Piotr Stramowski dopiero teraz czuje, że naprawdę żyje

Czytaj dalej
Fot. brak
Paweł Gzyl

Piotr Stramowski dopiero teraz czuje, że naprawdę żyje

Paweł Gzyl

Początkowo grywał miłych i ułożonych lekarzy. Dopiero Patryk Vega zrobił z niego naczelnego „twardziela” polskiego kina. Z kolei Katarzyna Warnke, która została jego żoną, zadbała, aby było nich głośno w mediach. Dzięki temu jest jednym z „najgorętszych” nazwisk w polskim show-biznesie.

W ostatnich latach oglądamy go często na dużym i małym ekranie. Mało tego – śmiało wkroczył do świata celebrytów i wydaje się w nim czuć jak ryba w wodzie. To za sprawą swojej żony, którą jest jego koleżanka po fachu – Katarzyny Warnke. Oboje wyrośli na prawdziwe gwiazdy polskiego show-biznesu, które w świadomy i przemyślany sposób wykorzystują media, by budować swą rozpoznawalność.

- Chciałem być popularny. Kiedy widziałem znanych aktorów, myślałem: fajnie być rozpoznawalnym. Wiedziałem, że są plusy i minusy, i zgadzałem się na konsekwencje. Nie uciekam przed paparazzi. Jeśli potrzebuję być incognito, wyjeżdżam za granicę i jest fajnie. Osoba publiczna musi to potrafić unieść – mówi w magazynie „Elle Man”.

Urodził się w inteligenckiej rodzinie: jego tata był informatykiem, a mama – konserwatorką zabytków, zajmującą się pałacem w Wilanowie. Wychowywał się ze starszą o dziewięć lat siostrą, ale każde z nich chodziło własnymi ścieżkami. Jako mały chłopak lubił się objadać słodyczami. Nic więc dziwnego, że był grubasem, z czego wyśmiewali się koledzy z podwórka. On sobie nic z tego nie robił – i wyhodował tak duży brzuch, że potrafił w jego fałdach... schować pilot od telewizora.

- Uczyłem się tylko tego, co mnie interesowało, wtedy pochłaniałem wszystkie informacje, na przykład na temat starożytnych cywilizacji, które mnie fascynują do dzisiaj. W efekcie dostawałem i szóstki, i pały. Kiedy zbliżała się wywiadówka, nerwy mnie zjadały i chowałem się w pokoju – śmieje się w „Vivie”.

W liceum nie miał lekko: z polskiego groziła mu dwója. Dlatego odsuwał w sobie marzenie o aktorstwie, bo wydawało mu się, że nie ma szans na dostanie się do szkoły teatralnej. Nie myślał więc o przyszłości. Został skejtem: nosił szerokie spodnie opuszczone w kroku, jeździł na deskorolce, rysował graffiti na murach i słuchał hip-hopu. Jego przyjacielem był wtedy późniejszy kumpel po fachu – Sebastian Fabijański.

- W liceum najlepiej ze wszystkich kolegów parodiowałem wykładowców. Nagle poczułem jakąś dziwną pewność siebie. Pomyślałem, że skoro jestem taki świetny, wystarczy, że pójdę na egzaminy do szkoły teatralnej i na pewno się dostanę. Ale się nie dostałem (śmiech). Strasznie się wkurzyłem i całą energię skierowałem na to, żeby mi się udało – opowiada w „Gali”.

W następnym roku zdawał aż na cztery uczelnie i udało mu się dostać do tej w Krakowie. Najpierw rodzice wynajęli mu mieszkanie na Kazimierzu, ale potem przeniósł się do akademika, gdzie miał lepszy kontakt z kolegami. A trafił na wyjątkowo mocny rok. Studiował z nim Dawid Ogrodnik, Jakub Gierszał, Mateusz Kościukiewicz czy Marcin Kowalczyk. Wszyscy jeszcze w czasie nauki zaczęli grać w filmach. On postawił na bezpośredni kontakt z widzem.

- Wyjechałem do Bydgoszczy, grałem tam w teatrze, premiera za premierą. Czasem zagrałem w serialu, ale w filmie nie dostawałem żadnej roli. Pomyślałem: a jeśli jednak to się nie wydarzy? I wtedy poczułem lekką zazdrość. Koledzy mieli kolejne role, mogli już wybierać, a ja ciągle nie wszedłem na pierwszy poziom. Zacząłem trochę wątpić w swoje szczęście – tłumaczy w „Gali”.

