SKAZANI na psy. Jednak z własnej woli

Czytaj dalej
Fot. Andrzej Banaś
Katarzyna Janiszewska

SKAZANI na psy. Jednak z własnej woli

Katarzyna Janiszewska

W programie „Z własnej woli - skazany na psa” więźniowie z Aresztu Śledczego w Podgórzu uczyli się współczucia, odpowiedzialności, troski. Dostali w zamian bezwarunkową miłość i oddanie.

Za pierwszym razem panowie, którzy zostawali za kratami trochę się śmiali z tych, co idą do schroniska, nawet za nimi szczekali - przypomina sobie Monika Szewczyk, autorka programu „Z własnej woli - skazany na psa”. - A później to już była zwykła zazdrość - śmieje się. - Jak ogłosiłam nabór do drugiej edycji, zgłosiło się 70 osób. Kolejka chętnych nie miała końca. Musiałam zrobić selekcję.

Po siedmiu edycjach akcji Monika, wychowawca w Areszcie Śledczym Kraków-Podgórze dostrzega w nim same plusy, nic negatywnego. Program uczy odpowiedzialności, empatii, troski, ma odbudować poczucie wartości u więźnia. Psom z kolei przywraca wiarę w ludzi, daje poczucie bezpieczeństwa. Każdy w tym duecie czerpie coś dla siebie

Duet I: Krzysiek i Parów

Parów (ma coś z jamnika) z Krzyśkiem (28 lat, łysy, z tatuażem na ramieniu) znają się od trzech miesięcy. I może to nie była miłość od pierwszego wejrzenia. Ale teraz, teraz to już zupełnie inna historia...

Dlaczego Parów? Dziewczyny wymyśliły mu takie imię. Bo jest grubiutki i taki słodziutki, można powiedzieć. Usiłujemy nawiązać więzi. Ja uczę się jego, a on mnie. Wiem już, że nie lubi żeby go dotykać. Musiał być kiedyś przez ludzi bity, nawet katowany bym powiedział. Głaskam go po głowie, uszach, dalej nie ma co iść.

To typ samotnika, ma trudny charakter. Jak go poznałem był dziki, nieufny, warczał, jeżył się. Też nie wiedziałem, co to za pies, co przeszedł, co ma w głowie. Nasze początki nie były łatwe. Ale jak to mówią: co było a nie jest nie pisze się w rejestr. Dalej ucieka, ale jak go wołam, to reaguje. Potrafi prosić o piłkę. Staje wtedy na tylnych łapkach, a przednimi tak śmiesznie macha.

To najcięższy pies z grupy. Podjąłem się tego, bo lubię wyzwania. I myślę też, że przydzielili mi go z powodu mojego charakteru. Żebym się nauczył spokoju, patrzenia na drugą istotę.

Mam na koncie jazdę pod wpływem alkoholu, różne agresywne zachowania, pobicia - ludzi, nie zwierząt. Wolę zwierzęta, bo zwierzę cię nie oszuka. A z ludźmi różnie bywa. Tamtych, co ich pobiłem znałem po 10, 12 lat. Doszło do scysji i wyszło jak wyszło. Tłumaczył się nie będę, ale za darmo nie dostali.

U Parówa lubię tą jego niezależność. Niby taki mały, gruby, a chodzi własnymi ścieżkami. Chyba mamy podobne charaktery. Utożsamiam się z nim. On też siedzi w czterech ścianach, jak ja. Nie jest lekko. Ale niedługo może opuszczę zakład karny. Mam pracę na wolności. Jestem po terapii uzależnień. Chcę zrobić coś ze sobą i wrócić do społeczeństwa. Terapeuta mówi, że robię progres. Dawniej szedłem po bandzie. Teraz wiem, że mogę być lepszym człowiekiem, że coś ze mnie jeszcze będzie, że nie jestem taki beznadziejny.

Ciężko się będzie z Parówem rozstać. Najchetniej, to bym go wziął do siebie, ale nie mam jak. Przed odsiadką pracowałem w delegacji, jako zbrojarz cieśla. W domu bywam tylko na weekendy.

Jak jest zwierzę w domu, to zawsze jest raźniej. Człowiek wie, że ma do kogo wrócić, że ktoś na niego czeka. Trzeba przyjechać, nakarmić pieska. To obowiązek, ale i przyjaciel.

