Problem roku 2000. Pluskwa, która sprawiła, że świat wstrzymał oddech

Czytaj dalej
Michał Meksa

Problem roku 2000. Pluskwa, która sprawiła, że świat wstrzymał oddech

Michał Meksa

Pod koniec lat 90. wydawało się, że świat stanął w obliczu zagłady. Powodem był błąd oprogramowania, który mógł doprowadzić do globalnego kryzysu na niespotykaną dotychczas skalę. Przyglądamy się historii „milenijnej pluskwy”. Czy rzeczywiście było się czego bać?

Spadające z nieba samoloty, samodzielnie odpalające się rakiety balistyczne, pieniądze znikające z kont użytkowników banków, brak prądu czy wody... Sceny z katastroficznego filmu? Nie do końca. Pod koniec lat 90. wydawało się, że tak właśnie może wyglądać świat... po wybiciu północy w nocy z 31 grudnia 1999 r. na 1 stycznia 2000 r. Przyczyną miał być „błąd w rozumowaniu” komputerów, zawiadujących wszystkimi ważnymi systemami na świecie. Rządy, firmy, ale też rzesze prywatnych użytkowników, wydawały miliony na to, by zabezpieczyć się przed „milenijną pluskwą” - jak ochrzciły problem media. Gdy zmieniła się data - nie stało się nic. Wielu poczuło się oszukanych, inni zaś twierdzili - i twierdzą do dziś - że do katastrofy nie doszło dzięki krociom wydanym na usunięcie błędu. Jak było w istocie?

Kłopotliwa data

Dla naszej wygody dysponujemy różnymi formami zapisu daty. I tak, pierwszy dzień roku dwutysięcznego zapisać możemy jako 1 stycznia 2000 r. Jeśli jednak z jakiegoś powodu chcemy zaoszczędzić miejsca lub też pragniemy wprowadzić tę datę do maszyny, posługującej się językiem liczb, użyjemy zapisu liczbowego: 1.01.2000. Gdybyśmy potrzebowali jeszcze większej oszczędności miejsca, zastosujemy krótszą formę: 1.01.00. W wersji najlepiej przyswajalnej dla komputera, będzie to 010100. I właśnie w tych sześciu znakach narodził się problem „milenijnej pluskwy”.

W początkach przygody ludzkości z maszynami liczącymi, czy też pierwszymi komputerami, wprowadzanie danych odbywało się za pomocą kart perforowanych. Były to kawałki tektury, na których wybijano otwory w określonej konfiguracji. Ich specyficzne ułożenie stanowiło dane „mówiące” komputerom, jakie działania mają wykonywać. Pierwsze programy komputerowe to właśnie stosy takich kart. Jednym z ich popularniejszych rodzajów były karty produkcji firmy IBM, mogące pomieścić do 80 kolumn znaków. Głównym problemem, z którym zmagali się programiści w owych czasach, było zmieszczenie jak największej ilości danych na tak ograniczonej przestrzeni. Jedną z powszechnie stosowanych sztuczek było właśnie skrócenie daty. Z roku można było usunąć początek - 19 - i zostawić tylko dwie ostatnie cyfry.

Gdy karty perforowane zostały zastąpione innymi nośnikami, problem niewielkiej ilości miejsca pozostał nadal aktualny. Pamięć komputerowa była bardzo droga. Oszczędność nakazywała rozsądek przy jej zagospodarowywaniu. Ponieważ mniejsza ilość znaków w kodzie programu oznaczała mniej zajętego miejsca, programiści nadal skracali datę.

- Pisałem te programy w latach 60. i 70. i byłem dumny z faktu, że mogłem wycisnąć nieco przestrzeni, nie wprowadzając 19 przed rokiem - przyznał w 1998 r. ekonomista Alan Greenspan, podczas zeznania przed senacką komisją bankową.

