Nie chcę surfować na wysokiej fali Paktofoniki WYWIAD Z RAHIMEM

Czytaj dalej
Fot. Magdalena Salbert/mat. prasowe
Mateusz Demski

Nie chcę surfować na wysokiej fali Paktofoniki WYWIAD Z RAHIMEM

Mateusz Demski

Pracując nad ostatnią płytą odświeżyliśmy sobie kilka tytułów z młodości, co pozwoliło wsiąść do wehikułu czasu i odbyć podróż do przeszłości - mówi mieszkający w Mikołowie Sebastian Salbert, znany jako Rahim. Członek legendarnych grup: Paktofonika, Pokahontaz oraz 3-X-Klan.

Album „Dom pełen drzwi” 3-X-Klanu świętuje 20-lecie. Minęło jak jeden dzień?
Zawsze gdzieś z tyłu głowy towarzyszy mi myśl, że spędziłem na muzycznym rynku już dwie dekady, ale jakoś nie przykładam specjalnej wagi do dat. Oczywiście jeśli doczekamy 2020 roku i dwudziestolecia „Kinematografii” Paktofoniki, to pewnie nie będziesz jedynym redaktorem, który się do mnie zgłosi.

To trochę krzywdzące. „Dom pełen drzwi” też zamieszał i odcisnął piętno.
Na pewno, tylko musimy pamiętać,że rok wcześniej pojawiła się pierwsza płyta Kalibra 44, „Księga Tajemnicza. Prolog”, która była czymś zupełnie świeżym,nieznanym i zyskała uznanie. Ono położyło się cieniem na wszystkich kolejnych produkcjach. Chłopaki przyćmili wszystkich i przez to „Dom pełen drzwi” nieprzyniósł takich efektów, jakich oczekiwaliśmy.

A czego oczekiwaliście?
Chcieliśmy po prostu grać koncerty, a także poczuć wokół siebie szum medialny. Na pewno nie myśleliśmy w kategoriach ekonomicznych, ponieważ to leżało po stronie wydawcy. Zresztą mam wrażenie, że pod tym względem 3-X-Klan był dla niego rozczarowaniem. Na jednym zespole zarobił kupę pieniędzy, a na drugim wyszedł na mały plus.

Nie było między waszymi grupami spięć z tego tytułu?
Nie, ponieważ Abradaba, Jokę i Magika traktowaliśmy jako naszych mentorów. Jaraliśmy się ich „demówkami”, uczyliśmy się od nich, podpatrywaliśmy ich, przez co poniekąd staliśmy się kopią pierwowzoru. Ale przy tym całym podziwie była też druga strona medalu - byliśmy po prostu kumplami z podobną zajawką. W tamtych czasach nikt nie myślał o tym, żeby tworzyć konflikty. Może czasem poszarpaliśmy się z kilkoma skinheadami, ale innych słuchaczy rapu szukaliśmy ze świecą. Przechodziłeś przez miasto, wypatrywałeś gości w szerokich ciuchach i zagadywałeś ich o kasety. To właśnie na ulicy szukaliśmy wiedzy o rapie, która z czasem zamieniała się w przyjaźnie.

Nie mogliście liczyć na wujka Google’a.
Nie, ale całkiem dobrze sprawdzała się poczta pantoflowa. Zacząłem od kasety Vanilla Ice, a za tym poszły wszystkie mające coś wspólnego z rapowaniem, dostępne na polskim rynku tytuły: MC Hammer, Dr Alban, Technotronic. Kilka lat później, kiedy pojawiły się ciekawsze pozycje, takie jak: Ice-T, Cypress Hill czy House of Pain, zaczął się stuprocentowy rap. W międzyczasie przychodził do ciebie ziomek z nową kasetą, np. Da Youngsta’s, zgraną oczywiście wcześniej z VHS-u, i prowadziliście wymianę. Coś za coś. Tak się aktualizowało dyskografię.

Na bazie tego powstał 3-X-Klan? W wieku 16 lat sam chwyciłeś za mikrofon.
Wszystko zaczęło się jak zwykle od dupy strony. W tamtym czasie byłem pochłonięty nie tyle muzyką, co komputerami i programowaniem. Pewnego dnia kolega przyniósł mi nieznane wówczas urządzenie, jakim był sampler. Skołował go od jakiegoś znajomego elektronika z Mikołowa, który wołał sobie za niego straszną kasę. Nawet sobie nie wyobrażasz, jaką radość niosła możliwość wgrania dowolnego fragmentu utworu do komputera. W moim programie, na którym testowałem swój joystick, pojawiły się melodie.

