Polityka i obyczaje. Roztańczona Sanna Marin podzieliła Finów

Czytaj dalej
Fot. FOT. Roni Rekomaa/Lehtikuva Oy/East News
Dorota Kowalska

Polityka i obyczaje. Roztańczona Sanna Marin podzieliła Finów

Dorota Kowalska

Film z prywatnej imprezy, na której bawi się premier Finlandii, rozpoczął dyskusję o tym, co wolno osobom publicznym. Prawda jest taka, że zależy to od kraju, kultury, mentalności jego obywateli. Bo koniec końców, to zawsze wyborcy decydują o przyszłości polityka

Jeżeli ktoś do tej pory nie kojarzył nazwiska Sanna Marin, teraz doskonale wie, że mowa o młodej premier Finlandii. W ubiegłym tygodniu jeden z fińskich dzienników opublikował pochodzące z Instagrama nagrania, na których widać, jak Sanna Marin razem ze znajomymi śpiewa i tańczy na domowej imprezie.

„Tańczyłam, śpiewałam, bawiłam się, robiłam rzeczy legalne. Mam życie zawodowe, rodzinne, a także czas wolny, który spędzam z przyjaciółmi. Prawie tak samo, jak inni w moim wieku” - mówiła premier Finlandii. Marin poddała się testowi na obecność narkotyków, czego żądał jeden z polityków opozycji. Wynik wyszedł negatywny, ale na Sanne Marin i tak spadła fala krytyki, jeden z prezenterów telewizyjnych zaapelował nawet, by Marin podała się do dymisji, bo jest „najmniej kompetentnym premierem w historii kraju”.

Byli też tacy, którzy stanęli w obronie premier Finlandii.

„Fińska premier znów przedmiotem krytyki za imprezowanie. Dlaczego nie może imprezować po pracy? Czy oczekujemy od naszych liderów, by nie byli ludźmi?” - zapytał na Twitterze prof. Ashok Swain z uniwersytetu w szwedzkiej Uppsali, na co dzień zajmujący się tematyką konfliktów i pokoju.

Wsparcie Sannie Marin okazały zwłaszcza kobiety. Jednym z najpopularniejszych twitterowych hasztagów ostatnich dni w Finlandii jest #solidaritywithsanna, czyli „solidarność z Sanną”. W sieci pojawiło się wiele nagrań, których autorki tańczą, podobnie jak na domówce szefowa fińskiego rządu. Do Finek dołączyły kobiety z całego świata.

„Wszystkie powinnyśmy tańczyć nieco częściej! Jestem solidarna z Sanną” - pisze jedna z holenderskich internautek.

Tańcząca Sanna Marin podzieliła Finów. Z sondażu przeprowadzonego na zlecenie serwisu informacyjnego stacji MTV wynika, że 44 procent Finów uważa, iż ujawnione nagrania z prywatnej imprezy z udziałem premier kraju Sanny Marin nie wpływają na jej pozycję i pełnienie roli szefowej rządu. Jednocześnie zdaniem 60 proc. ankietowanych ujawnione nagrania „nie licują z powagą urzędu”.

Właśnie, bo tu pojawia się pytanie o to, co wolno, a czego nie wolno politykowi, czy osobie publicznej, gdzie jest granica między jego życiem prywatnym a zawodowym.

- Nie ma jednoznacznej granicy oddzielającej życie prywatne od życia zawodowego polityka, trudno o jeden standard dla całego świata. W jednych krajach politykom wolno więcej, w innych mniej. Na pewno wolno im więcej w krajach nie demokratycznych, mniej w demokratycznych. Zachowanie premier Finlandii ocenią jej wyborcy - mówi prof. Antoni Dudek, politolog, - Osobiście uważam, że politycy mają niewielkie prawo do prywatności, podobnie jak osoby publiczne. Wolno im mniej, ale coś za coś. Nikt im nie kazał wchodzić do życia publicznego - dodaje prof. Dudek.

