Ekstra
Magazyn
Ekstra Magazyn

Najlepsze teksty z całej Polski, w każdy piątek dla wszystkich prenumeratorów Cyfrowych. Poznaj Ekstra Magazyn

„Ostatnia rodzina”? To wcale nie jest prawdziwa historia Beksińskich

Czytaj dalej
Fot. Kadr z filmu "Ostatnia rodzina"
Urszula Wolak

„Ostatnia rodzina”? To wcale nie jest prawdziwa historia Beksińskich

Urszula Wolak

Nie domagam się, by moich bliskich przedstawiać w filmie kryształowo. Bo przecież w każdym człowieku jest i niebo, i piekło. Boli mnie tylko brak ukazania prawdziwej więzi, jaka łączyła ojca z synem i męża z żoną - Kamil Kuc, siostrzeniec Zofii Beksińskiej, polemizuje z głośnym filmem o Beksińskich

Wigilia, lata 70. Przy stole Zofia, Zdzisław i Tomek Beksińscy oraz dwie babcie. Kobiety modlą się przed zjedzeniem kolacji. Mężczyźni, nie zważając na podniosłą chwilę, w podnieceniu rozpakowują prezenty. Tak wygląda jedna ze scen w „Ostatniej rodzinie” Jana P. Matuszyńskiego. Fikcja czy rzeczywistość?
Czy Wigilia u Beksińskich mogła tak wyglądać? Na pewno nie w czasie, gdy żyły obie babcie. Demonstracyjne odrzucenie przez Tomka i Zdzisława tradycji dzielenia się opłatkiem w filmie zostało wyssane z palca. Beksińscy nieraz spędzali Wigilię w naszym domu i podobna sytuacja nigdy się nie zdarzyła. Po śmierci Zofii z kolei Zdzisław był u nas w domu stałym świątecznym gościem i zawsze dzieliliśmy się opłatkiem.

W „Ostatniej rodzinie” poznajemy Beksińskich w momencie ich największej prosperity. Obrazy sprzedają się za granicą. Ale nie zawsze wiodło im się tak dobrze, jak po przeprowadzce do Warszawy.
Tak. W czasach sanockich nie mógł sobie na przykład pozwolić na zgromadzenie tak obszernej płytoteki, jak w Warszawie, ale i temu był w stanie zaradzić. Nie był w stanie funkcjonować bez muzyki. Skonstruował wtedy z kilku magnetofonów typu Melodia coś w rodzaju kamery pogłosowej. Przy udziale takiego sprzętu nagrywał do mikrofonu jedno zdanie, bądź fragment melodii, a zadaniem aparatury było powtarzanie przez dobre pół godziny zarejestrowanej frazy. Tak powstawały „utwory” pełne wrzasków, pisków i innych zniekształconych dźwięków.

Męczarnia!
Skąd! Dla Zdzisława była to namiastka muzyki, która musiała otaczać go w Sanoku, aby mógł malować.

Twierdził, że sztukę powinno się odbierać bebechami. Co miał na myśli?

Jeżeli słuchamy muzyki, czytamy poezję i przyprawia nas to o gęsią skórkę, to znaczy, że sztuka zrobiła na nas wrażenie, że nie jest nam obojętna. Tego rodzaju emocjonalne przeżywanie, poruszenie było dla Zdzisława najważniejsze. Czyniło z obrazu dzieło sztuki.

Liczył Pan na podobny odbiór „Ostatniej rodziny” Jana P. Matuszyńskiego?
Poszedłem na ten film przede wszystkim z ciekawości. Początkowo miałem na niego w ogóle nie iść…

Czego był Pan ciekaw?
Wiesław Weiss (dziennikarz muzyczny, przyp. red.) powiedział mi, że Tomek został przedstawiony w bardzo złym świetle.

Jak Pańskim zdaniem został pokazany?
Szczerze? Jako konwulsyjny idiota z problemami z erekcją. Tyle.

