Na Torach Wyścigów Konnych w Rudzie Pabianickiej kwitło życie towarzyskie Łodzi

Czytaj dalej
Fot. Krzysztof Szymczak
Anna Gronczewska

Na Torach Wyścigów Konnych w Rudzie Pabianickiej kwitło życie towarzyskie Łodzi

Anna Gronczewska

Tory Wyścigów Konnych w Rudzie Pabianickiej to już historia, którą zakończyła II wojna światowa. Wcześniej kwitło tu łódzkie życie towarzyskie.

Na wyścigi do Rudy Pabianickiej przyjeżdżali też warszawiacy. Mogli dojechać na nie specjalnie wybudowaną, prywatną bocznicą tramwajową. Ale by zacząć jego historię trzeba się cofnąć do XIX wieku. Łódzka elita towarzyska i finansowa już pod koniec XIX wieku myślała o utworzeniu toru wyścigów konnych. Konie stanowiły pasję wielu łódzkich fabrykantów. Ci najzamożniejsi byli właścicielami klaczy czy rumaków. Wartość każdego z nich przekraczała często niebagatelną jak na tamte czasy kwotę 1000 rubli. Tyle, że nie zawsze w parze szły umiejętności jazdy konnej. Łódzkie gazety z tamtych czasów chętnie opisywały przypadki niefortunnych jeźdźców.

- Na ul. Piotrkowskiej jakiś jegomość używał przejażdżki na dzielnym koniu - czytamy w „Dzienniku Łódzkim” z 1886 roku. - Naraz rumak zląkłszy się wyładowanej fury skoczył w bok, a niefortunny jeździec, spadając pozostawił w strzemionach ogromne, myśliwskie buty. Koń pomknął cwałem dalej, a jeździec w skarpetkach, przebrnąwszy przez kałużę błota, siadł w dorożkę i prawdopodobnie już bez wypadku dojechał do domu.

Konie w życiu dawnej Łodzi zajmowały bardzo ważne miejsce. Na przełomie wieków łódzcy strażacy jeździli do pożarów wozami zaprzężonymi w konie. Kiedy w 1895 roku powstał pierwszy w mieście zawodowy oddział Łódzkiej Straży Pożarnej, to w jego skład wchodziło sześciu woźniców oraz sześć par koni...

Tak dziś wygląda miejsce, gdzie kiedyś były łódzkie tory wyścigów konnych. Czasem odwiedzają je amatorzy jeździectwa
Archiwum Muzeum Miasta Łodzi Tory Wyścigów Konnych otwarto w Rudzie Pabianickiej, która przed wojną była miastem

W dawnej Łodzi po ulicach jeździły oczywiście dorożki. Pierwsze pojawiły się w latach 40. XIX wieku. By jednak świadczyć usługi takimi dorożkami trzeba było mieć koncesję. Wydawał ją ówczesny burmistrz, a potem prezydent miasta Karol Tangerman. Dorożkarze musieli być uprzejmi dla pasażerów. Nie mogli brać napiwków. Zabraniano im też przewożenia zmarłych na cmentarz. Musieli być odpowiednio ubrani. Na obowiązkowy strój łódzkich dorożkarzy składały się żółta liberia, biała koszula, która musiała mieć błękitny kołnierz i mankiety. Musieli nosić cylinder lub czapkę. Też z błękitną obwódką. Natomiast na plecach musieli zawiesić numer rejestracyjny dorożki. Z czasem dorożki stały się podstawowym środkiem komunikacji miejskiej. Tak było do czasu pojawienia się tramwajów.

Po ulicach Łodzi jeździły dorożki pierwszej i drugiej klasy. Te pierwsze zaprzężone były w dwa konie, mogły przewieźć cztery osoby. Miały uchylane budy. Natomiast dorożki drugiej klasy ciągnął jeden koń, przewoziły co najwyżej dwie osoby. W czasie jazdy pasażerowie byli okrywani skórzanymi fartuchami, by nie zostali pochlapani w czasie jazdy, bo te dorożki nie miały błotników.

Dorożkarze mieli swoje „krańcówki” czy też stacje postojowe. Znajdowały się między innymi na Placu Kościelnym, Rynku Nowego Miasta, czyli dzisiejszym Placu Wolności.

