Prof. Grzegorz Raczak: Polityka to teatr, a agresja w Sejmie to norma

Czytaj dalej
Fot. Przemyslaw Swiderski
rozm. Dorota Abramowicz

Prof. Grzegorz Raczak: Polityka to teatr, a agresja w Sejmie to norma

rozm. Dorota Abramowicz

- Czasem żałuję, że nie mam specjalizacji psychiatrycznej, bo zachowanie niektórych parlamentarzystów wymagałoby poważnej diagnozy - mówi poseł PiS prof. Grzegorz Raczak.

Czy po ponad roku spędzonym w ławach sejmowych czuje się Pan już politykiem?
Przejście ze świata akademickiego do polityki nie należy do łatwych. Jestem przede wszystkim lekarzem, od początku też deklarowałem, że nie zrezygnuję z kierowania Klinicznym Centrum Kardiologii UCK.

To po co wszedł Pan do polityki?
Żeby w Sejmie walczyć o zdrowie pacjentów. Poza tym należę do grupy ludzi, o których się mówi, że są chorzy na Polskę. Interesuję się polityką, sprawami ważnymi dla kraju, jego historią. Pamiętam wzruszenie, gdy ojciec czytał mi „Ogniem i mieczem” Sienkiewicza. Po ogłoszeniu stanu wojennego, będąc studentem medycyny, jako sanitariusz chciałem się dostać do stoczni. Leżąc na podłodze karetki, przejechałem przez bramę. W szpitalu stoczniowym opatrywałem i stoczniowców, i zomowców. Te i wiele innych doświadczeń składa się na moją dzisiejszą postawę.

Kto Pana wymyślił jako polityka?
Sam chciałem spróbować, poza tym doradzali mi niektórzy znajomi.

Nazwiska?
Istotną rolę na pewnym etapie odegrał Janusz Śniadek - bardzo kulturalny człowiek, nadaje się do werbowania profesorów. Zrobiłem krótki bilans, mam swój ustabilizowany świat, wypracowaną przez lata pozycję w środowisku akademickim. Jestem wdowcem, dzieci są dorosłe. Dobry czas, żeby zrobić coś nowego. Poza tym w momencie, gdy się pojawiła propozycja kandydowania z listy PiS, pomyślałem - jeśli zrezygnuję, to stchórzę.

Gdzie tu tchórzostwo?
Gdańsk jest bastionem Platformy, w mieście raczej nie lubią PiS-owców, poglądy wielu osób pracujących na uczelni dalekie są od programu PiS. Szedłem trochę pod prąd. Przeważyła jednak chęć przeżycia przygody i zrobienia czegoś dobrego na większą skalę. W przyszłym roku kończę 60 lat i uważam, że polityka powinna być zwieńczeniem pracy zawodowej. Sejm, przy wszystkich swoich wadach, daje wyjątkowe możliwości działania. Chociaż niektórzy mnie ostrzegali.

Kto?
Od dawna opiekuję się członkami Światowego Związku Armii Krajowej, jestem dumny, że zostałem honorowym członkiem tej organizacji. Ci starsi już ludzie, którzy są dla mnie niekwestionowanymi bohaterami, zadzwonili przed wyborami i powiedzieli: Panie profesorze, rozmawialiśmy na sztabie. Niech Pan nie idzie do polityki. Tam są źli ludzie, będą pana chcieli zniszczyć.

Mieli sporo racji. Polityk jest na samym dole listy zaufania Polaków, na pewno niżej niż lekarz...
Nie można jednak odmawiać logiki podjętej przeze mnie decyzji. Będąc wojewódzkim konsultantem w dziedzinie kardiologii na Pomorzu, wielokrotnie odbijałem się od ściany. Władze nie słuchały moich argumentów, między innymi likwidując bardzo dobry oddział kardiologii w szpitalu w Redłowie. Zacząłem myśleć o przekroczeniu granicy niemożności. Jeśli ma się poczucie misji, a ja je mam, to dlaczego nie wykorzystać tak ważnego narzędzia jak parlament do skutecznego działania?

Bardziej, niż ze skutecznością, Sejm kojarzy się nam z nieustanną awanturą.
Politycy poniekąd sami sobie zasłużyli na taką opinię. Z drugiej strony jednak, ci, którzy nie zachowują się w sposób z lekka - z punktu widzenia przeciętnego człowieka - nienormalny, nie są skutecznymi politykami. Scenę polityczną można porównać do pola walki, gdzie obie strony używają podobnych narzędzi. Mój ulubiony Andrzej Mleczko stworzył taki rysunek: pole bitwy, stosy ciał, obszarpany rycerz mówi do władcy „Królu, melduję, że wszyscy rycerze, którzy walczyli fair, zginęli”. Tak samo w polityce - człowiek w pełni szlachetny jest nieuzbrojony. I zginie.

