zdolni, pokończyli szkoły i pożenili się. Młodszy związał się z Brygidą, rodowitą berlinianką. Kiedy tylko otworzyła się możliwość legalnego wyjazdu do Niemiec, Brygida wraz z matką, swoimi braćmi, mężem i dziećmi wyjechali.

Ponieważ ich wyjazd był legalny, mogli bez przeszkód przyjeżdżać z dziećmi na święta i wakacje. W rodzinnym mieszkaniu Wiśniewskich (80 m kw.) został najstarszy syn z żoną i dwiema wnuczkami. Trzy pokolenia żyły bardzo zgodnie.

Zaradna i pracowita synowa Wiśniewskich zamierzała wprawdzie postarać się o własne mieszkanie, ale teść, który zarabiał niewiele w warsztacie naprawy telewizorów, płakał rzewnymi łzami, prosząc by ich nie zostawiali, bo sobie sami nie poradzą. Syn także ujął się za rodzicami, żyli więc przez kolejne lata jak dotąd prowadząc wspólne gospodarstwo.

Nic się nie zmieniło po śmierci seniora rodu. Tyle tylko, że mieszkanie z czasem wypiękniało. Synowa wyremontowała łazienkę, położyła drewniany parkiet w pokojach i kafelki w kuchni, a następnie wstawiła nowe okna i drzwi.

W kolejnych latach z domu wyfrunęły wnuczki Wiśniewskich. Bez nich zrobiło się pustawo. Potem - w odstępie kilku lat - umarła starsza pani Wiśniewska, a następnie jej starszy syn.

W o wiele teraz a dużym lokalu została jedna kobieta - synowa Wiśniewskich. Mogłaby sprzedać lokal i kupić mniejszy, ale okazało się to niemożliwe. Właścicielami mieszkania byli seniorzy Wiśniewscy, którzy nie zostawili testamentu, więc zgodnie z prawem i postanowieniem sądu teraz było ono wspólną własnością syna mieszkającego w Niemczech oraz tej synowej, która żyła w nim od półwiecza.

Sytuacja kobiety okazała się nie do pozazdroszczenia. Brat męża traktował mieszkanie jak letnią rezydencję. Nie ponosił żadnych kosztów jego utrzymania, bo przecież - jak twierdził - stale w nim przecież nie mieszka. Kiedy zepsuje się kran lub kocioł c.o., Wiśniewska sama musi płacić za naprawy. Sen z powiek spędza jej stan grzejników, które funkcjonują od dziesiątków lat, a na wymianę jej nie stać.

Nic się nie zmieniło także po śmierci drugiego syna Wiśniewskich. Teraz współwłaścicielką mieszkania jest wdowa po nim. Ona również nie ma interesu, by się pozbyć spadku. Przyjeżdża, kiedy chce. Czasem z dziećmi, czasem z wnukami, przebywa ile jej wygodnie i tak samo jak jej mąż, nie ponosi żadnych kosztów. Mimo nieporównanie lepszej sytuacji finansowej.

Starsza synowa Wiśniewskich ma wielkie poczucie krzywdy. Blisko pół wieku ciężko pracowała, mieszkała z rodzicami męża i pomagała im. Także finansowo, a teraz okazało się, że nawet nie ma własnego dachu nad głową. Czy jest na to jakaś rada?

Opolski adwokat Jacek Konowalczuk uważa, że najlepiej było porozmawiać o przyszłości i rozporządzeniu mieszkaniem wtedy, gdy teść Wiśniewskiej prosił synową, by nie kupowała własnego, co było w interesie seniorów.

To jest jednak dobra rada dla tych, którzy podobne decyzje mają jeszcze przed sobą. W tej konkretnej sprawie niewiele dziś można zrobić. Z uwagi na brak testamentu synowie Wiśniewskich dziedziczą mieszkanie po połowie, a po ich śmierci - także ich spadkobiercy.

Jednak synowa Wiśniewskich, jako spadkobierca swego męża, która w tym mieszkaniu mieszkała i sukcesywnie je remontowała, może po śmierci męża złożyć wniosek do sądu o przyznanie jej tego lokalu i możliwość spłacenia szwagierki w wysokości połowy jego wartości, ale po odjęciu nakładów, które poczyniła na remonty. Wtedy sąd powołuje świadków, a następnie biegłych, którzy ocenią wartość wykonanych prac i użytych materiałów.

Po ustaleniu tych kosztów sąd może zdecydować o przyznaniu mieszkania powódce oraz kwocie, jaką musi ona wypłacić szwagierce. Tę sąd może nawet rozłożyć na raty. Niestety, takie procesy z reguły bardzo długo trwają.

Dwie strony, dwie racje

Mecenas Konowalczuk uważa, że sprawy spadkowe są trudne dla prawników, nawet w sytuacjach, kiedy wydaje się, że rodzice postępują sprawiedliwie i - jeszcze za życia dzieląc swój dorobek - uwzględnili interes każdego z potomków. O czym ich poinformowali.

Tak było w przywołanym sprzed lat procesie o spadek po rodzicach. Pozew wniosło dwoje z trojga rodzeństwa, ponieważ rodzice przed śmiercią zdecydowali, że gospodarstwo, na którym pracowali, pozostawią temu synowi, który nadal je będzie prowadził. Wszyscy zostali o tej decyzji poinformowani i nie mieli do niej żadnych zastrzeżeń przez 20 lat.

