Nie ma chętnych na szczepienia przeciw COVID-19. Kolejne punkty szczepień ograniczają działalność

Czytaj dalej
Fot. K_kapica_afk
Agata Sawczenko

Nie ma chętnych na szczepienia przeciw COVID-19. Kolejne punkty szczepień ograniczają działalność

Agata Sawczenko

Nie będziemy już szczepić przeciwko COVID-19 - mówi Joanna Zabielska-Cieciuch, lekarka rodzinna z Białegostoku, a jednocześnie przedstawicielka Porozumienia Zielonogórskiego. Powód? Brak chętnych. Podobnie jest w innych punktach szczepień na terenie miasta. Część więc się zamyka, inne ograniczają działalność.

Coraz mniej osób zapisuje się na szczepienia przeciwko COVID-19. A gros z tych, którzy się zapiszą, na wizytę i tak nie przychodzi. Niektórzy dzwonią i odwołują, tłumacząc na przykład, że są przeziębieni. Inni nie zjawiają się bez słowa wytłumaczenia. Skutek jest taki, że marnują się kolejne dawki szczepionki, a personel medyczny w wielu punktach zwyczajnie nie ma nic do robienia. Stąd zamysł, by likwidować lub chociażby ograniczać działalność kolejnych punktów szczepień.

Joanna Zabielska-Cieciuch, lekarka rodzinna z Białegostoku, mówi, że jeszcze w grudniu i styczniu zainteresowanie szczepieniami w prowadzonej przez nią przychodni było naprawdę duże. - Szczepiliśmy nawet po 150 osób miesięcznie. I to zarówno pierwszą, drugą, jak i trzecią dawką. Kto chciał, to już się zaszczepił - mówi. Dlatego teraz ta liczba spadła. I to znacznie. Stąd decyzja o zamknięciu punktu szczepień.

- Nie ma kogo szczepić. W sobotę przyjęliśmy ostatnią turę pacjentów - mówi Joanna Zabielska Cieciuch. Jak wyjaśnia, minimalna liczba osób, którą można zaszczepić jednorazowo, to jest 30 - bo minimalne zamówienie na szczepionki, jakie można zrobić, to pięć ampułek. W każdej jest sześć dawek. - Teraz zgłaszają się do nas pojedyncze osoby. Nie możemy zamawiać dla nich szczepionek, bo nie wykorzystamy całej dostawy, i nie możemy angażować personelu, by siedział bezczynnie i czekał na kilka osób. Odsyłamy je do najbliższego punktu populacyjnego punktu szczepień przy ulicy Broniewskiego - mówi Joanna Zabielska-Cieciuch.

Ale i tu, w punkcie szczepień powszechnych, jest problem ze skompletowaniem odpowiedniej grupy chętnych.

- Pracujemy w czwartki i piątki. Ale w perspektywie najbliższych tygodni będziemy ten czas otwarcie punkty weryfikować - przyznaje Szymon Bielonko, lekarz, który koordynuje pracę Punktu Szczepień Powszechnych w Zespole Szkół Mechanicznych w Białymstoku.

Bo chętnych do szczepień jest coraz mniej. W styczniu szczepiło się tu nawet 200 osób dziennie. W ostatni piątek przyszło nieco ponad 50.

- Zapisuje się niewiele osób, a 25-30 proc. z nich jeszcze nie przychodzi na umówioną wizytę. Nie dzwonią, nie odwołują, po prostu nie przychodzą. To dla nas problem, bo nawet nie możemy się przygotować do tej sytuacji. Kończy się na tym, że musimy utylizować szczepionki - opowiada Szymon Bielonko. - Wiem, że inne punkty też mają z tym problem. Kilka dni temu dzwonili do mnie z punktu pod Białymstokiem. Prosili, bym przyjął 180 dawek szczepionki. Nie przyjąłem, bo też nie mam komu ich podać. Pewnie skończy się na tym, że pójdą do utylizacji. Szkoda - dodaje.

Coraz mniej chętnych jest też w przyszpitalnych punktach szczepień. - Szczepimy już tylko w piątki, bo zainteresowanie jest znikome - mówi Rafał Tomaszczuk, rzecznik Wojewódzkiego Szpitala Zespolonego w Białymstoku.

- Szczepimy bardzo mało. I o ile w styczniu zaszczepiliśmy prawie 5 tys. osób, to sukcesem będzie, jeśli do końca lutego uda nam się zaszczepić 2 tysiące - mówi z kolei Katarzyna Malinowska-Olczyk, rzeczniczka Uniwersyteckiego Szpitala Klinicznego w Białymstoku, który prowadzi dwa punkty szczepień.