Dorożki jeździły łódzkimi ulicami podczas drugiej wojny światowej, mimo że Niemcy wprowadzili zakaz sprzedaży owsa. Dorożkarzom udawało się jednak załatwić pasze dla koni. Ale wtedy ich głównymi klientami byli Niemcy. Po wojnie w Łodzi dalej jeździło się dorożkami, ale było ich już dużo mniej, około 40.

Tak dziś wygląda miejsce, gdzie kiedyś były łódzkie tory wyścigów konnych. Czasem odwiedzają je amatorzy jeździectwa
Archiwum Muezum Sportu Podczas wyścigów spotykała się łódzka elita

- Ostatni postój dorożek znajdował się w takim zakolu, na rogu ul. Tuwima i Sienkiewicza - przypomina Wojciech Źródlak, kustosz z Muzeum Tradycji Niepodległościowych, oddział Radogoszcz. - Mieszkałem w okolicy i pamiętam, że dorożki stały tam do końca lat 60. Tyle, że w zasadzie nie służyły do przewożenia pasażerów, tylko jakichś większych, cięższych rzeczy.

Od niepamiętnych czasów konie służyły też w wojsku. Były częścią stacjonujących w Łodzi garnizonów. Najpierw carskiego, a po odzyskaniu niepodległości - polskiego. Carski garnizon stacjonował w Łodzi od końca XIX wieku. Największymi jednostkami były: 37. Jekaterynburski Pułk Piechoty oraz 40. Koływański Pułk Piechoty. Pierwszy stacjonował w koszarach przy ul. Legionów, gdzie wiele lat po wojnie swoją siedzibę miał „Cefarm”. A drugi miał swą siedzibę na rogu dzisiejszej ul. 1 Maja i Żeligowskiego, w budynkach dawnego WAM. Ale w Łodzi stacjonowały też sztaby 10. Dywizji Piechoty, 10. Brygady Artylerii oraz 10. Doński Pułk Kozaków.

Konie były powszechnie używane w wojsku, nie tylko w formacjach kawaleryjskich. Każdy carski oficer miał służbowego konia, nawet gdy służył w piechocie. W koszarach były stajnie. Jeszcze niedawno na dziedzińcu dawnych koszar znajdującym się na rogu ul. 1 Maja i Żeligowskiego przy murze znajdowały się kółka, do których przywiązywano konie.

Ale w Łodzi nie brakowało też miłośników koni. Miłość do nich sprawiła, że łódzka elita coraz głośniej mówiła o otwarciu toru wyścigów konnych. Wielkim propagatorem wszelkich sportów konnych był zwłaszcza niejaki A. Kosiński, właściciel ujeżdżalni przy ul. Nowospacerowej (dziś al. Kościuszki). W latach 90. XIX wieku powołano do życia Towarzystwo Zachęty Wyścigów Konnych. Na jego czele stanął Konstanty Miller, gubernator piotrkowski. Zastępcą został hrabia Albert Wielkopolski. W skład zarządu towarzystwa weszła elita łódzkich przemysłowców. A więc: Maurycy Poznański, Alfred John, Stefan Barciński i baron Juliusz Heinzel.

Tak dziś wygląda miejsce, gdzie kiedyś były łódzkie tory wyścigów konnych. Czasem odwiedzają je amatorzy jeździectwa
Archiwum Muzeum Miasta Łodzi Tak wyglądały Tory Wyścigów Konnych w Rudzie Pabianickiej

Juliusz Heinzel to wielki miłośnik koni, jak na arystokratę z tytułem przystało. Był właścicielem wielu dorodnych rumaków, które hodował w Julianowie. Marzył, by tam utworzyć tory wyścigów konnych. Kosztowałoby to około 60 tysięcy rubli. Tak więc marzeń nie zrealizował. Nie doczekał też utworzenia torów wyścigów konnych w Rudzie Pabianickiej, bo zmarł w 1895 roku. Ale tą ideą zaraził swego syna i spadkobiercę, Juliusza Teodora Heinzla, wielkiego miłośnika jeździectwa. Ten na Julianowie miał stajnie koni wyścigowych. Tam także organizował pierwsze wyścigi konne. Miały one jednak charakter wyłącznie amatorski.