Zaznacza jednak, że każda sytuacja jest inna, bo trudno porównywać udział premier Finlandii w domowej imprezie ze sprawą Borisa Johnsona. Przypomnijmy, premier Wielkiej Brytanii złożył dymisję na początku lipca tego roku, a jednym z jej powodów było covidowe imprezowanie szefa brytyjskiego rządu. Ale też w okresie, kiedy większość ludzi w Wielkiej Brytanii nie mogła opuszczać swoich domów, a niemal wszystkie spotkania były zakazane, Boris Johnson balował w najlepsze z innymi urzędnikami. W czasie jednej z imprez, która odbyła się w kwietniu 2021 roku, naoczni świadkowie przyznali, że około trzydziestu osób tańczyło i piło do późnej nocy w domu, w którym mieszkał premier. Jeden z uczestników spotkań organizowanych przez Johnsona wspominał, że ktoś z imprezowiczów zabrał ze sobą walizkę na kółkach do lokalnego sklepu, aby mógł przynieść wystarczającą ilość alkoholu dla wszystkich gości. Aferę związaną ze spotkaniami towarzyskimi w siedzibach rządowych nazwano w mediach „Partygate”.

Włosi z kolei długo wybaczali skoki w bok i seksualne orgie Silvio Berlusconiemu. Jednym z wytłumaczeń tego fenomenu miało być to, że mieszkańcy słonecznej Italii widać nie mają genu wierności i patrzyli na swojego premiera, jeśli nie z podziwem, to na pewno z przymrużeniem oka, bardziej z rozbawieniem, niż potępieniem. Aż pojawiła się jedna, potem kolejne dziewczyny, które z detalami opisywały balangi, zwane bunga bunga w posiadłości Berlusconiego. Dziewczyny do towarzystwa bez krępacji opowiadały o przyjęciach w domu włoskiego premiera, podczas których polityk zabawiał grupę młodych kobiet, a następnie z wybraną szedł do łóżka. W końcu tak dużo brudu i skandali nazbierało się wokół włoskiego miliardera, że ostatecznie musiał on odejść z polityki. Okazało się zresztą, że nie na zawsze.

- Każda taka sprawa oceniana jest przez wyborców indywidualnie, pojawiają się głosy broniące konkretnego polityka lub atakujące jego zachowanie, któreś przeważają - mówi prof. Dudek.

Jego zdaniem, w przypadku premier Finlandii jej krytyka i słowa oburzenia są nieadekwatne do tego, co widać na filmie. Sanna Marin była po prostu na spotkaniu towarzyskim, na którym dobrze się bawiła, jednak, co podkreślała, nie robiła na nim niczego nielegalnego. Ale, jak po raz kolejny zauważa prof. Dudek, ostatecznie zawsze i tak decydują wyborcy.

I tak wyborcom nie spodobał się sylwestrowy wypad Ryszarda Petru, wówczas lidera Nowoczesnej, na Maderę. Na początku stycznia 2017 roku, na jednym z popularnych kont w serwisie Twitter ukazało się zdjęcie przewodniczącego Petru i posłanki Joanny Schmidt na pokładzie samolotu lecącego do Lizbony. Lot odbył się 31 grudnia 2016 roku o godz. 14.00, czyli w trakcie okupacji Sejmu przez posłów opozycji. Fotografia wywołała spore kontrowersje, tym bardziej że tego samego dnia serwis 300polityka.pl opublikował przeprowadzony wcześniej wywiad, w którym Petru stwierdził, że politykom opozycji nie wypada wyjeżdżać na wypoczynek, dopóki w Sejmie trwa okupacja Sali Plenarnej.

- Ryszard Petru wyjechał na wcześniej zaplanowany wyjazd, natomiast nie miał zaplanowanego dyżuru w Sejmie. Sytuacja wygląda tak, że mamy protest rotacyjny, na zmianę nasi posłowie dyżurują - próbowała tłumaczyć Katarzyna Lubnauer, wówczas posłanka Nowoczesnej.