Greenspan oraz wielu jego kolegów zajmujących się wówczas programowaniem, spędzali wiele czasu na tym, by ich programy jak najefektywniej wykorzystywały pojemność maszyn, na których pracowali.

- Nigdy nie przyszło nam do głowy, że programy te przetrwałyby dłużej niż kilka lat - zeznawał były szef rezerwy federalnej USA.

Czas pokazał jednak, że wiele z tych programów przetrwało znacznie dłużej - aż do lat 90. Tymczasem już wcześniej okazało się, że sporo z nich może stworzyć duży problem z końcem dekady. Zamiana roku z końcówką 99 na rok z końcówką 00 nie będzie bowiem oznaczała dla nich automatycznie przejścia do roku 2000, zamiast tego komputery mogą „pomyśleć”, że cofnęły się do... 1900 roku. To zaś mogło stanowić nie lada problem. Komputery odpowiadają za wiele bardzo ważnych procesów. Nadzorują systemy bankowe, zawiadują dostawami energii i wody, na nich opierają się systemy zbrojeniowe i kontroli lotu... Wizja globalnej awarii wszystkich komputerów na świecie rzeczywiście może przyprawić o gęsią skórkę.

Świat walczy z „pluskwą”

Zanim ogół fachowców zdał sobie sprawę z wagi problemu, minęło trochę czasu. Jednak pierwszy głos w tej sprawie usłyszeć można było już pod koniec lat 50. Wtedy to Bob Bemer, zatrudniony w IBM, odkrył, że komputery mają problem z rozróżnianiem niektórych dat zapisanych w formacie sześciocyfrowym. Okazało się, że potężne maszyny nie rozróżniają roku 1900 do 1800, 1700 itd. Poinformował o problemie swoich przełożonych, został jednak przez nich zignorowany. Bemer nie był jedynym. Kolejnym pracownikiem IBM, który natknął na ten błąd, był Peter de Jager. W 1977 r. zauważył podobny kłopot z datami. Również zgłosił rzecz do swoich przełożonych i, podobnie jak jego firmowy kolega dwie dekady wcześniej, nie zdołał zainteresować tą kwestią swoich szefów.

Sytuacja zmieniła się w ostatniej dekadzie XX w. Jednym z pierwszych „proroków zagłady” był wspomniany de Jager. W swoim artykule pod tytułem „Doomsday 2000”, opublikowanym w 1993 r. w magazynie „Computerworld”, przestrzegał przed groźnymi następstwami „milenijnej pluskwy”. Jego twierdzenie „nie wiemy z góry, co zawiedzie, dlatego musimy naprawić wszystko” oddawało ducha wydarzeń, które wkrótce nastąpiły.

Problemem roku 2000 - czy w skrócie Y2K (z angielskiego Year 2 Kilo) zajęły się władze. W Stanach Zjednoczonych powstała specjalna ustawa - mająca na celu zapewnienie, że wszystkie obszary działalności państwa będą zabezpieczone przed problemem roku 2000. Każda agencja federalna miała swój specjalny oddział zajmujący się przygotowaniem komputerów do zmiany daty. Podobne działania podjęły firmy i korporacje. Zatrudniano konsultantów, mających pomóc w usunięciu wszelkich problemów. Jak podawała ówczesna prasa, w latach 1997-1999, wynagrodzenie takiego specjalisty sięgało od 1,5 tys. do 2,5 tys. dolarów za dzień pracy.

Choć problem zmiany daty dotyczył głównie instytucji, milenijne szaleństwo udzieliło się również tysiącom prywatnych użytkowników komputerów. Wykorzystywali to sprytni biznesmeni. Doszło do sytuacji, którą możemy obserwować również dziś na sklepowych półkach. Tak jak dzisiaj, na każdym, nawet z definicji bezglutenowym, produkcie umieszcza się etykietę „bez glutenu”, tak wówczas etykietki „przygotowany na Y2K” pojawiały się niemal na każdym urządzeniu czy egzemplarzu oprogramowania. Dochodziło do tak absurdalnych przypadków, jak odporne na milenijną pluskwę... wagi elektroniczne.