Skoro nie ma w pełni szlachetnych, to czym się różnią ci, którzy przetrwali?
Ideą. Osoba, która chce realizować szlachetne idee, odróżnia się od cynicznego gracza. We wszystkich ugrupowaniach są ludzie o różnym poziomie moralnym, ale właśnie ze względu na ideę światopogląd Prawa i Sprawiedliwości jest mi bliski. Nieobca jest mi wrażliwość społeczna, uznając takie wartości jak rodzina, uszanowanie historii, przeciwstawiam się osobom, którym poczucie patriotyzmu jest obce. Widziałem posła PiS, który płakał podczas dyskusji nad ustawami antyaborcyjnymi, mówiąc łamiącym się głosem o swoim rozdarciu. Według jego sumienia, ustawa powinna być zaostrzona, ale realia życia kazały głosować inaczej. Ten poziom emocji nie zasługuje na brutalne naigrawanie. Tolerancja nakazuje to uszanować. Poza tym zła opinia na temat wszystkich polityków nie jest uzasadniona. Słychać zarzuty, że w ławach poselskich podczas posiedzenia Sejmu siedzi garstka ludzi. Tymczasem po głosowaniach proceduralnych wszyscy się rozchodzą jak mrówki do zespołów i komisji. Jako członek Komisji Zdrowia, Komisji Edukacji i Zespołu ds. Organizacji Ochrony Zdrowia mogę zaświadczyć, że te posiedzenia są niezwykle ważne. W ostatni dzień Sejmu „urobek” pracy komisji jest głosowany.

Czy w parlamencie możliwa jest merytoryczna rozmowa między posłami partii rządzącej a opozycji?
Dobrze mi się rozmawiało na temat marihuany z posłem Liroyem-Marcem od Kukiza. Mam dobre doświadczenia z kontaktów z profesorem Marianem Zembalą, kardiochirurgiem, byłym ministrem zdrowia w rządzie PO. To postać nietuzinkowa, z którą przeprowadziłem kilka wspólnych akcji, służących kardiologii. Kiedy Ministerstwo Zdrowia dokonało niekorzystnej przeceny procedur kardiologicznych, co zagroziło szpitalom klinicznym popadnięciem w kłopoty finansowe, podjęliśmy skuteczne działania. To było porozumienie ponad podziałami. Jestem również pod wrażeniem kultury, z jaką poseł Sławomir Piechota z PO prowadzi Komisję do spraw Petycji. Nie ma porównania z agresywnym stylem Bartosza Arłukowicza, przewodniczącego Komisji Zdrowia, również z PO. Dużo merytorycznych rozmów jest w niektórych zespołach parlamentarnych.

Przeciętny obywatel widzi głównie bulwersujące sceny...
Tam są stare wygi polityczne, które wiedzą, jakimi metodami osiągnąć cel. Opozycja, która dziś zarzuca to rządzącej partii, stosowała identyczne metody. Witold Gombrowicz w swoich „Dziennikach” powiedział, że życie nasze toczy się 20 pięter poniżej tego, co mówimy. Ważne są owoce, a nie zachowania ludzi. Nie znoszę za to polityków cynicznych. We wszystkich klubach są harcownicy, gotowi wygadywać głupstwa na każdy temat. Obserwuję z ławy poselskiej, jak mówią straszne rzeczy, a potem, schodząc z mównicy, z uśmiechem zagadują do przeciwników politycznych. Polityka to teatr. W Sejmie bezceremonialna agresja to norma. Uderzyło mnie to jak obuchem, gdy trafiłem tam po raz pierwszy. Chodzę na rady wydziału, w których uczestniczy ze sto osób o różniących się poglądach i opiniach, powodów wzbudzających emocje do spierania jest wiele, ale w porównaniu z parlamentem to niezwykle elegancki świat. Doceniłem go dopiero z poziomu Sejmu, gdzie bez jakiejkolwiek żenady ludzie sobie wymyślają, insynuują różne rzeczy z ekspresją przekraczającą granice tolerancji. Czasem żałuję nawet, że nie mam specjalizacji psychiatrycznej, bo zachowanie niektórych parlamentarzystów wymagałoby poważnej diagnozy.

Poda Pan nazwiska?
Nie, chcę pozostać elegancki. Proszę przy tym nie traktować tego, co mówię, jako propagandy PiS-owskiej, mówię o Sejmie jako o mechanizmie z punktu widzenia kogoś, kto przyszedł z zewnątrz. Jestem zwolennikiem postawy koncyliacyjnej. Staram się zrozumieć, o co chodzi drugiemu człowiekowi.

