Adam Willma

Rafał Blechacz: - Nie mam potrzeby manifestowania swoich poglądów

Rafał Blechacz: - Nie mam potrzeby manifestowania swoich poglądów Fot. Marco Borggreve
Adam Willma

- Nie mam wewnętrznej potrzeby manifestowania swoich poglądów politycznych - mówi Rafał Blechacz.

Setki wywiadów na całym globie. Zdarzyło się, że pytania jeszcze cię zaskakują?
Tak, raz się zdarzyło. Kiedy pewna Japonka zapytała, czy się z nią ożenię.

Skończyło się happy endem?
Żeby uniknąć zakłopotania, moja japońska agentka od razu wyrwała mi mikrofon i wzięła sprawy w swoje ręce. Wyjaśniła, że przy tym natłoku pracy nie bardzo mam czas myśleć o ożenku. Nie miałem okazji się wypowiedzieć.

Nic się w tej sprawie nie zmieniło?
Nadal jestem stanu wolnego.

Usiłowałeś wyliczyć, ile godzin spędziłeś w powietrzu?
Tego nie, ale obliczyłem, ile w ciągu ostatnich 10 lat przebyłem kilometrów.

I…
Wyszło nieco ponad milion. Przejechanych samochodem. Bo tych w samolocie nie liczyłem. Od Konkursu Chopinowskiego miałem około 600 koncertów, więc sporo czasu minęło mi w podróży, chociaż staram się dawać około 55 koncertów rocznie. To pozwala zachować zdrowe proporcje pomiędzy podróżami a pracą nad nowym repertuarem. Podróżuję głównie nocą. Dlatego, że po koncertach nie śpię. Podczas koncertu podnosi się poziom adrenaliny, więc zasypiam około 4.00 nad ranem. Szkoda mi marnować ten czas. Wolę wsiąść do samochodu. Tym bardziej, że nocą ruch jest stosunkowo niewielki. Jestem sam ze swoimi myślami.

Dużo tej samotności.
Tak. Samotność jest nieuchronnie związana z moim zawodem. I to nie tylko ze względu na podróże. W samotności pracuje się nad kolejnymi utworami. Wówczas łatwiej nawiązać kontakt z kompozytorem, bo interpretacja dzieła muzycznego jest zawsze dość osobistą przygodą.

Z drugiej strony stale jesteś otoczony ludźmi, którzy okazują ci uwielbienie.
To jest oczywiście dość powierzchowne.

Z wybitnym artystą jest trochę jak z ekskluzywną bombonierką, z której każdy chciałby skosztować odrobinę wykwintności.
Wszystko zależy od tego, jak człowiek traktuje sam siebie. Nie wyobrażam sobie, żeby dawać koncerty w pustych ścianach. Kontakt z publicznością jest dla mnie bardzo ważny. Byłoby bardzo smutne, gdyby ta samotna praca nad utworem nie kończyła się kontaktem z ludźmi. Usłyszałem zresztą od słuchaczy wiele ciekawych rzeczy. O ludzkich wzruszeniach, emocjach, skojarzeniach. To dzięki tym relacjom mam przekonanie, że to co robię, ma głębszy sens.

Spotykasz ludzi, którym dałeś odrobinę szczęścia i wielu z nich nigdy już nie zobaczysz.
Ale dzięki dźwiękom pojawia się specyficzny rodzaj więzi. W niektórych przypadkach są to relacje, które pozostają i utrzymują się.

Twoja nowa płyta nie była zaskoczeniem. Do nagrania Bacha przygotowywałeś się od dawna.
Bo od Bacha rozpoczynałem swoją przygodę z muzyką. Dobrze się stało, że to nagranie przesunęło się w czasie. Ten czas okazał się potrzebny.

To kolejna płyta nagrana w Berlinie?
Do nagrań Bacha miałem do dyspozycji dwa studia - w Hamburgu i w Berlinie.

I dwa fortepiany.
Celowo użyłem dwóch różnych fortepianów. Do niektórych utworów bardziej pasowała mi cieplejsza barwa, w pozostałych fortepian został przygotowany tak, aby brzmiał jaśniejszym dźwiękiem, troszkę bardziej klawesynowym. Nagrania zrealizowaliśmy w 5-6 dni. To czas wystarczający. Można całymi dniami siedzieć w studiu i nagrywać, w tym czasie ekipa jest do dyspozycji. Po realizacji nagrań zgrywam wszystkie wersje do swojego komputera, odsłuchuję na 
spokojnie w domu i wybieram te, które najbardziej mi odpowiadają.

Czym różnią się nowe nagrania od tych, które prezentowałeś podczas pierwszych recitali?
Są odważniejsze w prezentowaniu pewnych pomysłów, w kontrastach. Ten Bach jest też trochę wolniejszy, jeśli chodzi o tempo. Kiedyś zwłaszcza „Koncert włoski” grałem szybciej. Po pewnym czasie uznałem jednak, że w szybkim tempie giną pewne niuanse rytmiczne. Mniej czytelna przy szybkim graniu jest również partia lewej ręki. W tym wolniejszym tempie – choć nadal szybkim – energia tego dzieła zostaje bardziej uwypuklona.

