Pielgrzymi, czyli w poszukiwaniu samego siebie

Czytaj dalej
Fot. Dariusz Bloch
Dorota Kowalska

Pielgrzymi, czyli w poszukiwaniu samego siebie

Dorota Kowalska

Każdy z nich niesie ze sobą coś innego: wdzięczność, prośbę, radość, niektórzy po protu - ciekawość. Od lat pielgrzymi różnych narodowości, różnych religii, przemierzają tysiące kilometrów, aby odwiedzić miejsca dla nich ważne.

Ciągną na Jasną Górę ze wszystkich stron: rozśpiewani, rozmodleni, radośni. Jedni, żeby dziękować Matce Boskiej za opiekę, zdrowie, za zdane egzaminy, pomoc w wyjściu z nałogu, inni żeby ją o prosić o siłę, nadzieję, o wiarę w to, że warto, jeszcze inni, żeby z nią po prostu porozmawiać. Pielgrzymi różnych religii, różnych narodowości przemierzają codziennie setki kilometrów. Wciąż w drodze. I tak od tysięcy lat.

Anna: 44 lata, niewysoka, szczuplutka, „mrówka”, jak sama o sobie mówi, w wielkiej międzynarodowej korporacji. Pierwszy raz na pielgrzymkę poszła jeszcze na studiach. Miała powód.

- Moja matka zachorowała na raka. To była dla całej mojej rodziny wielki cios. Jesteśmy z sobą niesłychanie zżyci, rodzinni. Matka walczyła z chorobą całe miesiące. Powiedziałam sobie wtedy, że jeśli wyzdrowieje, pójdę z pielgrzymką na Jasną Górę, podziękować Bogu - odpala papierosa. Wie, że trochę głupio to brzmi, bo powinna pojechać na Jasna Górę bez powodu, tak po prostu, żeby spotkać się z Bogiem, Matką Boską, nie stawiać żadnych warunków: „że pójdzie jeśli”, ale tak sobie wtedy powiedziała i już.

- Matka bardzo dzielnie walczyła: ciężko przechodziła chemię, wypadły jej włosy, wymiotowała. Tak, były momenty, kiedy nawet ja, wieczna optymistka, traciłam nadzieję - wspomina. - Wyszła z tego, wciąż jeździ do Gliwic na kontrolę, wciąż musi na siebie uważać, ale żyje - Anna uśmiecha się szeroko. Mieszkała już wtedy w Warszawie, tu kończyła studia.

Szła na swoja pierwszą pielgrzymkę z wielką radością. I ciekawością. Dzisiaj mówi, że to były jedne z najpiękniejszych dni w jej życiu.

- Ta atmosfera jest niesamowita, moment wejścia do Częstochowy, to coś nie do opisania: tłumy radosnych, rozśpiewanych ludzi, serdecznych. Ale nie tylko aspekt religijny był ważny. Podczas pielgrzymki zostawiłam za sobą wszystkie problemy, wszystkie strapienia. Miałam wreszcie czas, żeby pomyśleć, pogadać trochę sama ze sobą. Poczułam się wreszcie wolna - nie ukrywa. I dodaje, że nienawidzi patosu, wielkich słów, ale każdy człowiek musi mieć chwilę na refleksję, musi sobie wszystko w głowie poukładać i pielgrzymka to świetny czas, żeby to zrobić.

Od tego czasu wędruje na Jasną Górę właściwie co roku, dzisiaj z dziećmi i mężem. Ale była też w Rzymie, Licheniu, marzy o podróży do Betlejem. Dzisiaj nie stawia Bogu warunków. Chce dziękować za swoje życie: ma cudowną rodzinę, ciężką pracę, którą jednak lubi.

- Podczas pielgrzymek poznałam masę ludzi, z wieloma utrzymuję kontakt. Idą na Jasna Gorę, często chcą o coś prosić, za coś podziękować, ale bardzo wielu po prostu kocha ten klimat - tłumaczy.