Duet II: Sławek i Fikuś

Sławek (33 lata, niepozorny, uśmiechnięty), gdy wraca do celi zastanawia się, co robi Fikś (mały, czarny kundelek). Czy ktoś go wyprowadził na spacer?

Na początku był ostrożny, taki wycofany. Nawet smyczy nie dał sobie założyć. Teraz bez problemu pozwala się pogłaskać. Siada nie za bardzo, ale już częściej. Bawi się chwilę piłką, ale rzucę mu dwa, trzy razy i dość, nie chce mu się biegać. Taki jest półopiekuńczy. Żeby chwilę z nim być, a nie za dużo. Sam sobie chodzi. No i taki niejadek. Dałem mu jednego frolika, to wziął i wypluł. Je, nie je, jak i ja. Ale pobiega, to zgłodnieje.

Ja też taki jestem, że rano, jak idę do pracy na wolności, to nie jem śniadania. I jak mnie za mur wzięto, też nie byłem głodny. Trochę wspólnych cech mamy. Może ja też jestem taki ostrożny. Lubię gadać, ale muszę najpierw poznać otoczenie.

W więzieniu jestem pierwszy raz. Pierwszy i ostatni. Trafiłem tu na cztery lata, za kradzieże. Człowiek głupi był i teraz musi odpokutować.

Jak się pytali, czy chcę brać udział w programię, pomyślałem sobie: pewnie, zawsze to jakieś wyjście za mur. Na początku chodziło głównie o to. A teraz jadę nie żeby odpocząć, tylko faktycznie do pieska, chcę z nim pobyć. Tęsknię za nim, myślę o nim. Jadę jak do przyjaciela.

Ja to ze wsi jestem, z Podkarpacia. I w domu zawsze były zwierzęta: psy, koty, świnie, krowy. Jedna siostra ma ratlerka, takiego niewiele większego od piłeczki, druga - huskiego. Też z nim sobie czasem pobiegałem. Rodzice nie żyją, więc na gospodarce zostałem sam. Pracowałem w warsztatach, jako pomocnik mechanika. A przed zamknięciem całą Polskę zjeździłem.

To najcięższy pies z grupy. Podjąłem się tego, bo lubię wyzwania. I myślę też, że przydzielili mi go z powodu mojego charakteru. Żebym się nauczył spokoju, patrzenia na drugą istotę.

Dzięki tym pieskom człowiek stał się spokojniejszy, złagodniał. Mam więcej cierpliwości, zrozumienia. Inne podejście do życia. Wiem, że nie wszystko da się zrobić od razu. Fikuś potrzebował czasu, żeby mi zaufać, a ja - żeby zaufać jemu.

Duet III: Sebastian i Tomi

Już dwa pieski spod opieki Sebastiana (24-letni, szczupły, wysoki) trafiły do adopcji. Z Tomim (czarny, podpalany kundelek) nie zdążyli się jeszcze dobrze poznać.

- Co lubi Tomi? Najbardziej to chyba uciekać i chować się po kątach. Nie lubi być z ludźmi. Piłki się boi, nie chce biegać. Taki dzikus z niego. O, teraz leży sobie pod murkiem, odpoczywa, nie bawi się z innymi psami.

Na początku byłem sceptyczny. Że po pracy człowiek zamiast odpocząć, będzie musiał dwa razy w tygodniu jechać do schroniska. A teraz jestem zadowolony.

Program nauczył mnie cierpliwości. Dużej cierpliwości. Pierwszy pies, jakiego miałem pod opieką, to prosiłem Boga, żeby mi go zmienili. Czołgał się, zamiast chodzić. Ale znalazł kogoś, kto go zaadoptował. Drugi był mieszaniec amstafa. I też poszedł do ludzi. Cieszę się, że znalazły dom, bo o to w tym chodzi. Czy mam dobrą rękę? To mógł być przypadek.

Do więzienia trafiłem za błędy młodości. Czyli za pobicie. Koniec kary mam w 2018 roku, ale możliwe, że jeszcze w tym roku wyjdę. Zajmę się wtedy rodziną - mam roczne bliźniaki, będę nadrabiał stracony czas.

Duet IV: Krzysztof i Sara

Krzysztofowi (41-letni, małomówny góral z Podhala) jako jedynemu trafiła się suczka. Sara (trochę przypomina wilczura) nie lubi, jak kręcą się przy nim inne pieski. Potrafi się wtedy postawić. Ale poza tym, to oaza spokoju.

