Robert Gonera: Granie w serialach? Filmach? Najbardziej kusi mnie teraz teatr!

Czytaj dalej
Fot. Tomasz Bolt, Polska Press
Robert Migdał

Robert Gonera: Granie w serialach? Filmach? Najbardziej kusi mnie teraz teatr!

Robert Migdał

Stworzył dziesiątki niezapomnianych ról. Oszałamiającą karierę zrobił kreacją w filmie „Dług”, a wielką popularność przyniósł mu serial „M jak miłość”. Wrocławski aktor Robert Gonera cały czas nie zwalnia tempa. Teraz gra w kultowym niemieckim serialu „Telefon 110”

Guten Tag Herr Gonera.

Guten Tag. Wir sprechen Deutsch?

Wiesz, ja średnio po niemiecku. Tyle, co liznąłem z „Czterech pancernych” i „Hansa Klossa”: Hände hoch, raus, gut, panzer... Ale ty radzisz sobie świetnie.

No rzeczywiście, chyba na tyle przyzwoicie mówię, że twórcy niemieckiego serialu „Telefon 110” zgodzili się, żebym u nich grał i na dodatek nie podkładają zamiast mojego głosu, głosu jakiegoś niemieckiego aktora.

W jaką rolę się wcielasz?

Komisarza Pawlaka, Polaka, który jest dwujęzyczny i pracuje na posterunku w Słubicach - jest szefem tego posterunku. „Telefon 110” zmienił trochę formułę, którą znamy z Polski Ludowej: za czasów NRD to był serial emitowany codziennie, teraz jest mniej odcinków, a każdy jest odrębną, zamkniętą historią. Każdy jest o czymś innym, a wspólny jest posterunek, przez który te sprawy przechodzą.

„Telefon 110” to był - w czasach mojego dzieciństwa - kultowy serial. Wyczekiwałem premiery każdego odcinka. Jak to się stało, że Robert Gonera, polski aktor, trafił do obsady tego niemieckiego przeboju?

Od 1997 roku zacząłem współpracować z Niemcami. Grałem w zachodnioniemieckim odpowiedniku „Telefonu 110” - w serialu „Tator”. Grałem też po niemiecku w filmie „Mosty miłości”. Może wtedy wbiłem się w pamięć twórcom filmu, może wtedy mnie zauważyli?

Ile odcinków „Telefonu...” już nakręciliście?

W czerwcu będziemy kręcić czwarty, a kolejne dni zdjęciowe, kolejnych odcinków, są w planach. A te nakręcone już puszczają w niemieckiej telewizji. Moi znajomi, którzy mieszkają za Odrą, oglądali, mówią, że fajnie to wyszło. Jest mi miło.

W Polsce też nie możesz narzekać na brak propozycji: zagrałeś w świetnym serialu Canal+ „Bellfer”. W Teatrze „My” występujesz w sztuce „Selfie” w reżyserii Marii Seweryn.

Cały czas pracuję, cały czas pojawiają się kolejne propozycje ról. Ostatnio zagrałem rolę kostiumową w „Belle Epoque”. Często, jako aktor, przebieram się w stroje sprzed wieków.

Tego właśnie wielu ludzi zazdrości aktorom: że możecie w filmach przenosić się w czasie, wcielać w różne postaci, przez chwilę żyć życiem kogoś innego.

I jeszcze nam za to płacą (śmiech). To rzeczywiście przypomina udział w wielkiej rekonstrukcji i zawsze jest to ciekawa przygoda. Jest to dla mnie, aktora, bardzo atrakcyjne. Nie można jednak zapominać, że ciągle to jest ciężka praca: grając w strojach z epoki bardziej skupiam się na grze, niż na przyjemnościach, jakie mi daje film kostiumowy, to całe przenoszenie się w czasie i przestrzeni.

Oprócz filmów upomina się o Ciebie też teatr. Przedstawienie „Selfie” święci triumfy w całej Polsce.

Gra na teatralnych deskach sprawia mi tak olbrzymią przyjemność. Tak wielką, że z gdyby pojawiła się dobra propozycja, to bym poszedł pracować do teatru na stałe.

Brakuje Ci teatru?

Bardzo i bardzo mnie on kusi, coraz bardziej. Widzowie coraz częściej mnie też pytają, gdzie, poza telewizją i kinem, można mnie zobaczyć, w którym teatrze? Dlatego mówię otwarcie, że chyba przyszedł taki czas, że bym się z chęcią do jakiegoś teatru przytulił.

Co Cię w teatrze najbardziej fascynuje?