Skąd takie małe zainteresowanie szczepieniami? - Na to miało wpływ szereg czynników. Na pewno informacja, że mamy już koniec pandemii, że omikron nie przebiega tak ciężko, że inne kraje zmniejszają obostrzenia - wymienia rzeczniczka.

Lekarze zgodnie przyznają, że szczepienia są potrzebne. I nie należy z nich rezygnować. Tym bardziej, że w Polsce do tej pory zaszczepiło się zaledwie około 50 proc. osób, podczas gdy w innych państwach te wskaźniki dochodzą nawet do 70-80 proc. - I to w tych państwach znoszone są ograniczenia. Polacy patrzą na to i... przestają się szczepić, bo uważają, że pandemia mija. A choroba z nami jest - widać to po wskaźnikach, że wcale nie minęła - mówi Szymon Bielonko.

Joanna Zabielska-Cieciuch przypomina zaś, że szczepieni chorują lżej, rzadziej mają powikłania.

Do szczepień zachęca też wojewoda podlaski: - To pozwala uniknąć ciężkiego przechorowania zakażenia koronawirusem. Niestety również obserwujemy spadek zainteresowania szczepieniami i zrozumiałe jest, że niektóre punkty mogą z tego powodu zawieszać taką działalność – nie mamy na to wpływu, ale wciąż na terenie naszego regionu funkcjonuje kilkaset punktów – np. w Białymstoku możemy zaszczepić się już godzinę po rejestracji na Internetowym Koncie Pacjenta lub odwiedzić jeden z punktów współorganizowanych przez Podlaski Urząd Wojewódzki, gdzie niewymagana jest wcześniejsza rejestracja. Na przykład w punkcie w Centrum Handlowym Alfa tylko w lutym zaszczepiło się ponad 500 osób.

Agata Sawczenko

Komentarze

1
Komentowanie artykułu dostępne jest tylko dla zalogowanych użytkowników, którzy mają do niego dostęp.
Zaloguj się

luxz5194

Ludzie, uciekajta! Doktory jadą do szpitala zabierać! Chowajta się! ,,Noce i dnie" - odc. 6

Liczne źródła literackie z całego świata, pokazują, że najlepszą strategią wobec „dohtorów” którzy „jadą do szpitala zabierać” jest ...uciekać gdzie pieprz rośnie.

Strategię taką stosują obecnie Murzyni w krajach afrykańskich. Gdy tylko do jakiejś wioski zbliżają się „dohtory” z misją „wyszczepienia” wszystkiego co się rusza, mieszkańcy w panice uciekają do dżungli i tyle ich „dohtory” widzą.

Tym prostym sposobem „wyszczepionych” jest kilka procent Afrykańczyków i na więcej się nie zanosi!

Podobną taktykę stosowali Hindusi w roku 2011, gdy całe wioski uciekały do dżungli aby zapobiec „wyszczepianiu” dzieci, szczepionką niby na polio. Niestety nie wszyscy zdążyli przed „dohtorami” zbiec, więc ci zaszprycowali miliony hinduskich dzieci, z których 500 tysięcy zostało sparaliżowanych.

Ofiar byłoby zdecydowanie więcej, gdyby nie spostrzeżenie jednego z hinduskich rodziców. Zauważył on, że wystarczy odstrzelić łby kilku „dohtorom” , a cała reszta poucieka.

To odkrycie położyło kres mordowaniu dzieci przez „dohtorów”. Teraz to „dohtory” uciekały do dżungli i tylko dzięki temu przeżyli!

W Polsce pacjenci uciekają jeszcze przed „dohtorami”, co prawda nie do dżungli z braku takowych, lecz w domowe pielesze, ale bliski jest moment, że to „dohtory” będą wiać gdzie pieprz rośnie, zwłaszcza gdy jakiś wkurwiony obywatel któremu „dohtory” zabiły kogoś z rodziny, odstrzeli łeb medycznemu szczurołapowi, albo i „da mu kosę” w serce.

Po takim incydencie, „dohtorom” wróci rozsądek i okaże się, że „ich przy tym nie było”. To nie oni „wyszczepiali”, mordowali ludzi pod respiratorami, zamykali przed chorymi ludźmi swoje gabinety, kaleczyli dzieci, straszyli obywateli grypą doprowadzając ich do utraty rozumu, ...to nie oni!

To inni!

I jak zawsze największym zbrodniarzom, szczurołapom medycznym, włos z głowy nie spadnie, chyba, że wymiar sprawiedliwości wezmą w swoje ręce obywatele, tak jak to zrobili hinduscy rodzice!

plus.dzienniklodzki.pl

Polska Press Sp. z o.o. informuje, że wszystkie treści ukazujące się w serwisie podlegają ochronie. Dowiedz się więcej.

Jesteś zainteresowany kupnem treści? Dowiedz się więcej.

© 2000 - 2022 Polska Press Sp. z o.o.