Początkowo grywał role miłych facetów – w większości... lekarzy. Z czasem ten ugładzony wizerunek zaczął mu ciążyć. Dlatego wybrał się na casting do filmu „Służby specjalne” Patryka Vegi. Aktor spodobał się reżyserowi, ale nie zaangażował go, ponieważ wszystkie bardziej znaczące role miał już obsadzone. Obiecał jednak, że odezwie się do niego przy następnej produkcji. I tak się stało: zaangażował Piotra w nowym „Pitbullu”, aby wcielił się w postać Majamiego. Wtedy młody aktor przeszedł niezwykłą metamorfozę.

- Zacząłem się obracać w innym towarzystwie i zmieniłem wizerunek. Miałem irokeza, tatuaże, nosiłem obdarte ciuchy i dziurawe adidasy. Spotykałem się z policjantami, chodziłem nocą po mieście i pracowałem jako bramkarz w klubach. Był to dość prowokujący image. Odkryłem, że ludzie się mnie bali. Zdarzały się nawet momenty, że sam szukałem zaczepki. Chciałem puścić choć część hamulców, jakie mnie trzymały na co dzień – wspomina w „Twoim Stylu”.

W międzyczasie trafił na plan dramatu o rozpadającym się małżeństwie – „W spirali”. Jego partnerką została starsza o dziewięć lat Katarzyna Warnke. Oboje od razu wpadli sobie w oko podczas zdjęć próbnych. Fascynacja przybrała na sile, kiedy weszli na plan. Było to schizofreniczne doświadczenie: przed kamerami odgrywali oddalającą się od siebie parę, a kiedy gasły światła – zakochiwali się w sobie. Dopiero kiedy zakończyły się zdjęcia, mogli umówić się na prawdziwą randkę.

- Nie potrafię myśleć o Kasi jak o starszej kobiecie, po prostu tego nie widzę i nie jest to kwestia moich głębokich uczuć do niej, tylko jej wrażliwości, spontaniczności i świeżości. Obserwując niektóre moje koleżanki rówieśniczki, z czystym sumieniem mogę powiedzieć, że ich zachowanie dużo bardziej kojarzy mi się z zachowaniem „starszej pani”, a przecież one są dopiero przed trzydziestką! – podkreśla w „Vivie”.

Ślub z Kasią całkowicie odmienił życie Piotra. Para aktorów dostała się pod obstrzał mediów i doskonale radziła sobie z zainteresowaniem opinii publicznej. W prasie pojawiły się ich wspólne wywiady i sesje, w ramach których śmiało odsłaniali się przed czytelnikami. To sprawiło, że uznano ją za „najgorętszą” parę sezonu. Oboje wykorzystali to zamieszanie wokół siebie, aby pojawić się na ekranach w kolejnych filmach.

- Cieszę się, że mam przy sobie kogoś, z kim chcę spędzić resztę swojego życia. To mnie uspokaja. I może to dziwne, co powiem, ale dopiero teraz czuję, że naprawdę żyję, że nie ulegam iluzjom. Ta decyzja, bardzo odpowiedzialna, sprowadza mnie na ziemię i zbliża do jakiejś prawdy – podkreśla aktor w „Gali”.

We wrześniu zeszłego roku Kasia urodziła Piotrowi córkę. Od tamtego momentu para wycofała się z życia medialnego i nawet nie zdradziła imienia swej pociechy. - Bycie ojcem to niesamowita przygoda i wielkie wyzwanie – wyznaje Piotr.

Paweł Gzyl

Dodaj pierwszy komentarz

Komentowanie artykułu dostępne jest tylko dla zalogowanych użytkowników, którzy mają do niego dostęp.
Zaloguj się

plus.dzienniklodzki.pl

Polska Press Sp. z o.o. informuje, że wszystkie treści ukazujące się w serwisie podlegają ochronie. Dowiedz się więcej.

Jesteś zainteresowany kupnem treści? Dowiedz się więcej.

© 2000 - 2020 Polska Press Sp. z o.o.