Potem okazało się, że Petru i Szmidt polecieli wypocząć na Maderę.

„To było niezręczne. Protest miał charakter rotacyjny. Ja miałam dyżur w Wigilię i Boże Narodzenie. Jak spędzam czas wolny, to moja prywatna sprawa. Na pewno niezręcznością było to, że lider partii opozycyjnej jest sfotografowany daleko od Polski, od miejsca, gdzie protestują nasi koledzy” - tłumaczyła mediom Joanna Schmidt.

Okazało się jednak, że to, jak polityk spędza wolny czas, to nie do końca jego prywatna sprawa, zwłaszcza w takich okolicznościach, czyli wielo-dniowej okupacji Sejmu przez posłów opozycji. Wyborcy zapamiętali tę historię, ani Ryszarda Petru, ani Joanny Schmidt nie ma już w polskiej polityce.

- Na pewno owo prawo do prywatności jest tracone przez rozwój technologii, dzisiaj każdy ma przy sobie smartfona. Przekonał się o tym prezes NBP Adam Glapiński - zauważa prof. Antoni Dudek.

Na początku lipca, działaczka Agrounii zaczepiła na molo w Sopocie prezesa Glapińskiego, który spacerował po nim z żoną.

- Jak my, młodzi ludzie, mamy żyć? Kredyty idą w górę o 100 procent - zapytała.

Glapiński tłumaczył jej, że dwa lata temu, kiedy zaciągnęła kredyt, stopy procentowe były najniższe. Do rozmowy włączyła się żona prezesa, który kilkukrotnie ją uspokajał.

- Nam, młodym jest bardzo ciężko - mówiła działaczka Agrounii.

Glapiński zapewniał, że stopy procentowe niedługo będą niższe.

Cała rozmowa została oczywiście nagrana i puszczona w sieci, choć prezes Glapiński na molo był prywatnie, bardziej jako mąż niż prezes NBP. Tyle że dzisiaj każdy, jak słusznie zauważa prof. Dudek, może na ulicy zaczepić polityka, zadać mu pytanie, wszystko nagrać i umieścić w Internecie.

O tym, że trzeba być uważnym, przekonał się boleśnie Adam Hofman, były rzecznik Prawa i Sprawiedliwości, kiedy w listopadzie 2014 roku wybrał się z Mariuszem Kamińskim i Adamem Rogackim w podróż służbową do Madrytu. Panowie wzięli z kasy Sejmu kilkanaście tysięcy złotych na podróż samochodami na posiedzenie Komisji Zagadnień Prawnych i Praw Człowieka Zgromadzenia Parlamentarnego Rady Europy, tyle że polecieli tanimi liniami lotniczymi. Potem okazało się także, że posłowie prawie nie uczestniczyli w obradach. Co gorsza, żony polityków wywołały awanturę na pokładzie samolotu, którym delegacja wracała do Polski. Według relacji jednego z pasażerów lotu, kobiety chciały wypić własny alkohol, czego zabrania regulamin linii lotniczych. Dopiero groźba lądowania i obarczenia ich kosztami miała uspokoić żony posłów. Całe zajście zostało oczywiście obfotografowane przez innych pasażerów, a zdjęcia trafiły do sieci. Nie tylko zresztą z samolotu. Jakiś turysta zarejestrował zachowanie Adama Hofmana na Plaza Mayor. „Wydzierali się wniebogłosy, pokazywali środkowy palec, Hofman udawał, że sika, a na końcu się wywrócił” - relacjonował turysta. Na krótkim filmie opublikowanym w mediach widać, jak Hofman chwieje się, pochyla do przodu, podpiera dłońmi o ziemię. Na końcu opiera głowę na dekolcie towarzyszącej mu kobiety, następnie para odchodzi, obejmując się w pasie. „Fakt” podawał, że kobietą z nagrania była Anna Jackiewicz - żona europosła Dawida Jackiewicza, ta sama, która miała wywołać awanturę na pokładzie samolotu Ryanair. Dzisiaj wszyscy trzej panowie są poza polityką.

