Norwegia. Turystyczna perła, która zapiera dech w piersiach [ZDJĘCIA, WIDEO]

Czytaj dalej
Fot. K.Mularz
Katarzyna Mularz

Norwegia. Turystyczna perła, która zapiera dech w piersiach [ZDJĘCIA, WIDEO]

Katarzyna Mularz

Rybacka miejscowość Henningsvaer tętni życiem. Atmosfera jak w Łebie, turkus morza jak w Chorwacji, dookoła skąpo ubrani plażowicze. Trudno uwierzyć, że oto jesteśmy kilkaset kilometrów za kołem podbiegunowym.

Podczas gdy większość znajomych spędza urlop tak daleko na południu kontynentu, jak się da, my pakujemy do bagażu czapki, swetry i ciepłe śpiwory. Jest połowa lipca - to sam środek norweskiego lata, ale pewnie trochę zmarzniemy. Nie na południu kraju i nie w dzień, ale im dalej na północ, tym bardziej doceniać będziemy grube skarpety. W Norwegii byliśmy już raz, ale ciągle nam jej mało. Mówią, że kto raz poczuje zew północy, ten już nigdy się od niego nie uwolni. Pakujemy więc samochód po dach, bierzemy namiot, kuchenkę turystyczną, słoiki i dużo kabanosów. Nie będą to wakacje all inclusive, bo w norweskich warunkach spłukalibyśmy się już trzeciego dnia. Tniemy więc koszty i komfort życia jak tylko się da, wiedząc co otrzymamy w zamian: nieustający zachwyt nad pięknem, którego próżno szukać w innych zakątkach świata.

Drogo, drożej, najdrożej

Zacznijmy od cen. To główny powód, dla którego niewielu Polaków decyduje się pojechać do Norwegii w celach nie zarobkowych. Nie ma co ukrywać: są kosmiczne.

Aby przez kilka minut pobyć samotnie na wiszącej skale Trolltunga, trzeba wybrać się na całodniową wyprawę. Górska trasa liczy sobie w sumie 22 km
Aurlandsfjord

Dzięki odkrytej pod koniec lat 60. ropie naftowej Norwegowie poszybowali w rankingu najbogatszych nacji świata, zostawiając daleko w tyle resztę kontynentu. W przeciwieństwie jednak do krajów arabskich, w których petrodolary ozłociły sedesowe gałki, wzniosły absurdalnie wysokie budynki i stworzyły wyspy w kształcie palm, Norwegia na pierwszy rzut oka prezentuje się nader skromnie. Mimo że średnia miesięczna pensja wynosi w przeliczeniu ok. 20 tys. zł, ze świecą szukać tu rezydencji, które piętrzą się choćby na podrzeszowskich górkach. Królują za to proste, obite drewnem, nieduże domy. Jest zasobnie, ale bez epatowania bogactwem. Dlatego pierwsze zderzenie z norweską rzeczywistością następuje najczęściej dopiero w sklepie, knajpie albo na stacji benzynowej. Butelka piwa czy kilo jabłek - 15 zł, chleb - 10, czekolada - 20. Za litr ropy płacimy ok. 6 zł i to jest jeden z tych wydatków, których nie przeskoczymy. Drugim są opłaty drogowe - kierowcy płacą za drogi, mosty czy tunele, dopóki nie zwróci się koszt ich budowy. W drodze do Bergen przejeżdżamy przez spinający brzegi fiordu most Hardangerbrua. Ta przyjemność jednorazowo kosztuje 75 zł, podobnie jak jazda podmorskim tunelem w stronę Kristiansund. Serce boli, kieszeń się zaciska, ale odcinki płatne rzadko mają alternatywę. Około 75 zł kosztują także krótkie przeprawy promowe, które w poszatkowanym przez fiordy centrum kraju często i gęsto stanowią odcinek drogi. Dlatego podstawą oszczędnego zwiedzania Norwegii jest nie tylko własny namiot i wałówka, ale przede wszystkim dobry plan.