Jedna z internautek po góralskiej pielgrzymce na Jasną Górę: „Pielgrzymka, kiedy szłam po raz pierwszy, była dla mnie symbolem wytrwałości. Chciałam pójść do Częstochowy, by udowodnić sobie i innym, że dojdę. Niestety już w drugim dniu pielgrzymki zrobiło mi się słabo, a nogi miałam całe w bąblach. Nie czułam się mocno fizycznie, z drugiej strony bardzo chciałam iść dalej. Zacisnęłam zęby i poszłam. Na każdej pielgrzymce czuję się cudownie. Panuje tam całkiem inna atmosfera niż w środowisku, w jakim żyję na co dzień. Każdego dnia patrzę na młodzież, która stacza się powoli gdzieś, gdzie panują nałogi takie jak: pijaństwo, papierosy, narkotyki. Koledzy z klasy drwią sobie z księdza, wyśmiewają przykazania, cynicznie podchodzą do spraw wiary. Na pielgrzymce jest całkiem inaczej. Pielgrzymi, to ludzie otwarci na Boga. Idąc, choć męczą się, uwielbiają Boga. To zrozumiałam, że dla Boga można i tańczyć i śpiewać i klaskać w dłonie. Dla Niego można się bawić. Właśnie ta spontaniczna radość - tak myślę - przyciąga przede wszystkim młodzież, która tak naprawdę nie czuje się dobrze w tradycyjnym sposobie modlitwy... Czas pielgrzymki jest dla mnie czasem odnowy. W tym roku pójdę po raz czwarty... Nie wiem, czy dobrze się wyrażę, ale to jest jak „narkotyk”. Poprzez pielgrzymkę można uwierzyć w swoje możliwości. Ale ważne też jest by Brat i Siostra byli obok. Najważniejsza jest właśnie wspólnota.”

Pielgrzymowanie jest niemal tak stare jak historia ludzkości. Pielgrzymują nie tylko chrześcijanie, ale wyznawcy wielu innych religiach. Na przestrzeni dziejów to wspólne wędrowanie przybierało najróżniejsze formy, często stawało się spontanicznym ruchem, wymykającym się spod kontroli oficjalnej religii.

„Za pierwszą pielgrzymkę w ścisłym znaczeniu, która do dziś stanowi prawzór pątnictwa, uznaje się wędrówkę Abrahama, protoplasty Narodu Wybranego i „ojca wszystkich wierzących” z Ur chaldejskiego do ziemi wskazanej mu przez Boga. Kolejną było wyjście Izraelitów z Egiptu do Ziemi Obiecanej i ich czterdziestoletnia wędrówka przez pustynię.” - pisze w „Historii pielgrzymowania” ks. Maciej Ostrowski. Jak zauważa ks. Ostrowski patriarchowie, a następnie Izraelici pielgrzymowali do świętych miejsc, między innymi do Sychem, Betel, Beer, Szeby, Szilo. Szczególne miejsce zajęły pielgrzymki do świętego miasta Jerozolimy, zwłaszcza od momentu wprowadzenia doń przez Dawida arki Pana i zbudowania świątyni Salomona. Dorośli Izraelici płci męskiej pielgrzymowali właściwie obowiązkowo. Każdy z mężczyzn powinien był trzykrotnie w ciągu roku „zjawić się przed obliczem Boga” w święto Pachy, Tygodni (Pięćdziesiątnicy) i Namiotów.

Po niedzielnej mszy świętej w Fatimie ludzie na pobliskich trawnikach rozkładają piknikowe kosze i zaczynają biesiadować

Sam Jezus włączył się w tradycję swojego narodu. Jak było w zwyczaju każdej pobożnej żydowskiej rodziny wraz ze swymi ziemskimi rodzicami, mając dwanaście lat, udał się do Jerozolimy na doroczne obchody Paschy.

Dzisiaj miejsc, do których zmierzają pielgrzymi, jest przynajmniej kilkanaście: Fatima, Jerozolima, Lourdes, Loreto, Betlejem, Medjugorie, Watykan, Asyż, Góra Synaj, Jezioro Galilejskie, w Polsce - Jasna Góra.

Jan Filip Libicki, senator Platformy Obywatelskiej w 2015 roku zorganizował sobie i ojcu pielgrzymkę do Ziemi Świętej.

- Przeczytałem książkę „Jezus” James’a Martina. To relacja z pielgrzymki do Ziemi Świętej właśnie, ale też sporo refleksji, teologicznych przemyśleń - opowiada senator. - Ofiarowałem tę książkę swojemu ojcu na Boże Narodzenie. Przeczytał i stwierdził, że pojechałby do Ziemi Świętej. Rok później byliśmy w niej - dodaje Jan Filip Libicki.

Dlaczego właśnie Ziemia Święta?

- Cóż, uważam, ze każdy katolik powinien znać, zobaczyć te miejsca, które są tak ważne dla jego wiary - odpowiada.