Kiedy w 2013 roku CBOS zapytał Polaków, czy dziennikarze powinni zajmować się życiem prywatnym polityków, 38 proc. z nas uznało, że fakty z tej sfery powinny być podawane do publicznej wiadomości tylko wtedy, kiedy wpływają na wykonywane przez nich obowiązki. Co trzeci respondent ocenił, że w ogóle nie powinny być upubliczniane. A 25 proc. było jednak zdania, że z racji roli, jaką politycy odgrywają, wszelkie informacje na ich temat, także te ze sfery życia bardzo osobistego, powinny być powszechnie znane.

Wiesław Gałązka, dziennikarz, publicysta, konsultant i doradca polityczny, mówi, że osoby publiczne, czyli także politycy, są chętnie obserwowane. Natomiast te, które przebywają w ich towarzystwie, często chcą się tym pochwalić i stąd taka sytuacja jak z premier Finlandii.

- Niewykluczone też, że w sprawę zamieszane są rosyjskie służby specjalne, wiadomo przecież, że Sanna Marin chce wprowadzić Finlandię do NATO - zauważa Wiesław Gałązka. - Moim zdaniem każdy, także polityk, ma prawo do prywatności. Pytanie, co z tej prywatności wydostaje się na zewnątrz. Uważam, że dopóki nie krzywdzimy w niej innych, to nasza sprawa - dodaje.

Jego zdaniem, Sanna Marin nie zrobiła niczego nagannego, każdy ma prawo do czasu wolnego, w którym może pójść na spotkanie ze znajomymi.

- Ale oczywiście, polityk musi być ostrożniejszy. Tym politykom, którym doradzam, zawsze powtarzam, żeby nie dawali sobie na przykład zrobić zdjęć z kieliszkiem w ręku. Dlaczego? Otóż dlatego, że kiedy doprowadzą do stłuczki czy innego zdarzenia drogowego, nawet będąc trzeźwymi, w prasie na pewno natychmiast pojawią się takie zdjęcia - tłumaczy.

Ale tak, w stosunku do osób publicznych wymaga się więcej. Wiesław Gałązka opowiada historię austriackiego dziennikarza oskarżonego przez prawicowego polityka Jorga Haidera. Dziennikarz nazwał Haidera „idiotą”, bo ten gloryfikował Wehrmacht. Za słowo „idiota” został skazany przez austriacki sąd, odwołał się jednak do Europejskiej Komisji Praw Człowieka. Ta, 1 lipca 1997 roku, wydała raport, w którym zawarta jest następująca opinia: „Wypowiadając się prowokacyjnie i oburzając opinię publiczną, polityk traci prawo do korzystania ze swobody opinii. Usprawiedliwia to nawet określenie go słowem „idiota”. Ramy dopuszczalnej, rzetelnej krytyki są szersze w stosunku do polityków w ich działalności publicznej niż wobec osób prywatnych. Polityk świadomie i w sposób nieunikniony wystawia się na ścisłą kontrolę zarówno ze strony dziennikarzy i opinii publicznej, każdego wypowiadanego słowa i każdego podjętego działania”.

- Zwracam uwagę na słowo „rzetelnej krytyki”. Czy w przypadku Sanny Marin ta krytyka jest rzetelna? Nie jestem przekonany - mówi Wiesław Gałązka.

Inna rzecz, co podkreślają nasi rozmówcy, politycy sami niejako zapraszają nas do swojego prywatnego świata, dogadując się z dziennikarzami w kwestii tak zwanych ustawek. Na czym rzeczone „ustawki” polegają? Otóż polityk umawia się z dziennikarzem i fotoreporterem w konkretnym miejscu i czasie, w którym niby to przypadkiem pojawia się na przykład z dziećmi, żoną czy przyjacielem. Dzień później w gazecie ukazuje się tekst opatrzony zdjęciem, w którym autor pisze, jaki to z posła, ministra, senatora, premiera rodzinny człowiek. Cel „ustawki” jest prosty - ocieplić wizerunek polityka. Niektóre media sugerują, że polskie życie publiczne „ustawkami” stoi, ich liczba zwiększa się zwłaszcza w czasie kampanii wyborczych.

