Policja potraktowała nas z góry, jak jakąś patologię

Czytaj dalej
Fot. Szymon Starnawski
Jolanta Jeziorska

Policja potraktowała nas z góry, jak jakąś patologię

Jolanta Jeziorska

Gracjana - siostra zamordowanej 20-letniej zduńskowolanki ma pretensje do policji

Skarżysz się na policję, że zbagatelizowała twoje prośby o pomoc, że nie starała się odnaleźć twojej zaginionej, a jak się później okazało, zamordowanej siostry.
Policja potraktowała nas z góry. Siostra dwa tygodnie leżała w mieszkaniu, w którym byliśmy, a policja nie weszła wtedy, nie sprawdziła. Fakt, że nie przyszło nam wtedy do głowy, że Kaja może tam leżeć w wersalce, ale policjantom chyba takie rzeczy powinny przyjść do głowy?

Mówiłam im, że w windzie bloku jest kamera i prosiłam policjantów, żeby ją sprawdzili, bo może będzie nagranie, że siostra wychodzi z tego mieszkania, ale nie sprawdzono tego.

Prosiłam też, by sprawdzono piwnicę, bo przecież w blokach są piwnice przypisane do każdego mieszkania, ale tego też nie zrobiono. Zostaliśmy potraktowani z góry, jak jakaś rodzina patologiczna. Jeszcze miałyśmy nadzieję, że siostra żyje i chciałam tylko się trochę uspokoić wiadomością, że była widziana, że może jest na nagraniu z monitoringu... Ale policjanci mieli nas gdzieś, dopóki ciała nie znaleźli. Zresztą o tym też mnie nie powiadomiła policja, tylko całkiem obca osoba.

Ale oficjalnej skargi na policję nie napisałaś?
Napisałam list do prokuratury. Opisałam w nim wszystko, co się po kolei działo. Nie chodzi mi o to, żeby jacyś policjanci zostali ukarani, ale o to, żeby podobne sytuacje się nie powtarzały, żeby policjanci byli bardziej empatyczni, słuchali co się do nich mówi i żeby nie zbywali i nie zniechęcali ludzi, który chcą być wysłuchani, słowami „my wiemy lepiej”. Żeby rozumieli, że w takiej sytuacji, gdy zaginie ktoś bliski, jak siostra, nie można być spokojnym. Cały czas się o tym myśli.

Gdy tylko Kaja zginęła, cały czas się zastanawiałam, gdzie może być i co może robić. A jak tylko o czymś pomyślałam, to prosiłam policję, by to sprawdziła. Tak było z tym mieszkaniem jej chłopaka w Łodzi i windą, gdzie jest kamera. Prosiłam też o sprawdzenie monitoringu z dworca PKP i z ulic.

Policja potraktowała nas z góry, jak jakąś patologię
Krzysztof Szymczak

Szukałyście zaginionej Kai także na własną rękę?
Brałyśmy z siostrą pod uwagę najgorsze, że Kaja może nie żyć. Jednak chyba tak naprawdę nie dopuszczałyśmy do siebie takiej myśli. Dlatego rozwieszałyśmy plakaty ze zdjęciem Kai w Łodzi, umieszczałyśmy komunikaty na portalach społecznościowych.

Chodziło nam o to, żeby dotrzeć do jak największej liczby ludzi, bo może akurat ją ktoś gdzieś zobaczy.

Dlatego ucieszyłam się, kiedy zadzwonił znajomy, że widział Kaję w Niemczech, mimo, że w podejrzanej dzielnicy. Okazało się niestety, że to jednak nie była Kaja...

Podejrzewałyście, że Kaję mógł zabić jej chłopak?
Było dla nas bardzo niewiarygodne to co mówił, kiedy przyjechał z jej dzieckiem zaraz po jej zaginięciu. To, że przyjechał z dzieckiem, którego Kaja nie dawała nikomu pod opiekę było bardzo dziwne. Mówił nam, że Kaja nie przyjechała, bo wzięła tabletki na kręgosłup i śpi. I odbierał jej telefon zamiast niej. I znowu mówił, że Kaja śpi. Tyle, że kolejnego dnia przestał odbierać. Jej i jego telefony milczały. Ten człowiek zapadł się jakby pod ziemię. To było bardzo dziwne. A gdy dowiedziałyśmy się, że był w więzieniu w Anglii za gwałt, zaczęłyśmy z drugą siostrą podejrzewać, że mógł coś zrobić Kai. Podejrzewałyśmy, że to ten jej chłopak zabił Kaję lub zrobił jej krzywdę. I to przy małym dziecku! Wcześniej raczej tak nie myślałyśmy. Tyle, że my go tak naprawdę nie znałyśmy. Na pewno Kaja nie wiedziała, że Artur był karany. Nie wiem, jak się między nimi układało, bo Kaja się nie zwierzała. Spotykali się od kilku miesięcy, ale chyba było dobrze, skoro planowali wspólnie zamieszkać.

Jednak gdy media podały, że ten człowiek się przyznał, że zabił Kaję, to nie byłyśmy już tym bardzo zdziwione.

Co teraz o tym wszystkim myślisz?
Jestem w żałobie, chociaż czasami łapię się na tym, że nie mieści mi się w głowie, że Kaja nie żyje. Nie, ulgi nie czuję, ale żalu i smutku dużo. Jestem taka trochę odrętwiała w środku. To jaką karę poniesie Artur nie ma już dla mnie wielkiego znaczenia, bo i tak jej to przecież nie wróci życia. A ona tak lubiła życie... Ale na pewno musi ponieść karę za to co zrobił Kai i jej dziecku.

Kaja nie żyje ale jest jej 2,5-letni synek. Co się z nim stanie?
On jeszcze nie rozumie, co się dokładnie stało, ale bardzo tęskni za mamą i pyta, gdzie jest mama. Jest osowiały i więcej płacze, ale przecież on był cały czas z Kają, bo ona go nigdzie i z nikim nie zostawiała samego. Przecież on był przy tym, jak duszono jego mamę! Boję się, że to będzie jakiś uraz, który zostanie mu w psychice do końca życia. Na razie nie wiemy jeszcze, kto się nim finalnie zaopiekuje. Na pewno nie oddamy go do domu dziecka. Chcemy mu zapewnić jak najlepszą opiekę.

Jolanta Jeziorska

Dodaj pierwszy komentarz

Komentowanie artykułu dostępne jest tylko dla zalogowanych użytkowników, którzy mają do niego dostęp.
Zaloguj się

plus.dzienniklodzki.pl

Polska Press Sp. z o.o. informuje, że wszystkie treści ukazujące się w serwisie podlegają ochronie. Dowiedz się więcej.

Jesteś zainteresowany kupnem treści? Dowiedz się więcej.

© 2000 - 2019 Polska Press Sp. z o.o.