Nie może Pan jednak odmówić twórcom, że nie przedstawili Zofii i Zdzisława jako zatroskanych o życie i zdrowie Tomka. Weźmy choćby scenę rozmowy, w której Tomek zwierza się im ze swoich problemów.
Ale to scena pozbawiona całego kontekstu. Owszem - taka rozmowa rzeczywiście się odbyła. Dokładnie wtedy, gdy Tomka spotkał wielki zawód w radiu, w którym wyemitowano jego pierwszą audycję. Wyszła świetnie, ale z niewyjaśnionych przyczyn, odrzucono ją. To był wielki cios. Wrócił wtedy do domu rozgoryczony i to był właśnie początek przedstawionej w filmie rozmowy. Wyznał, że chce rzucić studia i stąd to wielkie przejęcie Zofii i Zdzisława, który stwierdzi, że nie ma dla niego znaczenia, czy będzie kontynuował naukę czy nie: „Doskonale wiesz, że potrafisz uczyć się sam” - mówi do Tomka. Czy wie pani, dlaczego Zdzisław tak powiedział?

Losy syna były mu trochę obojętne.
To film sugeruje podobne interpretacje. W rzeczywistości było inaczej. Powiedział tak do Tomka, nauczony własnym doświadczeniem z ojcem, który wyrażone przez Zdzisława pragnienie studiowania w szkole filmowej, skwitował tak: „Chcesz tam studiować? To sobie zarób!”. Gdybyśmy wiedzieli o tym, że Zdzisław musiał w przeszłości podporządkować się woli ojca, wiedzielibyśmy, że w rozmowie z Tomkiem nie chce powtórzyć tego samego błędu i nie chce unieszczęśliwić syna.

Czy Tomek cierpiał na chorobę psychiczną?
Nie. Był nadwrażliwy. W filmie jest scena, w której trafia do zakładu dla psychicznie chorych po jednej z nieudanych prób samobójczych. Widzimy Zofię, która idzie do lekarza z reklamówką z Baltony, by podziękować lekarzowi za opiekę nad synem. Nic takiego nie miało miejsca. Wiele na ten temat miałby do powiedzenia mąż mojej siostry, Ryszard, który jest psychiatrą. Będąc w owym czasie ordynatorem w szpitalu, pomógł Tomkowi, któremu groziło więzienie za spowodowanie wybuchu gazu w mieszkaniu.

Mogła zdarzyć się katastrofa budowlana.
Tomek tego nie chciał. Miał zamiar zatruć się gazem. Doszło jednak do spięcia w przewodach elektrycznych i nastąpił wybuch.

W jaki sposób rodzina mu pomogła?
Ryszard specjalnie dla niego stworzył wtedy kartę choroby sięgającą nawet parę lat wstecz.

Żeby mieć podkładkę?
Tak. Musieliśmy udowodnić, że Tomek przeżył załamanie psychicznie. Tylko w ten sposób można go było uratować od więzienia. Był niebywale wrażliwy, a jego samobójcze skłonności mogły zostać podyktowane brakiem wytyczonej drogi, która wskazywałaby mu sens istnienia. Bez tego nie wiedział, po co żyje na tym świecie. Drażniły go najdrobniejsze nawet rzeczy. Pamiętam, gdy wpadł wściekły do mieszkania z powodu awarii telefonu, który był narzędziem jego pracy. Opowiadał, że zgłosił usterkę, przyszedł mechanik, naprawił sprzęt, ale okazało się, że telefon działał tylko przez pół godziny. Dla niego była to katastrofa. Krzyczał: „Tu się nie da żyć! Tu się nie da mieszkać! Mam to wszystko gdzieś i w ogóle... to skończę ze sobą!”.

Jak reagował Zdzisław?
Wielokrotnie w takich sytuacjach powtarzał mu: „Tomek, to są tylko duperele. To są drobiazgi. Czy w oczekiwaniu na dopełnienie bezmiaru bezsensu istnienia, nie lepiej usiąść wygodnie w fotelu niż na kaktusie?”.

Film sugeruje, że Zdzisław akceptował dążenia syna do popełnienia samobójstwa.
To prawda. Miał świadomość, że Tomek dokonał wyboru i że konsekwencje tego są nieuniknione. Skoro postanowił popełnić samobójstwo, to nikt mu w tym nie przeszkodził.