Rynek wydawniczy zalała niezliczona ilość książek, zarówno traktujących o zabezpieczeniu swojego sprzętu, jak i sięgających znacznie dalej. W księgarniach nabyć można było np. poradniki przetrwania w świecie pozbawionym komputerów czy książki kucharskie, doradzające, jak przyrządzać smaczne dania w sytuacji braków wody czy energii elektrycznej. W Stanach wiele osób przypomniało sobie o schronach przeciwatomowych, które w okresie zimnej wojny ludzie budowali w swoich ogródkach. Gromadzono zapasy, z koniunktury korzystali oczywiście również sprzedawcy sprzętu survivalowego. Zaczęto wydawać nawet czasopismo „Y2K News”, poświęcone tematyce „pluskwy milenijnej”. Wszystko to pobudzało rozgrzaną wyobraźnię ludzi. Pod koniec lat 90. nakręcono co najmniej dwa filmy przedstawiające najczarniejsze wizje roku 2000. Pojawili się rozmaici tropiciele spisków, prorocy apokalipsy czy fanatycy religijni wieszczący zagładę cywilizacji... Wszyscy - nawet ci, którzy nie wierzyli w nadchodzący koniec świata - z wielkim zaciekawieniem oczekiwali magicznej daty 1 stycznia 2000 r.

Apokalipsy nie było

Gdy wybiła północ... nie stało się nic. Samoloty nie spadły z nieba, nie było żadnych poważnych awarii, telefony nadal działały, zaś pieniądze spokojnie spoczywały na kontach. Na całym świecie doszło do zaledwie kilku drobnych awarii. Zakłócone zostało działanie kilku automatów biletowych w Australii, w jednej z elektrowni jądrowych w Japonii rozległ się fałszywy alarm, kilka stron internetowych wyświetliło nieprawidłową datę.

Koniec świata nie nadszedł. Część ludzi odetchnęła z ulgą, część zaś zaczęła się podśmiewać z alarmistycznych głosów, których pełno było w latach 90. w przestrzeni publicznej. Szybko przyjęło się twierdzenie, że temat został sztucznie rozdmuchany przez tych, którzy zwietrzyli świetną okazję do zarobku. Czy jednak nie było zagrożenia? Nawet dziś można spotkać się z opiniami, że od chaosu uratowała nas ciężka praca tysięcy programistów, którzy przez miesiące zabezpieczali systemy.

18 lat po całym tym zamieszaniu dziennikarz BBC zapytał za pośrednictwem mediów ludzi z branży informatycznej, jak wspominają tamte czasy. Czy rzeczywiście „milenijna pluskwa” była jedynie humbugiem?

- W latach 1998-99 spędziłem całe miesiące na sprawdzaniu i naprawianiu oprogramowania, by upewnić się, że systemy radiowe służb ratunkowych nie zawiodą - brzmiała jedna z odpowiedzi.

- Znajdowaliśmy błędy i naprawialiśmy je - napisał człowiek, zatrudniony jako programista w firmie ubezpieczeniowej. - Właśnie dzięki temu, że zrobiliśmy tak dobrą robotę, niezaangażowani w to ludzie myślą, że „milenijna pluskwa” nigdy nie była problemem.

Michał Meksa

Dodaj pierwszy komentarz

Komentowanie artykułu dostępne jest tylko dla zalogowanych użytkowników, którzy mają do niego dostęp.
Zaloguj się

plus.dzienniklodzki.pl

Polska Press Sp. z o.o. informuje, że wszystkie treści ukazujące się w serwisie podlegają ochronie. Dowiedz się więcej.

Jesteś zainteresowany kupnem treści? Dowiedz się więcej.

© 2000 - 2020 Polska Press Sp. z o.o.