Niezatapialny dyrektor Nita na fotelu z funkcją katapulty

Czytaj dalej
Fot. Krzysztof Szymczak
Marcin Darda

Niezatapialny dyrektor Nita na fotelu z funkcją katapulty

Marcin Darda

Prezydent Łodzi Hanna Zdanowska (PO) w jednym z wywiadów dla „Dziennika Łódzkiego” nazwała go najlepszym dyrektorem Zarządu Dróg i Transportu w historii. Ta deklaracja nie miała w sobie krzty ironii, ale tak została przyjęta przez tę część opinii publicznej, która interesuje się tym, co się dzieje na łódzkich drogach. Bo ZDiT, od kiedy tylko powstał, swymi działaniami nasuwał refleksję, że nie jest instytucją, tylko stanem umysłu. To dlatego fotel prezesa ZDiT był wyposażony w symboliczną funkcję katapulty.

Jeden z byłych wiceprezydentów zwykł mawiać sentencjonalnie, byśmy „spieszyli się kochać dyrektorów ZDiT, bo tak szybko odchodzą”. Sama Zdanowska już w dwóch pierwszych latach prezydentury też się nad nimi nie litowała, bo Nita był czwartym w początkach jej kadencji. I został na cztery lata, co było rekordem świata i to podwójnym, bo był pierwszym, który z tego stanowiska dostał awans - na dyrektora nowego superurzędu, czyli Zarządu Inwestycji Miejskich, który stworzył sam i skroił pod siebie.

Grzegorzowi Nicie Zdanowska oddawała, że się na swojej robocie zna, bo - jak powiedziała - „ogarnia procesy inwestycyjne”. Tyle tylko, że ma coś jeszcze, czego nie miał żaden z jego poprzedników na tym stanowisku. Otóż każdy przed nim był raczej typowym urzędnikiem. Sam Nita o sobie mówił, że „nie jest politykiem i nigdy nim nie będzie”. Może tylko kokietował, bo jego publiczny styl bycia i wypowiedzi, są właśnie typowe dla polityka, a nie urzędnika.

Otóż Grzegorz Nita nie miał w zwyczaju kłaść się przed radnymi opozycji w pozycji dogodnej do przyjmowania kopniaków, a zawsze przyjmował postawę ofensywną. Potrafił się odgryźć, przez co u radnych PiS miał opinię „bezczelnego”, „aroganta”, „człowieka pełnego buty”.

Nie uciekał też od dziennikarzy, nawet gdy jego wypowiedzi prowadziły do absurdów. Tak było choćby z trasą W-Z, a propos której w dokumentacji inwestycji znalazł się zapis o „znacznym skróceniu czasu przejazdu ze wschodu na zachód z dodatkowym połączeniem osiedli Olechów Janów”. Z tym, że „znaczne skrócenie” okazało się skróceniem o... pół sekundy. Dyrektor tłumaczył wtedy, że celem nie było przyspieszenie tramwajów, tylko... utworzenie centrum przesiadkowego.

Jak dyrektor radził sobie z korkami w Łodzi? Ano korzystał z... buspasów, co publicznie przyznawał.

Gdy w lutym 2015 r. stwierdził, że pod koniec roku na nowym dworcu Łódź Fabryczna pojawi się pierwszy pociąg, radni PiS nie dowierzali: „A jak przejedzie nad ul. Niciar-nianą? To tak z ciekawości, bo mnie pan pozytywnie zaskoczył” - dopytywał radny Bartłomiej Dyba-Bojarski.

Odpowiedź: „Po torach kolejowych”. „Świetnie, ale których torach?” - nie daje za wygraną radny

Odpowiedź: „Nowych”.

Dyrektor Nita w tej kwestii pomylił się o cały rok, ZDiT pod jego kierownictwem pozostał dobrze znanym ZDiT-em, którego żadne zmiany nie zmieniają, wciąż krytykowanym przez łodzian, ale on na stanowisku trwał. Tajemnica jego nieśmiertelności, tak rzadkiej w łódzkiej tradycji stanowiska szefa ZDiT, być może tkwiła w tej nie do końca ostentacyjnej bezczelności.

Szedł w zaparte często mimo absurdu sytuacji. Do tego przyzwyczaili się dziennikarze, co ma swoje zalety wizerunkowe dla prezydent Hanny Zdanowskiej. Nita swoją dość oryginalną postawą publiczną po prostu zdejmował Zdanowską z linii strzału i całą krytykę brał „na klatę”, bo bywało, że publicznie budził większe emocje niż sama prezydent.