Nie podjął nawet walki o syna.
Uważał, że przedłużyłaby ona wyłącznie frustrację Tomka, jak i jego cierpienie.

Popełnił grzech zaniechania?
Nie wiem.

Mógł zapomnieć kluczy do mieszkania Tomka, zaalarmowany przez jego przyjaciółkę, że mogło wydarzyć się coś złego?
Tak. I nie wierzę, że zrobił to specjalnie. Kochał Tomka.

Nie okazywał tego jednak. Nie przytulał syna, a z odrazą go odrzucał.
To była jedna z fobii Zdzisława. Kiedyś opowiadał o swoim największym koszmarze. Śniło mu się, że szedł ulicami Sanoka, gdzie spotkał dawnego kolegę z podstawówki. Ten rzucił mu się na szyję i zaczął go obściskiwać, mówiąc na przywitanie: „Oj, Zdzisław tyle lat się nie widzieliśmy!”. Obudził się zlany potem, przerażony i bliski torsji.

Brzydził się dotyku?
Tak. Pewnie stąd wzięła się filmowa scena, w której Zdzisław z obrzydzeniem odpycha Tomka po śmierci matki. Myślę, że jedyną osobą, której nie brzydził się dotknąć była Zofia. Nawet, gdy podawał komuś rękę, robił to bardzo szybko, tak jakby chciał uciec. A gdy mój pies biegał wokół niego, siedział zawsze skulony i przerażony, byle go tylko zwierzę nie polizało.

Czego najbardziej brakuje w filmie w kontekście wątków Tomka?
Boli mnie brak ukazania prawdziwej silnej więzi, jaka łączyła ojca z synem. Z „Ostatniej rodziny” możemy dowiedzieć się natomiast, że Zdzisław kochał Tomka, ale kompletnie go nie rozumiał. W rzeczywistości łączyło ich głębokie porozumienie zwłaszcza na płaszczyźnie muzyki. Spotykali się minimum raz w tygodniu i czytali od deski do deski tygodnik „Melody Maker”. W nim znajdowały się bowiem recenzje płyt, które dopiero miały się ukazać na rynku. Przez kilka godzin siedzieli nad tłumaczeniami i dyskutowali o tym, co warto sprowadzić, a czego nie.

W filmie nie czuć prawdziwej więzi między bohaterami?
Ciocia była niezwykle ciepłą osobą. Co więcej - była prawdziwą i jedyną muzą wujka. A czego dowiadujemy się z filmu?

Pamiętam scenę w sypialni, w której Zdzisław tłumaczy Zofii, że są sobie obcy.
Taka rozmowa w tej rodzinie nigdy się nie odbyła.

Więcej jest takich scen w filmie?
Przywołam jeszcze tę, w której śmiertelnie chora Zofia, jak automat, tłumaczy Zdzisławowi obsługę pralki, by wiedział, jak o siebie zadbać po jej śmierci.

Dla mnie to poruszający moment, ukazujący ją jako opiekunkę, nie tracącą zdrowego rozsądku nawet w obliczu nadchodzącej śmierci.
Ale nie nad pralką! Nie tego rodzaju relacja łączyła Zofię i Zdzisława. Ta para wytwarzał między sobą biopole. Czuło się, przebywając w ich towarzystwie, że są w sobie zakochani, że jedno dla drugiego jest najważniejsze. Takiego małżeństwa nigdy już później nie spotkałem. To silne uczucie między nimi objawiało się w najmniejszych nawet elementach: w spojrzeniu, tonie głosu, sposobie odnoszenia się do siebie.

Jak więc Pan ukazałby to uczucie?
Szczególnie mocno zapisało mi się w pamięci jedno zdarzenie. Jesteśmy na działce u mojego ojca. Siedzimy na ławce. Zofia ma już świadomość, że nosi w sobie bombę zegarową. Ze spokojem opowiada o swoim odejściu, a nam łzy lecą, jak grochy. Mówi tak: „To może stać się w każdej chwili. Mam jednak wszystko przygotowane. Na półce leżą uprasowane ubrania, w których mają włożyć mnie do trumny. Uszyłam też sobie jasiek pod głowę, by mi było wygodnie. Patrzę tak na ten swój ekwipunek codziennie i myślę sobie, że przecież kiedyś odejdzie też Zdzisław i Tomek. Ale mnie już wtedy nie będzie. No i kto im takie jasieczki uszyje?”. Co zrobiła? Oczywiście uszyła podobne poduszki mężowi i synowi, i położyła na drugiej półeczce. By mieli. Na zapas.