Kontakt z żywą publicznością - puls publiczności, jej reakcja, którą grając można odczuć od razu, natychmiast. Od razu widać, czy się ludziom podobało, czy nie. Reakcja jest od razu.

A nie myślałeś o tym, żeby stanąć po drugiej stronie kamery? Jako scenarzysta? Reżyser? Producent filmowy?

Skończyłem kierunek „produkcja kreatywna” w Mistrzowskiej Szkole Andrzeja Wajdy. Taki producent zajmuje się projektem filmowym od bardzo wczesnego początku do końca. Jest najbliższym przyjacielem reżysera powstającego filmu. On opakowuje film w pakiet producencki, a później walczy o niego na każdym etapie powstawania. To jest taki artystyczny szef projektu, który promuje film, prowadzi prace literackie nad scenariuszem. Może kiedyś spożytkuję te swoje doświadczenia, tę naukę. A uczyli mnie wspaniali profesorowie, którzy przyjeżdżali na wykłady z całej Europy. A co się tyczy reżyserii - gdybym się za nią teraz brał, to by było niesmaczne w stosunku do mojej córki…

?

..., która studiuje reżyserię filmową. To pole w filmie oddaję jej. Oczywiście z racji doświadczenia i przypatrywania się tej robocie z najróżniejszych punktów widzenia, również i od strony scenariusza filmowego, myślę, że jako reżyser coś na planie filmowym miałbym do powiedzenia. Ale na razie tę wiedzę chciałbym spożytkować aktorsko, a nie jako reżyser.

Mówisz o córce. Ja ją ciągle pamiętam jako małą Nastkę.

A to już jest Nastazja, dorosła, dojrzała kobieta, studentka szkoły filmowej w Łodzi, na reżyserii, prawie ją już kończy. To już jest poważna pani. Widzisz jak ten czas leci.

Pędzi! Córka poszła w filmowe ślady rodziców: ty jesteś aktorem, mama - Jolanta Fraszyńska - też aktorką. Może kiedyś wasze drogi zawodowe się przetną i wystąpisz w jej filmie?

Oj, to by było bardzo ciekawe doświadczenie. Teraz wspieram ją w każdej decyzji, na każdym etapie jej pracy, studiów i jeżeli by sobie zażyczyła, żeby ją wesprzeć moim aktorskim talentem - proszę bardzo. Zrobię to. Ale tak między nami, to wątpię, żeby tego chciała. Ona jest strasznym artystycznym dzikusem. Kiedyś dała mi do przeczytania scenariusz filmu, który robiła na absolutorium, ale widziałem ile ta decyzja ją kosztowała.

Powiem ci, że zagrać w własnej córki - to by była świetna filmowa przygoda, pewnie niesamowite przeżycie - i jako dla aktora, i jako dla ojca.

Myślisz, że wybrała taką zawodową drogę przez Was, dzięki Wam - rodzicom?

Dzieci aktorów nasiąkają tą artystyczną atmosferą od najmłodszych lat, ale nie ma reguły, że dzieci aktorów, reżyserów, też zajmą się filmem.

Ty też przecież nie miałeś artystycznych korzeni: mama nauczycielka, tata uczył tapicerstwa.

No, nie miałem. Ja jako pierwszy się wyłamałem i przeszedłem tę gehennę (śmiech).

Co cię pchnęło w stronę aktorstwa?

Przypadek. Bardzo często - bo uwielbiałem - chodziłem do kina w Twardogórze. Byłem zafascynowany filmem i tak naprawdę, jako chłopak z małego miasteczka, myślałem, marzyłem, o reżyserii filmowej. Ale w czasach mojej młodości reżyserię można było studiować tylko na studiach podyplomowych, więc trzeba było mieć ukończoną jakąś uczelnię. I szukając tych studiów starałem się wybrać najkrótsze i najbardziej odpowiadające kierunkowi - z tego względu wybór padł na Państwową Wyższą Szkołę Teatralną, wydział aktorski, ponieważ nauka tam trwały tylko cztery lata, a były związane z filmem, z pracą reżysera, tylko że po drugiej stronie kamery. Wiedziałem, że to moje doświadczenie aktorskie, w przyszłej pracy reżysera, będzie bezcenne. Ale na czwartym roku studiów pojawiła cię Nastka i musiałem zdecydować, co dalej robić. I zostałem przy aktorstwie, bo dziecko trzeba było z czegoś utrzymać, rodzinę, dom. A później się potoczyło: od filmu do filmu, a jak pamiętasz w latach 90. grałem bardzo dużo w filmach fabularnych, później w telewizji i jakoś z czasem odechciało mi się być reżyserem.