Nauczyłem ją siadać, leżeć, łapkę mi podaje. Nie za każdym razem i nie zawsze dobrą. Ale jak zrobi, co trzeba, to dostaje frolika. Pani treserka pokazała nam takie chwyty, jak podawać jedzenie, żeby nauczyć pieski sztuczek. Jak chcemy, żeby usiadł, to nad głową. A żeby się położył, to smyczą popod łapkę i jedzenie też dołem.

Sara jest taka bojąca się. Za pierwszym razem nie chciała wrócić ze spaceru do budynku. Patrzyła tylko gdzie furtka, żeby uciec. Teraz jest uspokojona. Jak przychodzę, to staje na łapkach, poznaje mnie, widać że mnie polubiła. Wybrałem ją, bo mi się spodobała. To mieszaniec owczarka niemieckiego. Przy gospodarstwie jakieś pieski biegały, ale małe. Rodzina była przeciwna owczarkowi, że dużo je, że niebezpieczny, bo jeden taki sąsiadowi zagryzł owce. A ja zawsze wilczura chciałem mieć.

Na wolności zostawiłem żonę, czwórkę dzieci, najstarsza córka ma 17 lat, najmłodszy synek poszedł właśnie do komunii świętej.

Pracowałem w budowlance. Miałem hodowlę królików, sześć ras: olbrzyma belgijskiego, barona francuskiego - to ten, co ma uszka klapnięte w dół, olbrzyma srokacza, nowozelanda białego. Byłem słynny na Podhalu, ludzie z całej Polski u mnie kupowali, nawet znad morza przyjeżdżali.

Do więzienia trafiłem w 2012 roku. Za usiłowanie zabójstwa. Nerwy byle komu się zdarzą. Dziś bardzo tego żałuję. To wszystko wina alkoholu. Jak bym nie popił, to by się nie stało. Większość chłopaków trafiło tu przez picie. Zrozumiałem, że alkohol jest nie dla takich jak ja. Dla mnie już nie istnieje.

W zakładzie karnym we Wrocławiu zrobiłem liceum, bo byłem po podstawówce. Dzięki programowi nauczyłem się podejścia do zwierząt. Jak się podchodzi do nich, tak i do ludzi. Tak ja to traktuję.

Duet V: Jakub i Nergal

Identycznego malamuta jak Nergal (najwiekszy ze wszystkich piesków, piękny, biało-szary) Jakub (32 lata, lekko przy kości, sympatyczny) ma w swoim domu. Taki zbieg okoliczności. Więc, gdy wyprowadza go z boksu, czuje się jakby spacerował ze swoim pupilem. Na dwie godziny zupełnie zapomina, gdzie jest.

Ludzie często mylą malamuta z huskim. Malamut jest większy, i oczy ma w tym samym kolorze. To pies z charakterem kota. Swoje sobie myśli. I jak nic nie chce od człowieka, to mu człowiek wogóle nie jest potrzebny. Ludzie się go boją, bo duży. A to takie cielątko. Ani grama w nim agresji. Nie walczy o dominację, bo jest pewny swojej pozycji.

Nergal to łasuch, dla smakołyków zrobi wszystko. Ma zdrowe ładne zęby, więc na moje oko może mieć jakieś cztery lata. Dziś wyczesałem z niego reklamówkę sierści. Ale żeby zrobić to tak porządnie, to conajmniej ze cztery godziny trzeba by poświecić.

Znałem go już wcześniej. Bo najpierw opiekowałem się Ozim, kundelkiem, który trafił do adopcji. No i zawsze przychodziłem też pod kojec Nergala, żeby się z nim przywitać. Strasznie chciał, żeby go wyprowadzić. Jak pierwszy raz wyszedł z kojca cieszył się, szlał, wszystko obwąchiwał. Jak mnie dziś zobaczył, wskoczył mi łapami na klatę, chciał mnie zalizać. No i proszę! Nasze trzecie spotkanie, a taka zmiana w zachowaniu.

Od małego miałem pieski, jamnika, boksera i właśnie malamuta, ciężko, żeby w domu nie było zwierzaka. Mam rękę do psów, psy zawsze mnie lubiły. Bo wyczuwają, że i ja je lubię.

Mam narzeczoną, syna 8-letniego. Jeszcze nie tak dawno prowadziłem własną firmę: warsztat samochodowy. Wcześniej byłem przedstawicielem handlowym.