Kosmos!
Dzisiaj może się to wydawać śmieszne, ale „za małolata” był to szczyt naszych możliwości technologicznych. Kiedy już uzbierałem na własny sampler, odezwały się do mnie chłopaki z mikołowskiego zespołu Boyz n the hood i pomogłem im przygotować pierwsze beaty, do których mogli sobie nawijać. W pewnym momencie pomyślałem: „skoro oni mogą, to dlaczego i ja nie miałbym spróbować?”. Kiedy Boyz n the hood się rozpadło, wpadłem na Radameza, BUC-a i DJ-a Bambusa. Nikt z nas nie miał wtedy specjalnych umiejętności, ale padło proste pytanie: „To co rapujemy?”.

Tak powstał 3-X-Klan. Tak zresztą rodziła się scena w Mikołowie. Pamiętasz jakieś konkretne miejsca? Wszyscy znają Mega Club, jednak niewielu wychodzi poza Katowice.
Pierwsze kroki stawialiśmy w tzw. Oazie, która mieściła przy basenie miejskim. Później przenieśliśmy się piętro niżej, do klubu Metro. Niestety, nie zabawiliśmy tam długo, ponieważ były to czasy dyskotek i „mordobić”, a nie każdemu podobał się wtedy rap. W Mikołowie było jednak jeszcze jedno miejsce, które zostało zresztą pokazane w filmie „Jesteś Bogiem”, czyli tzw. salon gier. Nie była to może typowa imprezownia, ale mieliśmy tam przyzwoite nagłośnienie i gramofon. Kto chciał, mógł złapać za mikrofon, wskoczyć na parkiet do breaka czy namalować graffiti. To zresztą tam poznałem Fokusa i jego „Powierzchnie tnące”.

Z którym założyłeś Paktofonikę i z którym trwasz na posterunku do dzisiaj. Wielkimi krokami zbliża się premiera waszej kolejnej płyty. Możemy spodziewać się powrotu do Mikołowa lat 90.?
Trochę tak, ponieważ tym albumem zatoczymy koło. Trochę zmęczyliśmy się kreowaniem newschoolowych rzeczy. W ostatnich latach nasze płyty były pomyślane bardzo do przodu, przez co trzymały się nurtów, które dopiero wchodziły do Polski. Dziś trochę się tym zmęczyliśmy i chcemy pobawić się starszymi brzmieniami. Przy pracy nad tą płytą odświeżyliśmy sobie kilka tytułów z młodości, co pozwoliło wsiąść do wehikułu czasu i odbyć podróż do przeszłości.

Nie chcę surfować na wysokiej fali Paktofoniki WYWIAD Z RAHIMEM
Magdalena Salbert/mat. prasowe

A nie uważasz, że te czasy odeszły do lamusa? Dzieciaki słuchają teraz Taco Hemingway’a. To właśnie takie brzmienia są na fali wznoszącej.
Cały czas walczę na rynku, który nie jest łatwy. Wiem też, że przeżywamy zatrzęsienie nazwisk. Wspomniany przez ciebie Taco jest ciekawym zjawiskiem, ale jako że byłem już na różnych etapach naszej kariery, to znalazłem receptę. Nie zależy mi, aby być na szczycie i surfować na wysokiej fali Paktofoniki. Zdaję sobie sprawę, że gdyby zebrać wszystkie moje albumy, których już trochę na koncie mam, to prawdopodobnie nie przebiłyby one sumarycznie sprzedaży „Kinematografii”. Nie mam o to do nikogo żalu. Spotykam wiele osób, które zetknęły się z moją twórczością tylko raz, „za małolata”, ale mam też rzeszę wiernych fanów. Oni znają wszystko - nawet moje featuringi z głębokiego undergroundu. To chyba cieszy najbardziej. Po ponad 20 latach nadal jestem ważnym graczem w polskiejRap Grze.

Mateusz Demski

Dodaj pierwszy komentarz

Komentowanie artykułu dostępne jest tylko dla zalogowanych użytkowników, którzy mają do niego dostęp.
Zaloguj się

plus.dzienniklodzki.pl

Polska Press Sp. z o.o. informuje, że wszystkie treści ukazujące się w serwisie podlegają ochronie. Dowiedz się więcej.

Jesteś zainteresowany kupnem treści? Dowiedz się więcej.

© 2000 - 2019 Polska Press Sp. z o.o.