Jednak w „rodzinie nic nie ginie” - córka spełnia Twoje plany, marzenia.

I swoje. Tym bardziej za nią trzymam kciuki i wierzę we wszystko, co robi.

A Twoi synowie?

Są jeszcze za mali, żeby snuć jakieś poważne plany zawodowe. Teodor, lat 13, tańczy, a młodszy - dziewięciolatek - Leonard - interesuje się wszystkim i co chwilę zmienia zdanie, co chce robić. A ja im nie narzucam niczego, bardziej jestem wspierającym tatą. Tak samo jak moi rodzice bardzo mnie wspierali, nie narzucali swojego zdania, co mam w życiu robić. Bo dla moich rodziców było wielkim wyzwaniem zrozumieć proces moich wyborów, ale wiedzieli, choć byłem młody, że stawiam świadome kroki, ufali mi.

Szybko rzuciłeś się na głęboką wodę. Byłeś najmłodszy na roku w szkole teatralnej.

Rok wcześniej poszedłem do szkoły, rok wcześniej zdałem maturę. Dlatego już jako bardzo młody człowiek musiałem podejmować bardzo poważne w skutkach decyzje. Niewiele z nich dzisiaj żałuję i myślę dziś, że na ów wiek, a miałem 18 lat, kiedy wyszedłem z domu, studiowałem, wynajmowałem stancję, bardzo dobrze sobie poradziłem. Zwłaszcza, gdy patrzę na dzisiejsze dzieciaki, które mają 18 lat, ba, nawet po 30 lat i nadal są na garnuszku rodziców. A ja, dzięki filmowi, zacząłem bardzo wcześnie zarabiać i się usamodzielniłem.

Przeszedłeś szybką lekcję dorastania.

Bardzo szybką: dom rodzinny opuściłem w wieku 18 lat, Nastka urodziła się, gdy miałem lat 21. Przyspieszony kurs bycia dorosłym, ale egzamin zdany dobrze: żyję, mam się dobrze.

A gdzie ci się teraz dobrze żyje? Bo gdy do ciebie dzwonię, to cały czas jesteś w rozjazdach: Wrocław, Warszawa, Berlin.

„Telefon 110” głównie kręcę w Berlinie, bo posterunek w Słubicach jest dekoracją wybudowaną w studiu filmowym, ale już plenery kręcimy w okolicach Słubic. We Wrocławiu jestem jednak bardzo często, ze względu na synów, którzy tu mieszkają, jednak teraz bazą wypadową, gdzie mam mieszkanie, jest Warszawa. Jednak Wrocław to jest moje ukochane miasto - to jest miejsce, w którym mogę odpocząć, posiedzieć, a praca jest jakoś tak zawsze poza stolicą Dolnego Śląska. Życzyłbym sobie, żeby było dla mnie więcej pracy we Wrocławiu, bo wtedy miałbym szansę połączyć przyjemne z pożytecznym: mieszkać w mieście, które ukochałem, blisko dzieci, i pracować w nim.

Rozmawiał
Robert Migdał

Robert Gonera. Rocznik 1969. Urodzony w Sycowie, dzieciństwo spędził w Twardogórze. Od czasów studenckich związany z Wrocławiem. Zagrał m.in. w filmach: Marcowe migdały, Trzy dni bez wyroku, Samowolka, Gry uliczne, Złotopolscy, Dług, M jak miłość, Sezon na leszcza, Świat według Kiepskich, Głośniej od bomb, Przedwiośnie, Bezmiar sprawiedliwości, Czas honoru, Przepis na życie, Hotel 52, Ojciec Mateusz, Prawo Agaty, Komisarz Alex , Na dobre i na złe czy Lekarze.
Aktor był mężem Jolanty Fraszyńskiej, też aktorki, z którą ma córkę Nastazję. Jego drugą żoną była Karolina Wolska (mają synów Teodora Józefa oraz Leonarda). W 1999 roku za najlepszą rolę męską (w filmie „Dług”) otrzymał „Orła” - Polską Nagrodę Filmową.

Robert Migdał

Dodaj pierwszy komentarz

Komentowanie artykułu dostępne jest tylko dla zalogowanych użytkowników, którzy mają do niego dostęp.
Zaloguj się

plus.dzienniklodzki.pl

Polska Press Sp. z o.o. informuje, że wszystkie treści ukazujące się w serwisie podlegają ochronie. Dowiedz się więcej.

Jesteś zainteresowany kupnem treści? Dowiedz się więcej.

© 2000 - 2019 Polska Press Sp. z o.o.