Wydawało mi się, że więzienie nie jest dla takich jak ja. A jednak. Pokiełbasiło mi się w życiu, miałem trochę problemów osobistych i chwyciłem za alkohol.Wcześniej nienawidziłem pijanych kierowców, walczyłbym z nimi gdybym mógł. A tu mnie się przydarzyło, raz, drugi, trzeci.

Jak wsiadałem za kółko wydawało mi się, że wszystko jest okej, a w wydmuchach zawsze coś wychodziło. Więcej, niż polskie prawo zezwala. Najwiecej miałem 0,47 promila. W Niemczech, czy Austrii nawet by mi prawa jazdy nie zabrali. Ale u nas przepisy są surowsze.

Ze wszystkich programów - a w paru brałem udział - ten jest najlepszy. Wyjście do azylu to był mój pierwszy kontakt ze światem za murami odkąd zostałem zatrzymany. Uśmiech mi z buzi nie schodził, chciałem wszystko zapamiętać, obejrzeć. Fajne jest to, że jedziemy tramwajem, a później na Salwatorze przesiadamy się w autobus. Możemy poobcować z ludźmi.

Pani Monika wystarała się dla nas o odzież roboczą, buty, bilet miesięczny. Tutaj zachodzi tyle czynników, że mogłoby się nie udać. A jednak się udało.

Program

Prekursorem dogoterapii wśród skazanych był Areszt Śledczy w Hajnówce. Za jego przykładem poszły i inne zakłady karne w Polsce. W tym krakowski.

Na początku zajęcia były finansowane z Norweskiego Mechanizmu Finansowego. Wsparcie się skończyło, ale areszt śledczy Kraków-Podgórze znalazł pieniądze na kontynuowanie programu.

Właśnie dobiega końca już siódma edycja.

Więźniowie po kursie teoretycznym, przez trzy miesiące szkolili psy z krakowskiego schroniska dla zwierząt przy ul. Rybnej. Przyjeżdżali tam dwa razy w tygodniu na dwie godziny, z wychowawcą i treserką psów.

- Najtrudniej było u panów z konsekwencją - śmieje się Monika Gajda zajmująca się szkoleniem psów. - Tak bardzo polubili pieski, że chcieli nagradzać swoich pupili smakołykami za wszystko, a nie tylko za prawidłowe wykonanie komendy. Ale tak naprawdę to szkolenie wcale nie jest najważniejsze. Nie na nim się tu skupiamy.

Więźniowie mają poczucie, że mają na coś wpływ, że coś im wychodzi. Widzą też analogię do swojej sytuacji.

Ważniejsza jest frajda. Dla psiaków z azylu każda rozrywka jest na wagę złota. Często lękliwe, po przejściach, uczą się na nowo zaufać człowiekowi.

A więźniowie uczą się odpowiedzialności za drugą istotę, tego, że pies się do nich przywiązuje, tęskni. Mają poczucie, że mają na coś wpływ, że coś im wychodzi. Widzą też analogię do swojej sytuacji.

W którejś z kolei edycji jeden ze skazanych adoptował pieska, którym się opiekował. Na przepustce przyjechał do schroniska z żoną, zabrał zwierzaka do domu, a sam wrócił do więzienia.

- Był tak zaskoczony, gdy pierwszy raz zobaczył zabawkę dla psa, nie wiedział co to takiego - wspomina Monika Szewczyk. - Do tej pory pies był dla niego Burkiem uwiązanym przy budzie. A tu stał się towarzyszem, przyjacielem.

Tutaj się czyta. Bez reklam.

Tak jak w kiosku. Kupując prenumeratę cyfrową, możesz czytać codzienne wydanie Dziennika Łódzkiego.

Co zyskujesz:

  • dostęp do wszystkich treści Dziennika Łódzkiego
  • codzienne e-wydanie Dziennika Łódzkiego
  • artykuły, reportaże, wywiady i multimedia
  • co tydzień nowy numer Ekstra Magazynu
Katarzyna Janiszewska

Dodaj pierwszy komentarz

Komentowanie artykułu dostępne jest tylko dla zalogowanych użytkowników, którzy mają do niego dostęp.
Zaloguj się

plus.dzienniklodzki.pl

Polska Press Sp. z o.o. informuje, że wszystkie treści ukazujące się w serwisie podlegają ochronie. Dowiedz się więcej.

Jesteś zainteresowany kupnem treści? Dowiedz się więcej.

© 2000 - 2019 Polska Press Sp. z o.o.