Aby przez kilka minut pobyć samotnie na wiszącej skale Trolltunga, trzeba wybrać się na całodniową wyprawę. Górska trasa liczy sobie w sumie 22 km
Droga Śnieżna

Na ceny narzekają solidarnie wszyscy. Może dlatego największymi fanami podróżowania po Norwegii są sami jej mieszkańcy, którzy przedkładają swojską przyrodę nad egzotyczne plaże, a za najlepszą formę wypoczynku uznają trekking po górach i urlop w hytte (domek letniskowy, który posiada niemal każda rodzina). Norweskie umiłowanie przyrody widać na każdym kroku: od przystanków i leśnych toalet, których dachy pokryte są trawą, przez architekturę, która nigdy nie góruje nad krajobrazem, po prawo Allemannsretten, które gwarantuje nieskrępowany kontakt z naturą, w tym m.in. możliwość rozbicia namiotu „na dziko”. Bez względu na rangę atrakcji nie towarzyszą jej kolorowe budki z jedzeniem i plastikowymi pamiątkami, nie ma przydrożnych reklamowych szyldów. Zamiast walczyć z przyrodą Norwegowie wolą podporządkować się jej warunkom, np. zimą niektóre drogi zamiast odśnieżać, zamyka się szlabanami. Podróżujący poza sezonem muszą być tego świadomi.

Uwaga na trolle i renifery!

Ważnym elementem podróżowania po Norwegii są campingi. To stosunkowo tania opcja noclegowa, a przy tak rozbudowanej bazie, także bardzo wygodna. Można wziąć prysznic, skorzystać z kuchni, pralni czy internetu. W sezonie na tych najpopularniejszych trudno wcisnąć szpilkę - tłoczą się przede wszystkim campery, które latem na drogach widać równie często co osobówki. Z naszym niedużym namiotem wypadamy skromnie, ale po całym dniu w trasie liczy się tylko w miarę prosty kawałek terenu i bezwietrzny kąt, który pozwoli podgrzać kolację. Koszt rozbicia namiotu dwuosobowego plus parking dla samochodu wynosi ok. 80-160 zł (im dalej na północ, tym taniej).

Pierwsze skojarzenie z Norwegią to oczywiście fiordy - głębokie zatoki wżynające się w głąb lądu. Przy sprzyjającej pogodzie rejs po fiordach jest jedną z największych atrakcji. Choć można je oglądać jak kraj długi i szeroki, te najpiękniejsze leżą podobno w trójkącie Oslo-Alesund-Stavanger (m.in. Geirangerfjord, Aurlandsfjord, Hardangerfjord). Norweskie „must have” to także pełna serpentyn Droga Trolli, półki skalne: Preikestolen i Język Trolla, niezwykłe chrześcijańsko-wikińskie kościoły typu stav, Jostedalsbreen - największy lodowiec w Europie czy majestatyczne góry Jotunheimen (nor. siedziba olbrzymów). Ważnym miejscem z punktu widzenia historii zarówno Norwegii, jak i Polski jest też Narwik. Samo miasto ma charakter przede wszystkim przemysłowy, a jego główną atrakcją jest wzgórze widokowe, z którego - przy ładnej pogodzie - można podziwiać fiordy. Pod miastem natomiast, w miejscowości Hakvik, znajduje się cmentarz i groby polskich żołnierzy poległych w bitwie o Narwik. W okolicy znajduje się też wiele miejsc upamiętniających walki.

Im dalej na północ, tym ruch na drogach mniejszy; odległości są tu spore, a dozwolona prędkość nie pozwala na szybkie podróżowanie (w Norwegii ściśle przestrzega się przepisów ruchu drogowego). Większość turystów nie potrafi się jednak oprzeć magii przekroczenia umownej linii, która wyznacza granicę koła podbiegunowego. Tu też coraz gęściej pojawiają się znaki ostrzegające przed wszędobylskimi reniferami. Z każdym kolejnym kilometrem w stronę Przylądka Północnego (jednego z najdalej na północ wysuniętych fragmentów Europy) szansa na zobaczenie tych zwierząt w naturze jest coraz większa.