W „Ostatniej rodzinie” Zofia rzuca w Zdzisława książką napisaną przez Piotra Dmochowskiego, nie mogąc pogodzić się z negatywnym obrazem rodziny, który został w niej przedstawiony.
W rzeczywistości, po publikacji tej książki, płakała przez tydzień. Ale to była Zofia, a nie wytwór wyobraźni reżysera.

Beksiński kreowany przez Andrzeja Seweryna też jest tego rodzaju wytworem?
Andrzej Seweryn zagrał świetnie, bo to znakomity aktor, ale uczynił to, co kazał mu reżyser. Nie jest Zdzisławem. Żałuję, że nie mógł go poznać, gdy jeszcze żył. Jestem przekonany, że jego postać na ekranie przybrałaby wówczas zupełnie inny kształt. W mowie Zdzisława i Zofii nigdy nie było słychać kresowych, przemyskich zaśpiewów, jak zostało to przedstawione w filmie na przykładzie choćby takich prostych zwrotów, jak: „Gdzie ty Zdzisek poszedł!?”, budzących śmiech widzów na sali. Nie! Beksińscy byli reprezentantami intelektualnej elity, wykształconej i posługiwali się poprawną polszczyzną.

Gdy śmiano się na sali z tych wschodnio-kresowych zaśpiewów, co Pan czuł?
Frustrację, bo wiem, że wybór rodziny Beksińskich na bohaterów filmu nie był przypadkowy. To w końcu Zdzisław Beksiński - jedyny Europejczyk - który ma swoją stałą ekspozycję w Światowym Centrum Sztuki w Osace, nazwisko światowego formatu. O takim bohaterze marzy każdy młody, debiutujący w dodatku reżyser. Nieważne czy będą mówić źle, czy dobrze. Ważne, by mówili często i głośno o jego pierwszym filmie.

O filmie Matuszyńskiego nikt jednak nie mówi źle. Docenia się warsztat, dramaturgię. „Ostatnia rodzina” zgarnia najważniejsze nagrody w Polsce i za granicą.
I może dlatego zaślepieni tą powszechną euforią, nie potrafimy dostrzec, że reżyser nie przyłożył się do swojej pracy. Stworzył film biograficzny tak daleki jednak od prawdy o rzeczywistym życiu Beksińskich.

Nie kręcił filmu dokumentalnego, który powinien być wierny rzeczywistości.
To prawda. Ale skoro chciał przedstawić własną wizję świata w fabule, powinien opowiedzieć o Kowalskich, a nie o Beksińskich.

Broni Pan rodziny - to zrozumiałe. Chciałby Pan oglądać kryształowych Beksińskich?
Skąd! Mój mistrz i reżyser, z którym zrobiłem wszystkie jego ostatnie filmy - Jan Łomnicki, powtarzał, że nie ma ludzi kryształowych i nie ma ludzi złych. W każdym człowieku jest i niebo i piekło. Bohater, gdy buduje się postać fikcyjną, musi mieć w sobie i jedno i drugie, by w oczach widza stać się postacią wiarygodną i pełnokrwistą. W innym wypadku postać jest nieprawdziwa.

Taki jest Pańskim zdaniem Beksiński w „Ostatniej rodzinie”?
Tak. W rzeczywistości był to człowiek, który malował kilkanaście godzin dziennie i wtedy cały świat dla niego nie istniał. W filmie poświęcono pracy twórczej Beksińskiego ledwie kilka sekund. Z „Ostatniej rodziny” wyłania się Zdzisław - kabotyn biegający po domu z wizjerem kamery przyklejonym do oka, filmujący wszystko, co mu się tylko pod obiektyw nawinie.