Piotr Mieśnik, który przez siedem lat pracował w tabloidowym „Fakcie”, swoje doświadczenia opisał w książce „Wyznania hieny”, udzielił też wywiadu dla „Dużego Formatu.”

- Ustawiają się najwyższe szczyty władzy - mówił dziennikarz.

I wspominał, jak na „ustawkę” umówił się z „Faktem” Wojciech Olejniczak, wówczas polityk SLD. Szedł na kolację z Aleksandrem Kwaśniewskim i jak tłumaczy dziennikarz - „chciał sobie zrobić dobrze”. Ale nie poinformował o tym byłego prezydenta. Niestety, fotograf wysłany przez redakcję był równie niezorientowany. Podszedł do obu panów i się przedstawił: „To ja wam będę robił zdjęcia”. Kwaśniewski powiedział: „Wojtek, co ty odpier...?” i sobie poszedł.

Pewne jest, że Sanna Marin z nikim się na „ustawkę” nie umawiała, ale jej film z prywatnej imprezy rozpoczął dyskusję o tym, co wolno politykowi i gdzie jest granica prywatności. Dr Irena Kamińska-Radomska, wykładowca i trener z The Protocol School of Poland, mówiła w TVN24, że ta granica powoli się przesuwa.

- Wyborcom coraz bardziej podoba się takie zachowanie ludzkie polityków, kiedy mogą zobaczyć taką twarz polityka zupełnie poza pracą. Ale tutaj była też, niestety, przesada. Niektórzy to wykorzystują i to jest karygodne i o tym też trzeba powiedzieć. No bo bez przesady, tutaj nic strasznego się nie wydarzyło, prawda? Nie było żadnego złamania prawa, nie było używania narkotyków. Alkohol można pić do jakichś granic. Było to troszkę dzikie, może ta granica już została przekroczona, ale minimalnie - stwierdziła dr Irena Kamińska-Radomska.

Jej zdaniem wartości, z jakimi się kojarzy premier Finlandii, nie zostały w tym przypadku pogwałcone. - Natomiast ten wizerunek podczas imprez nie był spójny z wizerunkiem, który rozpowszechnił się w związku ze stanowiskiem pani premier. W momencie kiedy faktycznie - niezależnie od tego, kto kim jest - nie ma spójności w zachowaniu w wizerunku zewnętrznym, z tym, co deklarujemy, co mówimy, do czego jesteśmy przyzwyczajeni, nagle może być zafałszowany odbiór takiej osoby. Niestety, są wtedy naciski, szantaże, których każdy polityk się boi - mówiła w studiu.

Prawda jest jednak taka, że o premier Finlandii usłyszał cały świat. Nawet ci, którzy do tej pory nie wiedzieli, kim jest, dzisiaj doskonale to wiedzą. W Finlandii, w ogóle w Skandynawii, mocno oddziela się życie prywatne od zawodowego i tak samo traktuje samotne wyjście na imprezę zamężnej kobiety jak zamężnego mężczyzny, a o przyszłości Sanny Marin finalnie zadecydują fińscy wyborcy. Zdjęcia i filmy z domowej imprezy, na której tańczyła i śpiewała, wcale nie muszą oznaczać końca jej politycznej kariery.

Współpraca:
Kazimierz Sikorski

Dorota Kowalska

Dodaj pierwszy komentarz

Komentowanie artykułu dostępne jest tylko dla zalogowanych użytkowników, którzy mają do niego dostęp.
Zaloguj się

Polska Press Sp. z o.o. informuje, że wszystkie treści ukazujące się w serwisie podlegają ochronie. Dowiedz się więcej.

Jesteś zainteresowany kupnem treści? Dowiedz się więcej.

© 2000 - 2022 Polska Press Sp. z o.o.