Krystyna Kawelska, 68 lata, dzisiaj już na emeryturze od lat marzyła, żeby takie miejsca zobaczyć. Cztery lata temu postanowiła pielgrzymować do Lourdes, Fatimy, do La Salette.

- Ze względu na wiek wybrałam dwutygodniową wycieczkę autokarową organizowaną w naszej parafii - opowiada Kawelska. Wyjeżdżali z Sosnowca, w autokarze nie było ani jednego wolnego miejsca. W drodze śpiewali pieśni kościelne, modlili się, ale też dowcipkowali, rozmawiali. Po kilku godzinach atmosfera była niemal rodzinna. Ksiądz, który pielgrzymkę prowadził okazał się prawdziwym wodzirejem, dusza towarzystwa, a przy tym pomocny i merytorycznie przygotowany.

- Fatima zrobiła na mnie ogromne wrażenie. Do krzyża przy głównym ołtarzu wszyscy idą na klęczkach, to czas, aby z Bogiem rozmawiać. Dziękować mu za łaski, które na nas spadły lub opowiedzieć o swoich prośbach, troskach. Zresztą w każdym z tych miejsc są drewniane skrzynki, do których można wrzucać karteczki ze swoimi prośbami, podziękowaniami - Kawelska pokazuje pamiątki, jakie przywiozła z tej pielgrzymki. Krzyżyki, różance, obrazki.

- A to - wyciąga niewielką butelkę - woda z Lourdes. W skale, przy której ukazała się Matka Boska są krany, można z nich nalać wody do butelek. Ma uzdrawiającą moc - patrzy mi prosto w oczy.

Mówi, że sama obecność w tych wszystkich miejscach umacnia, daje siłę. Zobaczyła ludzi w różnym wieku, różnych narodowości, różnego kolor skóry - wszystkich na kolanach, skupionych, ale radosnych, jakoś tak naładowanych dobrą energią.

- Te miejsca tak na ludzi działają - zamyśla się. Matka Boska jest jej szczególnie bliska, zresztą, nie jej jedynej, może stąd takie tłumy w miejscach jej kultu: w Fatmie, Lourdes, La Salette.

W La Salette Matka Boża miała się ukazać jeden jedyny raz 19 września 1846 roku dwojgu pastuszkom: 15-letniej Melanii Calvat i 11-letniemu Maksyminowi Giraud. Dzieci zobaczyły kobietę niezwykłej piękności siedzącą wewnątrz jasnej kuli. Miała zakrytą dłońmi twarz, łokcie oparła na kolanach i płakała. Na jej piersiach widniał krzyż z Jezusem Chrystusem z zawieszonymi na nim narzędziami męki: młotkiem i obcęgami. Z krzyża promieniowała niezwykła jasność otaczająca Maryję, „Piękną Panią” - jak nazywały ją dzieci. Na miejscu objawienia wytrysnęło źródło, które płynie od dnia objawienia bez przerwy, aż do dnia dzisiejszego.

W Lourdes Matkę Boską miała zobaczyć 11 lutego 1858 r. przy jaskini Massabielle 14-letniej Bernadecie Soubirous. Kobieta przedstawiła się jej w miejscowym dialekcie: „Que soy era Immaculada councepciou”, czyli „Jestem Niepokalane Poczęcie”. W 1874 w tym miejscu objawienia ustawiono statuę Matki Bożej z Lourdes, potem wybudowano neogotycką bazylikę. Sama Bernadette Soubirous wstąpiła w 1866 roku do klasztoru Nevers, a w 1933 r. została kanonizowana.

W 1917 roku - gdy toczyła się pierwsza wojna światowa, kiedy w Portugalii sprawował rządy antykościelny reżim, a w Rosji zaczynała szaleć rewolucja - na obrzeżach miasteczka Fatima, Matka Boża ukazywała się trojgu wiejskim dzieciom nie umiejącym jeszcze czytać. Byli to Łucja dos Santos, Hiacynta Marto i Franciszek Marto. Łucja była cioteczną siostrą rodzeństwa Marto. Cała trójka pochodziła z podfatimskiej wioski Aljustrel, której mieszkańcy trudnili się hodowlą owiec i uprawą winorośli. Matka Boża podczas objawień przekazała dzieciom trzy tajemnice, zwane tajemnicami fatimskimi.