Szymanowski, Haydn, Bach to dobry odpoczynek dla pianisty, który został skazany na rolę „tłumacza Chopina” pod różnymi szerokościami geograficznymi?
Trudno mówić o zmęczeniu, bo Chopina cały czas lubię grać. To jest wspaniała muzyka, ale mam w sobie też naturalną potrzebę wychodzenia do innych stylów. Taka odmiana zmienia i „zasila” interpretacje chopinowskie. Bach i Debussy bardzo mi pomogli w interpretacjach Chopina, bo jest to dobre ćwiczenie polifonii i kolorów dźwiękowych.

Teraz pracujesz nad Brahmsem. Znowu inny świat muzyczny.
Gram I Koncert fortepianowy Brahmsa i trochę utworów kameralnych tego kompozytora. Skończyłem 30 lat, więc wszedłem w wiek, w którym można już grać Brahmsa (śmiech), ale pracuję również nad koncertami fortepianowymi Beethovena z Trevorem Pinnockiem. Te koncerty chciałbym zarejestrować na płycie. Zapewne zrealizujemy ten projekt w Bremie, bo zależy mi, aby płytę nagrać z Deutsche Kammerorchester. Bardzo sobie cenię tę orkiestrę, która gra energicznie, z piękną artykulacją, bardzo po beethovenowsku, do tego mają świetną sekcję dętą, co jest bardzo ważne w tych koncertach. Nie było moim zamierzeniem grać z wielką orkiestrą, ale właśnie z mniejszym składem, bo taki wariant daje czasami większe możliwości „pobawienia się” kameralnie z różnymi grupami instrumentów.

W jednym z wywiadów, których udzieliłeś w Stanach Zjednoczonych, mówiłeś, że twoim odkryciem jest Princeton. Tam będziesz przygotowywał nowy repertuar?
Rzeczywiście, bardzo lubię przebywać w Princeton, moi krewni mają tam dom. Ostatnio też tam byłem kilka dni przed tournée, żeby się skupić i wyciszyć. To jest bardzo spokojne miasto z dobrym uniwersytetem, w dodatku blisko Nowego Jorku. Chętnie chodzę tam do biblioteki, ale z gościnności Princeton korzystam głównie w czasie koncertów w Ameryce, moje miejsce na ziemi ulokowane jest pomiędzy Nakłem a Bydgoszczą i tam głównie pracuję nad nowymi utworami.

A propos pracy nad repertuarem. Dziś możesz już z pewnym dystansem ocenić słabe i mocne strony polskiego systemu edukacji muzycznej. Gdzie widziałbyś pole do zmian?
Polski system ma wiele mocnych stron. Nie bez powodu do Polski przyjeżdżają młodzi ludzie z całego świata, aby uczyć się pod okiem wybitnych polskich pianistów. Jeśli miałbym na coś zwrócić uwagę, to na strach, który paraliżuje zwłaszcza absolwentów. Chodzi o obawę przed samodzielną pracą nad utworem. Młodzi muzycy mają poczucie, że cały czas wymagają opieki przy pracy nad utworem. Tymczasem budowanie interpretacji polega na tym, aby zawrzeć z niej pewien indywidualny rys. Musimy zaryzykować, że nasza interpretacja nie wszystkim będzie odpowiadała, ale takie ryzyko należy ponieść. Konsultacja jest oczywiście wskazana, ale podstawą jest samodzielne przygotowanie utworu. Ja zostałem zmuszony do tej samodzielności przez Konkurs Chopinowski, ale myślę, że warto na wcześniejszych etapach studiów zadawać studentom całkowicie samodzielne przygotowanie utworu bez jakichkolwiek uwag profesora. To by pomogło przygotowywać muzyków do samodzielnej pracy.

Gdy dwudziestolatek gra Chopina, mierzy się z gigantem. Gdy podchodzi do niego pianista 30-letni, perspektywa się zmienia?
Ta świadomość jest nieporównywalnie większa. Czuje się to zwłaszcza grając utwory wykonywane wcześniej. Człowiek ma więcej odwagi, łatwiej mu stosować pewne pomysły, do których wcześniej nie był przekonany „czy wolno”. To się wiąże z doświadczeniem estradowym. Jeśli grało się ten sam utwór w wielu różnych miejscach, na różnych fortepianach w różnej akustyce, nabiera się pewności siebie. Nie wchodzę nigdy na grunt kompozytora, nie próbuję pokazać czegoś, czego w dziele muzycznym nie ma. Nawet koncerty Beethovena można odkryć na nowo. Niekoniecznie burząc, ale prowadząc owocny dialog z przeszłością.

Na jakim etapie jest twój romans z filozofią?
Byłem nawet ostatnio na debacie filozoficznej w Częstochowie. Mój doktorat w zasadzie jest gotowy, teraz trzeba go tylko obronić.