Do pierwszych wyścigów konnych z prawdziwego zdarzenia doszło w 1902 roku na polach majątku w Rudzie Pabianickiej. Wyścigom towarzyszył pokaz powozów łódzkiej burżuazji. Zaprezentowano dwadzieścia cztery, a każdy był ozdobiony pięknymi kwiatami. Te pierwsze wyścigi odbyły się głównie dzięki staraniom Kosińskiego, wspomnianego właściciela ujeżdżalni przy ul. Nowospacerowej. Stanęło do nich siedemnaście koni. Dochód z tej imprezy przeznaczono na rzecz Łódzkiego Chrześcijańskiego Towarzystwa Dobroczynności.

Przez następnych kilka lat w okolicach Łodzi nie było wyścigów konnych. Trzeba było na nie poczekać do 1907 roku. Wtedy w Rudzie Pabianickiej otwarto regularny tor wyścigowy. Wytyczono go w obrębie dzisiejszych ulic: Ksawerowskiej, Wyścigowej, Konnej i Długiej. Stajnie usytuowano kilkaset metrów dalej, w kierunku wschodnim, koło stawu rudzkiego. Trybuna znajdowała się od strony ul. Wyścigowej. Gdy bomba ruszała w górę to konie startowały u zbiegu ul. Długiej i Ksawerowskiej.

Tak dziś wygląda miejsce, gdzie kiedyś były łódzkie tory wyścigów konnych. Czasem odwiedzają je amatorzy jeździectwa
Archiwum Muezum Sportu Walka na torze była zacięta...

Wyścigi cieszyły się wielkim powodzeniem. Łódzkie elity za punkt honoru stawiały pojawienie się na nich. Przy okazji część z nich wygrywała stawiając na poszczególne konie. Mówiło się, że grają w totalizatora.

- Mają kolor te łódzkie wyścigi - pisał Zygmunt Bartkiewicz, łódzki pisarz, dziennikarz i felietonistka, mąż znanej przedwojennej aktorki Mieczysławy Ćwiklińskiej. - Barwne choć nie zawsze z dobrym gustem ustrojone panie, ogniste kurtki panów dżokejów, połyskliwe końskie kadłuby. Nad nimi pełnia powietrza i blasków, spodem przestrzeń zieleni. Pań urodziwych a nawet wdzięcznych w mowie i ruchach na tym nowym torze sporo. I młodych, i świeżych, i niewinnych i winnych. A obok mężowie i ojcowie. Gwar na trybunie sędziów i prasy. Zatargów i nieporozumień mnóstwo, bo z różnych żywiołów zebrany tłum, trudno się godzi. Rojno szumnie i gwarno. Piwno, szampańsko. Dziedzice firmy i fortuny rozprawiają przy bufecie szeroko. Od czasu do czasu „witz” jakiś w tłumie padnie, grzmot śmiechów go wita.

Przed pierwszą wojną światową w Rudzie Pabianickiej, na tamtejszym torze, odbywały się nie tylko wyścigi konne, ale i pokazy lotnicze. W 1912 roku wystartował stamtąd samolot Bleriot 11. Za jego sterami usiadł Michał Scipio del Campo, polski pilot włoskiego pochodzenia. Tak więc na torach wyścigów konnych rozpoczął się pierwszy lot samolotowy nad Łodzią! Pilot kilka razy przeleciał nad ulicą Piotrkowską. Do historii przeszedł też lot myśliwca, który także wystartował z toru w Rudzie Pabianickiej. Pilotował go sierżant pilot Bolesław Szurlej na samolocie „Spad”. Zadziwiał widzów pętlami i beczkami na wysokości drzew.

Tak dziś wygląda miejsce, gdzie kiedyś były łódzkie tory wyścigów konnych. Czasem odwiedzają je amatorzy jeździectwa
Archiwum Muezum Sportu Na Torach Wyścigów Konnych kwitło życie towarzyskie

Pierwsza wojna światowa sprawiła, że tor wyścigów konnych zawiesił swoją działalność. Po jej zakończeniu łodzianie znów zaczęli myśleć o wznowieniu gonitw. Zabiegał o to m.in. pułkownik kawalerii Adam Nieniewski. Dzięki niemu w 1923 roku powstał Komitet Łódzkiego Towarzystwa Zawodów Konnych. Wyścigi wznowiono dwa lata lata później, w lipcu 1925 roku. Znów cieszyły się wielką popularnością wśród łodzian. Można było na nich sporo wygrać, ale i przegrać. Obroty totalizatora podczas jednej gonitwy sięgały 60 tysięcy złotych.