Jednym z najbardziej magicznych miejsc w całej Skandynawii są Lofoty - urokliwy archipelag położony daleko za kołem podbiegunowym. To tam znajduje się wioska Henningsvaer, od której zaczęłam tę opowieść. Malownicze rybackie osady poukrywane u stóp postrzępionych wzgórz, słynne piaszczyste plaże i nieziemsko turkusowa woda - to wszystko wygląda niemal nierealnie. Gdy pogoda sprzyja, kolory są tak zaskakująco nasycone, że w sieci czasami autorom zdjęć zarzuca się ich „podciąganie”. Przy złej aurze natomiast... No cóż, pogoda to loteria. Wieczorem jest piękne przejrzyste niebo, rano mgła jak wata, która ciężko osadza się tuż nad ziemią i ogranicza widoczność do kilkunastu metrów. Czasem jednak wystarczy przejechać kilka kilometrów i aura zmienia się jak w kalejdoskopie. Wbrew obiegowym opiniom, Norwegii nie dolegają nieustające opady. Może poza Bergen, które trzeba zobaczyć, nawet jeśli ma opinię najbardziej deszczowego miasta świata. Norwegowie lubią jednak mówić, że nie ma złej pogody, jest złe ubranie.

Zew północy

Norweski krajobraz to fenomen. Zapierające dech w piersiach widoki przechodzą jeden w drugi, tak że ma się wrażenie, jakby wszystkie najpiękniejsze miejsca świata skumulowały się w tym jednym kraju i to bez względu na to, który z regionów właśnie mijamy. Zmotoryzowanym turystom sprawę ułatwiają drogowcy, którzy w najbardziej atrakcyjnych miejscach (zwykle co kilkanaście kilometrów) organizują postoje z łazienkami i stolikami. Można nasycić wzrok widokiem kolejnych wodospadów, przełęczy, strumieni górskich i wiecznie ośnieżonych szczytów, podgrzewając przy okazji na kuchence turystycznej obiad, popijając kawę.

Aby przez kilka minut pobyć samotnie na wiszącej skale Trolltunga, trzeba wybrać się na całodniową wyprawę. Górska trasa liczy sobie w sumie 22 km
Vesterålen - mgła gęsta niczym wata, nisko osadza się nad ziemią.

W ten sposób pokonujemy niemal 8000 km. Tym razem najdalej na północ meldujemy się w Andenes - miejscowości położonej w archipelagu Vesterålen. Tu znajduje się wielorybnicze centrum, skąd wypływają łodzie pełne ludzi chcących na własne oczy zobaczyć te wielkie ssaki. Organizatorzy rejsów dają gwarancję, że wyprawa zakończy się sukcesem, a jeśli się nie uda - fundują kolejną. Na Vesterålen - w przeciwieństwie do Lofotów - nie chronią nas już ciepłe prądy, w nocy temperatura spada do 8 stopni i przychodzi czas na grube skarpety. Noc to jednak pojęcie umowne, bo w lipcu dzień jest tu niemal nieskończenie długi. Niestety, nie mamy co liczyć na zorze polarne, co ma też swoją dobrą stronę: będziemy musieli do Norwegii jeszcze wrócić. Choć pretekst nie jest już nam chyba potrzebny. Zadba o to zew północy.

Katarzyna Mularz

Dodaj pierwszy komentarz

Komentowanie artykułu dostępne jest tylko dla zalogowanych użytkowników, którzy mają do niego dostęp.
Zaloguj się

plus.dzienniklodzki.pl

Polska Press Sp. z o.o. informuje, że wszystkie treści ukazujące się w serwisie podlegają ochronie. Dowiedz się więcej.

Jesteś zainteresowany kupnem treści? Dowiedz się więcej.

© 2000 - 2019 Polska Press Sp. z o.o.