Co sądzi Pan o formach wypowiedzi klubowej koleżanki, profesor Krystyny Pawłowicz?
Ma swój rodzaj ekspresji, który jest mi obcy. Poza ogniem walki jest miłą osobą.

Czy zdarzyło się Panu zostać obrażonym w Sejmie?

W bezpośredniej rozmowie nikt mnie nie obrażał, ja zresztą też nigdy nikogo nie obrzucałem wyzwiskami. Za to dostawałem agresywne e-maile, niektóre od znajomych. Kiedy spytałem, czym sobie zasłużyłem na agresję, odpowiadano: jesteś politykiem, musisz wysłuchiwać takich rzeczy. Czy jednak trzeba na mnie wylewać swoje frustracje tylko dlatego, że jestem posłem? Działalność poselską pojmuję jako pracę na dwóch płaszczyznach. Pierwsza wynika z przynależności do klubu parlamentarnego. I tu uważam, że póki nie ma się ważnego powodu, trzeba działać w grupie, głosując tak samo w ważnych sprawach. Drugie pole to praca indywidualna. Przy wszystkich wadach parlament jest miejscem, gdzie można wiele zrobić. Koncentruję się głównie na działalności prozdrowotnej i jeśli w ten sposób uratuję życie choć jednemu człowiekowi, gotowy jestem przyjmować wyzwiska. Czuję się uzbrojony. Znalazłem się też na „listach sejmowej hańby” - najpierw krzyżowo, gdy zagłosowałem przeciw odrzuceniu w pierwszym czytaniu obydwu przeciwstawnych wniosków projektów dotyczących aborcji, a potem, kiedy oddałem głos za ich ostatecznym odrzuceniem.

Zmienił Pan zdanie?
Nie. Obecna ustawa jest optymalna i nie należy jej ruszać, jednak uznałem, że wnioski podpisane przez tak wielu obywateli powinny zaistnieć w pierwszym czytaniu. Niedawno znów umieszczono mnie na takiej liście, gdy wspólnie z całym klubem PiS głosowałem za zmianami w sądownictwie.

Jest Pan nadal przekonany, że projekty ustaw o KRS i Sądzie Najwyższym nie były błędem?

Głosowałem za nimi z pewnym trudem. Uważam, że kompletna niezależność stanu sędziowskiego jest niedobra i powinna być nad nim kontrola polityczna. Jednak kontrola nie tylko jednego ugrupowania, bo teraz rządzi PiS, a potem będzie rządzić ktoś inny. Ucieszyłem się, kiedy prezydent Andrzej Duda zaproponował poprawkę, by posłowie wybierali sędziów KRS większością 60 procent. Weto prezydenta pokazuje, że wbrew straszeniu opozycji demokracja w Polsce ma się dobrze. Są różne zdania. Projekty ustaw ewoluują w dobrym kierunku.

Podczas przewodniczenia sejmowej podkomisji ds. leczniczej marihuany zarzucano Panu wstrzymywanie prac, krzywdzenie chorych dzieci...
Temat był bardzo trudny. W posiedzeniach komisji uczestniczyły między innymi matki dzieci cierpiących na padaczkę lekooporną. Miały one w sobie znaczny poziom emocji, ale wymagały traktowania z szacunkiem, uwagą i zrozumieniem. Jako lekarz i naukowiec wiem, że by mówić o leczniczej wartości jakiegoś specyfiku, muszę mieć na to dowody. Choć badania kliniczne wykazały tylko krótkoterminową skuteczność w bardzo ograniczonych wskazaniach, wiadomo, że marihuana nie znajduje się w grupie najbardziej niebezpiecznych środków. Przynosi natomiast ulgę w leczeniu bólu nowotworowego. Wydaje się, że jako środek leczniczy, mimo braku badań, powinna być dopuszczona do użycia. Problem w tym, że w początkowym projekcie ustawy, zgłoszonym przez posła Piotra Marca-Liroya, dopuszczano jej uprawę w doniczkach na własny użytek. Na to nie było zgody. Prowadziliśmy trudne rozmowy, w wyniku których ostatecznie obie strony cofnęły się o kilka kroków. Wspólnie wypracowaliśmy kompromis w tej trudnej sprawie, czego owocem była zgłoszona przeze mnie kluczowa poprawka do projektu ustawy Liroya, zatwierdzona później przez Sejm. Dzięki uchwalonej ustawie lekarz będzie mógł zapisać cierpiącemu choremu receptę na lek recepturowy zawierający marihuanę, najbliższa apteka będzie mogła zrealizować tę receptę. Zamknęliśmy jednocześnie furtkę przed próbą dopuszczenia do tak zwanego rekreacyjnego palenia marihuany...