Kiedy zdążyłeś go napisać przy tak napiętym harmonogramie? W samolocie?
To było bardzo trudne, bo kiedy tylko znalazłem czas na wejście w rytm naukowy, trzeba było przerwać go z powodu koncertów, a później znowu powracać i przypominać sobie wszystko.

Kot Blachacz będzie miał cię na oku.
Jaki kot?

Kot Blachacz (bo blaszany), który pojawił się na dachu toruńskiego Dworu Artusa, aby upamiętnić twoje zwycięstwo w Konkursie Chopinowskim.
Naprawdę?! Nie wiedziałem o tym. Często bywam w Toruniu, a nawet grałem kilka razy w Dworze Artusa, ale o kocie nikt mi nie mówił. Ładny chociaż?

Przyczajony. Ale zostawmy kota. Filozofia pomaga muzykowi?
- Tak, tym bardziej że koncentruję się w swoich zainteresowaniach na filozofii muzyki i na estetyce. To pozwala na nowo przemyśleć, czym właściwie jest koncert, czym jest przeżycie estetyczne. Przy przygotowywaniu nagrania z muzyką Bacha, jej metafizyczny aspekt był dla mnie również bardzo istotny. Do tego historia filozofii bardzo rozszerza wiedzę ogólną.

I nie łapiesz się na tym, że nie masz o czym porozmawiać z kolegami po fachu? Wielu muzyków to osoby nie wychylające się spoza świata muzycznego.
Ale spotykam również wielu muzyków o bardzo szerokich horyzontach. Weźmy np. Daniela Barenboima, który napisał bardzo ciekawą książkę o filozofii Spinozy. Moja pani profesor rozczytywała się w tekstach Tatarkiewicza. Problem polega chyba na tym, że muzycy pytani są głównie o muzykę (śmiech). Na przykład z Jewgienijem Kissinem bardzo ciekawie rozmawia się o polityce.

Z Krystianem Zimermanem również spierasz się o politykę?
On jest bardzo zainteresowany tym, co się dzieje na świecie, i to nie tylko polityką.

I potrafi to manifestować, nawet na sali koncertowej. Ty rozdzielasz świat muzyki i polityki?
Zdecydowanie. Nie mam wewnętrznej potrzeby manifestowania swoich poglądów i raczej nie wypowiadam się publicznie na tematy polityczne. Gram dla ludzi o różnych poglądach. I niech tak zostanie.

W ciągu pierwszych 30 lat życia wyrobiłeś 300 proc. normy. Plan na kolejne 30 lat jest równie napięty?
Raczej spokojnie się to wszystko układa. Szczególnie trudny był dla mnie rok 2008, kiedy miałem dużo ważnych koncertów. Ale nie wpadłem w wir. Nie planuję po 200 występów rocznie. Trzydziestoletniego planu nie mam. Dojrzewałem długo do koncertów Beethovena, z początku chciałem nagrać tylko II i IV teraz jednak doszedłem do wniosku, że nagram wszystkie pięć. To będą trzy płyty. Aby wyszło dobrze, trzeba mądrze zaplanować sesję nagraniową, bo inaczej można zostać przytłoczonym przez nadmiar materiału muzycznego. Mam nadzieję, że jesienią 2020 roku będzie można ocenić efekt.

Pojawia się myśl o karierze pedagogicznej?
Raczej nie. Nie czuję się jeszcze do tego gotowy. Prowadziłem kilka kursów mistrzowskich w Stanach Zjednoczonych i było to bardzo pozytywne doświadczenie. Niestety, praca ze studentami jest związana z pewną regularnością. Na razie nie mogę wziąć na siebie takiej odpowiedzialności. Przy tylu koncertach nie byłbym dostępny dla studentów, więc ten scenariusz na razie odpada.

Czy prasa plotkarska zaskoczy nas w najbliższym czasie informacjami na temat twojego życia prywatnego?
Życie prywatne zachowuję dla siebie. Zresztą nie bardzo miałaby czym zaskakiwać.

Na przykład zdjęciami Rafała Blechacza na ślubnym kobiercu.
Może się nie dowie? (śmiech) Zwłaszcza, jeśli ślub nie odbędzie się w Polsce, a na przykład w Rzymie. Na szczęście muzyka poważna podlega trochę innym prawom niż rozrywka i show-business, więc delektuję się tym spokojem.

Adam Willma

Dodaj pierwszy komentarz

Komentowanie artykułu dostępne jest tylko dla zalogowanych użytkowników, którzy mają do niego dostęp.
Zaloguj się

plus.dzienniklodzki.pl

Polska Press Sp. z o.o. informuje, że wszystkie treści ukazujące się w serwisie podlegają ochronie. Dowiedz się więcej.

Jesteś zainteresowany kupnem treści? Dowiedz się więcej.

© 2000 - 2019 Polska Press Sp. z o.o.