Tak przecież robił.
Tak, w czasie który kradł własnej sztuce, ale czy wiemy z filmu dlaczego? Skąd ta fascynacja? Twórcy nie sięgają głębiej. Zatrzymują się na powierzchni, a kino było jednym z najważniejszych elementów biografii Zdzisława Beksińskiego.

Jest scena, w której Beksiński kieruje na siebie oko kamery i mówi, że jest niedopieszczony…
Tak. Ten fragment pochodzi z zachowanych wideo Zdzisława, tylko „Ostatnia rodzina” nie wyjaśnia znowu skąd ta konstatacja wynika. Beksiński od początku chciał być filmowcem - operatorem. Dostał się jednak na architekturę i jak mu ojciec powiedział, by ją skończył, tak zrobił. Był posłusznym synem. Ale nie był szczęśliwy. Nie kochał architektury. Nigdy nie uwolnił się od fascynacji filmem. Nie stać go było na kamerę, to w zastępstwie kupił aparat i swoje pierwsze artystyczne sukcesy odnosił jako twórca fotografii.

Po studiach na architekturze nie mógł wybrać „filmówki”?
Nie, ponieważ był obowiązek pracy. I poszedł na budowę, ale, jak opowiadał później, musiał bardzo szybko zrezygnować z posady, gdyż nie był w stanie pić tyle wódki, ile wymagała tego ta robota. Później założył rodzinę. Pojawiło się dziecko. I kino pozostało jego wielkim niespełnionym marzeniem.

Kogo Panu najbardziej szkoda w filmie?
Tomka. Był przeraźliwie samotnym człowiekiem. Jego największe nieszczęście polegało na tym, że kochał ludzi, ale nie potrafił ułożyć sobie życia wśród nich i stworzyć własnej rodziny. Miał rzeczywiście trudny charakter, ale jak ktoś wychował się w domu, w którym matka oddała całą miłość ojcu i on to obserwował, to podobnej kobiety później szukał.

Czy to nie uproszczenie?
W jakimś sensie tak, ale tak samo jak powiedzenie, że Zdzisław był tylko biorcą i egoistą. Któryś z artystów powiedział, że trzeba być egoistą, by tworzyć wielką sztukę. To też uproszczenie. Zofia i Zdzisław byli jednak zakładnikami sztuki. I to sztuka jest egoistyczna, i pochłania całkowicie zarówno osobę, która ją tworzy, jak i całe jej otoczenie. Zofia kochała Zdzisława nie taką totalnie zaślepioną miłością, ale pomagała mu - za sprawą uczucia - tworzyć. Poświęciła temu wszystko.

Pańska rodzina nie buntowała się przeciw temu? W czasach sanockich Beksińskim nie wiodło się przecież najlepiej, a i tak wszystko było podporządkowane sztuce Zdzisława.
Przeżyli czas, w którym rzeczywiście nie mieli z czego żyć i klepali potworną biedę. Stąd również wzięły się problemy Zdzisława z żołądkiem. Po prostu nie dojadał. Żyli tylko z pieniędzy, które zarobiła Zofia, udzielając prywatnych lekcji języka francuskiego, a uczniów miała niewielu. Połowa z tych groszy szła na farby Zdzisława i o to największe pretensje miała do niego moja matka. Opieprzała go równo! Pamiętam doskonale ten trudny czas w domu Beksińskich. Jadąc do nich w odwiedziny, zawsze byliśmy dobrze zaopatrzeni. Matka pomagała Beksińskim, jak mogła.

Zofia nie rozumiała, że podporządkowując się mężowi, nie działa racjonalnie?
Rozumiała, ale dla niej bardziej naturalne było wspieranie Zdzisława niezależnie od warunków ekonomicznych.

Działała jak dobrze naoliwiona maszyna?
Coś było na rzeczy. Nie poruszała się po warszawskim mieszkaniu bez timera. Miała go zawsze przy pasku. Co jakiś czas piszczał na znak, że babciom skończyła się właśnie kaseta magnetofonowa z nagraną powieścią. Ciocia szła wtedy szybko do ich pokoju i zmieniała jej stronę. Była to forma rozrywki, jaką zapewniała swej matce i teściowej. Jeśli timer nie zadzwonił w odpowiednim momencie, z pokoju dobiegał krzyk: „Zosiuuu! Przestało gadać!”.