W testamencie widniało jednak zastrzeżenie, że jeśli spadkobierca je sprzeda, wówczas musi się podzielić pieniędzmi z rodzeństwem. Mężczyzna, który gospodarował na schedzie po rodzicach, zdecydował o sprzedaży dopiero po 20 latach. Przez ten okres dzięki jego staraniom gospodarstwo wyglądało zupełnie inaczej niż wtedy, gdy je obejmował, ale rodzeństwo było nieprzejednane. Sprzedajesz? Więc musisz się z nami podzielić! Takiego obrotu sprawy spadkodawcy nie przewidzieli.

Bardzo wiele konfliktów rodzinnych powoduje sytuacja, w której jest kilkoro dzieci, ale tylko jedno z nich mieszka z rodzicami, pozostali rozjechali się po kraju i świecie, a rodzice nie zostawiają testamentu, uważając, że ich potomkowie „jakoś się przecież dogadają”.

- Często bywa tak, że syn czy córka, którzy mieszkali z rodzicami, uważają, że to tylko im się należy mieszkanie lub dom po ich śmierci. Argument wydaje się trudny do zakwestionowania, bo istotnie dziecko mieszkające obok świadczyło opiekę na rzecz rodziców: woziło do lekarzy, dbało o jego podstawowe potrzeby i pielęgnowało w chorobie. Natomiast rodzeństwo mieszkające w oddali ma swoje racje.

Pomagało rodzicom, ale w inny sposób: przysyłając pieniądze. Na prywatne wizyty lekarskie, na drogie leki i inne niezbędne wydatki. Nierzadko miało też swój udział w remontach domu czy mieszkania. Dzięki temu rodzice (oraz mieszkający z nimi syn czy córka z rodziną) żyli w większym komforcie, pod nowym dachem, z łazienką i centralnym ogrzewaniem zamiast pieców.

W takich sytuacjach niełatwo rozsądzić, kto i w jakim stopniu powinien partycypować w spadku po rodzicach. Dlatego tego typu sprawy ciągną się latami.

Mieszkanie za opiekę

Osoby samotne coraz częściej decydują się na sporządzenie darowizny na rzecz kogoś z dalszej rodziny lub zupełnie obcej osoby, by zapewnić sobie opiekę spadkobiercy. Nie zawsze taka zapobiegliwość jest dla nich korzystna.

Pani Aniela S. jest samotna od wielu lat. Jej mąż umarł, dzieci nie mieli ani też żadnej rodziny w pobliżu. Kobieta ma wprawdzie dopiero 72 lata, ale jest chora na gościec postępujący. Ma za sobą kilka operacji kończyn, co za każdym razem na krótko przykuwało ją do łóżka, a potem sprawiało trudności w wykonywaniu domowych czynności.

Zwykle w takich sytuacjach pomagały jej życzliwe sąsiadki, ale pani Aniela nie chciała nadużywać ich uprzejmości po raz kolejny. Uważała, że nie może się im odpowiednio zrewanżować, więc postanowiła załatwić sobie opiekę w sposób - jak jej się wydawało - instytucjonalny i dla obu stron korzystny.

Zaproponowała 40-letniej znajomej transakcję: zapisze jej w spadku swoje dwupokojowe mieszkanie pod warunkiem, że kobieta się nią zaopiekuje. Wszystko zostało notarialnie załatwione i przez pewien czas wokół sprawy panowała cisza. Pani Aniela nie chorowała obłożnie i radziła sobie dobrze z obsługą własnej osoby i sprzątaniem mieszkania.

Przyszła spadkobierczyni wpadała więc do niej od czasu do czasu i wychodziła po krótkiej pogawędce i wypiciu kawy. Zwykle pomiędzy tymi wizytami były długie, czasem kilkumiesięczne przerwy i pani Aniela zaczęła mieć obawy, czy kobieta naprawdę się nią zaopiekuje, gdy będzie taka potrzeba. Przecież nawet nie zadzwoni z pytaniem o zdrowie...

Obawy potwierdziły się, gdy pani Aniela musiała pójść do szpitala. Zadzwoniła do spadkobierczyni, ale ta nawet jej nie odwiedziła. Potem sytuacja powtórzyła się jeszcze dwa razy, więc starsza pani nosi się z zamiarem odwołania darowizny.

- Niestety, nie będzie to takie proste - uważa Jacek Konowalczuk. - Byłoby to możliwe tylko wtedy, gdy obdarowany dopuści się rażącej niewdzięczności. Sąd może się tego nie dopatrzyć po przesłuchaniu spadkodawczyni i przedstawionych mu świadków.

Ten przykład świadczy o tym, że sama darowizna, bez dodatkowych zastrzeżeń w formie wyliczenia spodziewanych usług oraz obowiązków, nie chroni interesu darczyńcy. Najlepiej zawrzeć umowę dożywocia z możliwie precyzyjnym zapisem, czego konkretnie oczekujemy w zamian za darowiznę. Wtedy, jeśli ktoś się od tych zobowiązań uchyla, można iść do sądu.

Lina Szejner

Dodaj pierwszy komentarz

Komentowanie artykułu dostępne jest tylko dla zalogowanych użytkowników, którzy mają do niego dostęp.
Zaloguj się

plus.dzienniklodzki.pl

Polska Press Sp. z o.o. informuje, że wszystkie treści ukazujące się w serwisie podlegają ochronie. Dowiedz się więcej.

Jesteś zainteresowany kupnem treści? Dowiedz się więcej.

© 2000 - 2019 Polska Press Sp. z o.o.