W sferze komunikacji i dróg Łódź jest przecież toksyczna, ktoś musi czegoś być winny zawsze. A krytyka po Nicie tak spływała jak po kaczce, bo taki ma charakter.

U Zdanowskiej Nita był nietykalny. Weźmy pierwszy z brzegu przykład: w świetle planowanej przebudowy trasy W-Z, ukończenie w terminie remontu ul. Kopernika było zadaniem absolutnie priorytetowym. W połowie września 2015 r. prezydent Hannie Zdanowskiej przyszło jednak wyrazić zdumienie na wieść, że ul. Kopernika do końca miesiąca ukończona nie będzie. Było to tym dziwniejsze dla prezydent, że dzień wcześniej zapewniano ją, iż wszystko jest na właściwych torach. Głową za ten remont zapłacili jednak zastępcy dyrektora ZDiT, Nita pozostał na stanowisku, gdy tymczasem jego poprzednicy kładli głowy pod topór z bardziej błahych powodów. Za opóźnienia na trasie W-Z też otrzymał tylko „reprymendę”.

Do ZDiT Grzegorz Nita przyszedł w kwietniu 2012 r. jako dziewiąty dyrektor w ciągu pięciu lat. Wcześniej pracował w PKP, a dla posady dyrektora ZDiT rozstał się z zarządzaniem budową nowego dworca Łódź Fabryczna. Nie był osobą szeroko znaną w Łodzi w sensie publicznym. Ten transfer zwalił wówczas na projekt dworca nieprzyjemny zapach inwestycji, która nie zostanie nigdy ukończona, bo któż lepiej czuje pismo nosem od tego, kto o tej inwestycji wie wszystko? Tym bardziej - spekulowano - że dyrektor nie zmienił posady i pracodawcy spontanicznie, tylko wziął udział w konkursie, a zatem musiał przedstawić swoją koncepcję funkcjonowania ZDiT.

Mówiło się wtedy także, że to wiceprezydent Radosław Stępień (PO), były wiceminister infrastruktury i były zastępca Cezarego Grabarczyka, tak bardzo zapragnął mieć go u siebie, tym bardziej że nowy minister infrastruktury Sławomir Nowak, choć był z PO, to czyścił PKP z ludzi Grabarczyka, zatem desant zaczął się lokować w przyjaznej administracji prezydent Zdanowskiej.

Gdy został dyrektorem Zarządu Inwestycji Miejskich, stał się mocną figurą z wpływem na setki milionów, którymi ZIM rocznie operuje. W kręgach decyzyjnych przy Piotrkowskiej 104 mówiono o nim, że nie jest to może facet, który o budowie dróg myśli po europejsku, ale też nikt sprawniej nie ogarnia całego procesu inwestycyjnego. Więc wystarczy odciąć ZIM od myślenia i będzie się kręcić - prace koncepcyjne mają wykonywać inne miejskie jednostki, ZIM ma wykonywać.

Agenci CBA w domu Nity byli po raz pierwszy, ale w biurze ZDiT bywali wcześniej. Prokuratura wszczęła przecież śledztwo w sprawie domniemanej niegospodarności przy budowie centralnego odcinka trasy W-Z. - W wielu sprawach przekazywaliśmy dokumenty, ja i moi pracownicy byliśmy przesłuchiwani jako świadkowie. Nigdy nie robiłem jakichkolwiek trudności, dlatego sposób działania przy tej sprawie nie był adekwatny. Akcja, która nastąpiła, była według mnie akcją pokazową. Co miała pokazać i komu, to już każdy sobie sam oceni - mówił wtedy dyrektor Nita „Dziennikowi Łódzkiemu”. Dziś, choć prokuratura nie zdradza szczegółów zarzutów, Nita jest w trudniejszej sytuacji, bo CBA nie przyszło po dokumenty, tylko po niego. Co dalej, zdecyduje sąd.

Marcin Darda

Dziennikarz Dziennika Łódzkiego. Polityka, samorząd, partie polityczne

Dodaj pierwszy komentarz

Komentowanie artykułu dostępne jest tylko dla zalogowanych użytkowników, którzy mają do niego dostęp.
Zaloguj się

plus.dzienniklodzki.pl

Polska Press Sp. z o.o. informuje, że wszystkie treści ukazujące się w serwisie podlegają ochronie. Dowiedz się więcej.

Jesteś zainteresowany kupnem treści? Dowiedz się więcej.

© 2000 - 2019 Polska Press Sp. z o.o.