Czy Zofia nie czuła się przypadkiem tym wszystkim sparaliżowana, zmęczona nieustannym prowadzeniem domu?
Film daje jednoznaczną odpowiedź, z którą się nie zgadzam. Patrzącą przez okno martwym wzrokiem bohaterka ma symbolizować tęsknotę za prawdziwym światem. To nieprawda. I jeszcze ten nostalgicznie wypalany papieros za papierosem…

Zdzisław Beksiński był wierzący?
Był ochrzczony, a więc był chrześcijaninem. Wziął też ślub kościelny. Na pewno nie praktykował. Kiedyś powiedział też, że nie wyobraża sobie, by na jego pogrzebie zjawili się panowie w purpurowych sukienkach. Pewnie grzeszył, ale jednego grzechu na pewno nie popełnił: nie zmarnował swojego talentu, który przecież otrzymał od Boga. Jeśli więc zostanie przed Nim rozliczny, będzie to miało fundamentalne znaczenie.

Pan był pierwszą osobą, która znalazła zamordowanego Zdzisława Beksińskiego w jego mieszkaniu. Można taki obraz wymazać z pamięci?
Nie. Gdy dostaliśmy się do jego mieszkania, wszystko było właściwie jasne. Przewrócone krzesło, krew na progu…

Może się przewrócił? - Nie pomyślał Pan?
Tak. Zaczęliśmy go więc szukać. Poszedłem sprawdzić na balkonie. Przechodziłem przez jego pracownię. Światła były zgaszone, ale było dość jasno, do mieszkania wpadała niebieska poświata pochodząca od ulicznych lamp. Pociągnąłem za klamkę. Zamknięte. Otworzyłem drzwi. Leżał na podłodze.

Już nie żył?
Sprawdziłem tętno. Miałem poczucie, że był skamieniały od środka. Miał na sobie krótkie spodenki. Pochylony nad nim, nie zauważyłem jednak, że miał rany kute. Zapamiętałem tylko drobne punkty na koszulce. W tej trupiej poświacie wyglądały, jak guziki. Długo nie mogłem wyrzucić tego obrazu z pamięci. Powracał, gdy próbowałem zasnąć. Wstawałem więc z łóżka i szedłem przed sztalugi. Malowałem. Sen przychodził sam. Tłumaczyłem sobie, że to Zdzisław mnie przed te sztalugi zagania.

„Ostatnia rodzina” pewnie przywołała te smutne wspomnienia.
„Ostatnia rodzina” bardziej przywiodła mi na myśl słowa pewnej piosenki Wojtka Młynarskiego: „Bunt jest we mnie, silna gorycz i negacja”, które doskonale oddają moje uczucia wobec tego filmu. Gdyby ta historia dotyczyła rodziny, która powinna być razem, a nie jest, gdyby reżyser rzeczywiście pochylił się nad samotnością tych ludzi - stworzył rodzaj studium psychologicznego, to byłby naprawdę ciekawy film. Życie napisało bowiem Beksińskim zupełnie inny scenariusz.

Urszula Wolak

Tutaj się czyta. Bez reklam.

Tak jak w kiosku. Kupując prenumeratę cyfrową, możesz czytać codzienne wydanie Dziennika Łódzkiego.

Co zyskujesz:

  • dostęp do wszystkich treści Dziennika Łódzkiego
  • codzienne e-wydanie Dziennika Łódzkiego
  • artykuły, reportaże, wywiady i multimedia
  • co tydzień nowy numer Ekstra Magazynu
Urszula Wolak

Dodaj pierwszy komentarz

Komentowanie artykułu dostępne jest tylko dla zalogowanych użytkowników, którzy mają do niego dostęp.
Zaloguj się

plus.dzienniklodzki.pl

Polska Press Sp. z o.o. informuje, że wszystkie treści ukazujące się w serwisie podlegają ochronie. Dowiedz się więcej.

Jesteś zainteresowany kupnem treści? Dowiedz się więcej.

© 2000 - 2018 Polska Press Sp. z o.o.