- Niezwykłe miejsca. W Fatimie można zwiedzić dom, w którym urodziły się dzieci. Zobaczyć pokój, w którym się wychowywały. Jest taki, jak sto lat temu: drewniane łóżko, taboret, metalowa miska i konewka - opisuje Kawelska.

Betonowy plac przed świątynią w Fatimie jest dwa razy większy od placu św. Piotra w Rzymie. Na niedzielną mszę w Sanktuarium, a na ogromnym placu mieści się nawet 500 tys. ludzi, wielu wiernych przychodzi w strojach z epoki objawień, po nabożeństwie ludzie rozsiadają się na trawie wokół Sanktuarium, wyciągają kosze piknikowe - tak wygląda w Fatimie niedzielny obiad.

- Ale Częstochowa także robi ogromne wrażenie. Zwłaszcza 15 sierpnia, w uroczystości Wniebowzięcia Najświętszej Marii Panny na Jasną Górę ciągną tłumy. Idą na wzgórze po kilka dni, na twarzach tych ludzi widać zmęczenia, ale jeszcze bardziej radość - mówi, bo sama też 15 sierpnia stara się pokłonić na Jasnej Górze Maryi.

Wioletta Małecka, po trzydziestce, księgowa, pierwszy raz poszła na pielgrzymkę z babcią, miała wtedy niespełna 12 lat.

- To było dla mnie, jako dziecka niesamowite przeżycie. Ruszyliśmy z Targoszyc, to mała wioska w gminie Mierzęcice. Szliśmy na Jasną Górę jakieś 4 dni - wspomina.

W La Salette Matka Boża miała się ukazać jeden jedyny raz 19 września 1846 roku dwojgu pastuszkom

Przechodzili dziennie po 20 kilometrów, ale żadne z dzieciaków nie narzekało. To przecież była wielka, wakacyjna przygoda.

- Pamiętam, że szliśmy bocznymi drogami. Ludzie nas witali, machali do nas. Kiedy odpoczywaliśmy, przynosili nam wodę i jedzenie. Spaliśmy w różnych wioskach, u obcych osób, ale byliśmy serdecznie przyjmowani - opowiada Małecka. - Była w tym wszystkim jakaś magia, jakaś niesamowita radość. Dzisiaj jako dorosła osoba myślę sobie, że wszyscy czuliśmy się ze sobą związani, byliśmy razem. To poczucie wspólnoty jest niezwykle budujące - uśmiecha się.

„Całe wakacje są dla mnie właściwie oczekiwaniem na tę niepowtarzalną chwilę spędzoną z Maryją... Wszystkim znajomym rozpowiadam, iż kto decyduje się na ten pierwszy raz, już przez kolejne lata nie rezygnuje. Tak też było w moim przypadku. Na pielgrzymce poznałem wspaniałych ludzi, zupełnie bezinteresownie dzielących się swoją dobrocią. Wszyscy są dla siebie prawdziwymi braćmi i siostrami, nie tak jak to jest w naszej rzeczywistości. Pielgrzymka na Jasną Górę wytwarza wśród grupy niepowtarzalną atmosferę, którą pamięta się zawsze i dlatego na pielgrzymkę wybieram się w tym roku po raz czwarty.” - pisze jedna z uczestniczek góralskiej, pieszej pielgrzymki na Jasną Górę.