...która i tak jest powszechnie dostępna. Czy nie jest to prawna hipokryzja?
Pozwoli pani, że się nie zgodzę. W Polsce działają agencje towarzyskie, czy to ma jednak oznaczać, że zalegalizujemy prostytucję? Narkomani używają także ciężkich narkotyków, ale przecież ich także nie zalegalizujemy. Prawne dopuszczenie do obrotu marihuaną, która może szkodzić, oznaczałoby wzrost jej zużycia. Skuteczne działanie prozdrowotne polega na ograniczeniu dostępu do szkodliwych używek, w tym także do alkoholu i papierosów. Uważam za ogromny sukces wejście w życie ustawy antynikotynowej, która ratuje życie dziesiątkom tysięcy ludzi. I jestem dumny, że wielką w tym rolę odegrał mój kolega z uczelni, profesor Jacek Jassem. To jest ten moment, gdy lekarz wykracza poza swoje działania lekarskie i choć nie jest politykiem, to podejmuje działania polityczne. Jak już mówiłem, mam swoje autorskie pomysły realizowane w świecie polityki. To wprowadzenie sieci deflibrylatorów i powszechnej nauki pierwszej pomocy. Zostałem przewodniczącym zespołu MEN do pisania podstawy programowej dla szkół przedmiotu edukacja dla bezpieczeństwa. Zaproponowałem uczestnictwo w zespole pięciu ekspertom z Polskiego Towarzystwa Kardiologicznego, którzy przygotowują punkty „Pierwsza pomoc” i „edukacja zdrowotna”. Znajdą się w nich między innymi informacje o zdrowotnych skutkach palenia papierosów, potrzebie aktywności ruchowej, unikaniu czynników ryzyka, nauka reanimacji... Miliony dzieci w Polsce będą dzięki temu programowo (nie akcyjnie) uczyć się profilaktyki zdrowotnej. W megaskali może to oznaczać miliony ludzi, którzy stosując się do tych zaleceń, przedłużą sobie i innym życie. Skala oddziaływania z poziomu Sejmu jest ogromna! Udało mi się także powołać pierwszy w Europie, a może na świecie, zespół parlamentarny ds. wspierania prozdrowotnej aktywności ruchowej, jaką jest nordic walking.

Chodzenia z kijkami? W porównaniu z wielką polityką to raczej śmieszne...

Dlaczego? Czy zamiar przedłużenia życia milionom ludzi uważa Pani za mało poważny? Nordic walking to wspaniała forma aktywności ruchowej, szczególnie atrakcyjna dla ludzi po 50., których nie stać na golf i tenisa. Poprawa codziennej aktywności ruchowej Polaków przedłuży im życie. Jeśli będzie to tylko dodatkowych sześć miesięcy, to po przemnożeniu przez liczbę uprawiających ten sport oznacza wielkie liczby. I to daje mi poczucie sensu bycia w parlamencie, bo w tego typu działalność prozdrowotną nie zaangażują się bogate koncerny, które nie zarobią na tym, że ludzie będą zdrowsi, nie musząc kupować drogich leków. Jestem głównie lekarzem, a politykiem tylko przy okazji. Jako lekarz staram się także pomagać żołnierzom AK. Kiedy usłyszałem, że największym dla nich problemem są aparaty słuchowe, na posiedzeniu PiS w Jachrance zaapelowałem do prezesa Kaczyńskiego, by znalazły się pieniądze na zakup tych urządzeń dla sędziwych bohaterów. I ta pomoc została przyznana, już ponad sto osób dostało aparatu słuchowe. Cieszyłem się z tego jak dziecko, bo to jedna z ostatnich okazji, aby coś dla nich zrobić.

Co Panu zostanie po romansie z polityką?

Poza wspomnieniem uczestniczenia w zespołowym tworzeniu ważnych ustaw, przechodząc na emeryturę, chciałbym móc powiedzieć: wszyscy młodzi ludzie już wiedzą i potrafią, jak uratować komuś życie, nauczono ich, na czym polega prewencja chorób układu krążenia, rozwija się nordic walking, może mi się uda doprowadzić do takiego etykietowania żywności, by nawet dziecko umiało odróżnić zdrową od niezdrowej żywności. Mam w tym swój wyraźny osobisty udział. Myśli Pani, że to mało?

rozm. Dorota Abramowicz

Dodaj pierwszy komentarz

Komentowanie artykułu dostępne jest tylko dla zalogowanych użytkowników, którzy mają do niego dostęp.
Zaloguj się

plus.dzienniklodzki.pl

Polska Press Sp. z o.o. informuje, że wszystkie treści ukazujące się w serwisie podlegają ochronie. Dowiedz się więcej.

Jesteś zainteresowany kupnem treści? Dowiedz się więcej.

© 2000 - 2019 Polska Press Sp. z o.o.