Czasami to wspólne wędrowanie bywa momentem zwrotnymi w życiu pielgrzymów, coś się w nich przełamuje, coś nowego rodzi. Jak mówią księża, pielgrzymka zmienia ludzi, zmienia ich patrzenie na bliźnich, na świat. Tyle tylko, że po powrocie do domów, do swoich codziennych problemów, obowiązków łatwo zapomnieć o swoich przeżyciach. Tę opowieść jednego z uczestników góralskiej pieszej wycieczki na Jasną Górę warto przytoczyć na koniec: „Pamiętam, jak to było na początku po skończonej szkole średniej i zdaniu egzaminów na studia, przyszedł okres wakacji. „Ty! Nie przeszlibyśmy się na pielgrzymkę do Częstochowy?” - zapytał jeden z kolegów. „Coś ty zwariował, chcesz się cały dzień modlić?” - odpowiedzieliśmy z drugim kolegą, który akurat był też u mnie. „Może nie będzie tak źle” - odparł. I tak uzgodniliśmy, że pójdziemy. Wyruszyliśmy wraz z całą grupą Rabczańską na V Pielgrzymkę Góralską do Częstochowy. Pamiętam, że już do Jordanowa śpiewaliśmy pierwszą nauczoną pieśń pielgrzymkową, a głosy mieliśmy mocne, tak, że wzbudzaliśmy ogólne zainteresowanie. Bardzo podobał się nam ksiądz przewodnik oraz jego kolega, z którym nieustannie wiódł dyskusje filozoficzne. Przyzwyczailiśmy się do układu dnia w pielgrzymce. Poznaliśmy wielu braci i sióstr oraz porządkowych, którzy nieustannie musieli nas upominać. Wykładanie prawd wiary, różaniec w drodze, godzinki śpiewane na rozpoczęcie każdego dnia, pieśni pielgrzymkowe. Jakże to wszystko różniło się od nudnych lekcji religii w szkole i schematycznego odprawiania Mszy św. w kościele. Wróciliśmy do domów bardzo zmęczeni, a jednak radośni, bo zrozumieliśmy, że uczestniczyliśmy w czymś wspaniałym. Poznany ksiądz przewodnik, bracia i siostry z grupy zawiązali wspaniałą pielgrzymkową wspólnotę. Nasze ówczesne spotkania jakże niemile widziane przez milicję i SB odkrywały prawdę o Katyniu, systemie komunistycznym, przodującej roli PZPR. Stan wojenny nie kojarzył mi się już z wolnym w szkole i utrudnieniami w podróżowaniu. Zrozumiałem, że to był zamach na zaczątki demokracji w naszym kraju. Jak żałowałem, że gdy w naszej szkole nakazano zdjąć krzyże, przestać się modlić, nie włączyłem się do grupy uczniów, którzy stanowczo się temu przeciwstawili... Postanowiłem, że muszę się zmienić. Swoim życiem i przykładem muszę dawać świadectwo wiary. Włączyłem się do przygotowań do następnych pielgrzymek do Częstochowy. Już nie dla rozrywki, w pełni świadomy - po co idziemy... Wyruszaliśmy na kolejne pielgrzymki do Częstochowy. Wszystkie były wspaniałe, jedna różniła się od drugiej, każda była inna. Dlaczego w nich dalej uczestniczyłem? Żyłem w ubogiej rodzinie. Ojciec nałogowy alkoholik, mama ciężko pracująca na utrzymanie pięciorga rodzeństwa. Intencje składane w czasie różańca św. sprawiły, że życie naszej rodziny się poprawiło. Rodzeństwo: dwóch braci i siostra pozakładali własne, wspaniałe rodziny, mają własne domy, które wspólnie budowaliśmy. Ojciec, tata alkoholik, który potrafił miesiąc pić wódkę, sprzedać wszystko co znajdowało się w domu, pić w takie dni jak Wigilia, czy Boże Ciało zrozumiał, że mimo wszystko my go kochaliśmy. Postanowił się poprawić. Jakże ciężko było zwracać się do niego «tato», jakże ciężko było powstrzymać się od podniesienia ręki, gdyby nie wspaniały wpływ ducha pielgrzymki, pewnie bym nie potrafił. Żyjemy szczęśliwi, nie trapimy się co będzie jutro, omijają nas choroby i wypadki. Czy trzeba czegoś więcej? W pracy swoim przykładem starałem się „dawać świadectwo wiary”. Nie kradłem, sumiennie wykonywałem przydzielony mi obowiązek. Po reaktywowaniu w r. 1989 „Solidarności” włączyłem się do odbudowy tego wspaniałego związku. Zawsze uczestniczyłem oraz występowałem w obronie praw pracowników... Moje zalety szybko zostały dostrzeżone przez zwierzchników. Kolejne awanse sprawiły, że z młodego technika elektryka, który właściwie nie wiedział co z sobą zrobić po szkole średniej w bardzo młodym wieku, zajmuję kierownicze stanowisko. Nigdy nie zapominam, dlaczego właśnie mnie się udało, co sprawiło, że to ja a nie kto inny. (...) Życie znalazło sens, którego tak bardzo potrzebowałem.”

Dorota Kowalska

Dodaj pierwszy komentarz

Komentowanie artykułu dostępne jest tylko dla zalogowanych użytkowników, którzy mają do niego dostęp.
Zaloguj się

plus.dzienniklodzki.pl

Polska Press Sp. z o.o. informuje, że wszystkie treści ukazujące się w serwisie podlegają ochronie. Dowiedz się więcej.

Jesteś zainteresowany kupnem treści? Dowiedz się więcej.

© 2000 - 2019 Polska Press Sp. z o.o.