- W trakcie wyścigów zdarzały się niespodzianki - pisał w książce „W rytmie fabrycznych syren” Wacław Pawlak. - Już w dniu otwarcia sezonu wyścigowego sensację wywołała dwukrotna porażka jeźdźca o światowej sławie, płk. Karola Rómmla. Tłumaczono ją śliskim torem. Wkrótce jednak płk Rómmel zrehabilitował się odnosząc w następnych wyścigach efektowne zwycięstwa. Inną sensacją było padnięcie konia trupem po zwycięskim przekroczeniu mety wyścigu...

Karol Rómmel był bratem generała brygady Juliusza, późniejszego dowódcy Armii „Łódź”.

W 1932 roku na hipodromie w Rudzie Pabianickiej odbyło się aż 185 gonitw. Ogólnopolskie wydanie „Gazety Handlowej” z 1931 roku zamieściło ogłoszenie zapraszające do Łodzi, na wyścigi. Największy prestiż miał ten o Nagrodę Wielką Łódzką.

Tak dziś wygląda miejsce, gdzie kiedyś były łódzkie tory wyścigów konnych. Czasem odwiedzają je amatorzy jeździectwa
Archiwum Muezum Sportu

Dziś śmiało powiedzieć, że wielkie zasługi w otwarciu profesjonalnego, jakbyśmy powiedzieli toru wyścigowego w Rudzie Pabianickiej miał Wiesław Gerlicz. Był on miłośnikiem jeździectwa. Sam brał udział w pierwszym wyścigu zorganizowanym w 1902 roku. Dosiadał konia Champion. W okresie międzywojennym Wiesław Gerlicz był jedną z najaktywniejszych osób w życiu społecznym i gospodarczym nie tylko w Łodzi. Tworzył sieć łódzkich tramwajów podmiejskich, należał do współtwórców spółki „Siła i światło”. Był posłem na sejm.

- Od zawsze był miłośnikiem wyścigów konnych, ale tak naprawdę jego kariera zaczęła się po I wojnie światowej - mówi Wojciech Źródlak. - Utrzymywał bliskie kontakty z łódzką śmietanką finansowo-towarzyską. Gdy związał się ze spółką „Światło i siła” stał się zamożnym człowiekiem.

To Wiesław Gerlicz zbudował na swój koszt bocznicę tramwajową prowadzącą bezpośrednio do torów wyścigów konnych w Rudzie Pabianickiej. Tor miał 880 metrów i 20 centymetrów długości. Tramwaj jadący z Łodzi w kierunku Pabianic skręcał w lewo na wysokości dzisiejszej ul. Wyścigowej.

- Trzeba pamiętać, że przed wojną nie było tam ulic, tylko pola - wyjaśnia Wojciech Źródlak. - Po skręcie w lewo tramwaj jechał tymi polami około 700 metrów. I koło trybuny głównej wyścigów miał swoją pętlę. Była to pierwsza pętla tramwajów podmiejskich.

Tak dziś wygląda miejsce, gdzie kiedyś były łódzkie tory wyścigów konnych. Czasem odwiedzają je amatorzy jeździectwa
Krzysztof Szymczak Tak dziś wygląda miejsce, gdzie kiedyś były łódzkie tory wyścigów konnych. Czasem odwiedzają je amatorzy jeździectwa

Plany budowy bocznicy tramwajowej należącej do Wiesława Gerlicza zostały zatwierdzone w kwietniu 1929 roku. Wojciech Źródlak przypuszcza, że tramwaj ruszył nią pod koniec 1929 roku lub na początku 1930.

- Trzeba zaznaczyć, że tramwaj nie jeździł tamtędy regularnie - dodaje Wojciech Źródlak. - Tylko wtedy, gdy odbywały się zawody.

Właściciel tej bocznicy tramwajowej nie cieszył się nią długo. W 1933 roku umarł niewyjaśnionych okolicznościach. Prawdopodobnie popełnił samobójstwo... Bocznica funkcjonowała także w czasie drugiej wojny światowej. Niemcy na torze w Rudzie Pabianickiej organizowali wyścigi konne. Zawieszono je po wojnie. Choć jeszcze w drugiej połowie lat 40. próbowano je reaktywować. Szybko jednak uznano, że klasie robotniczej nie przystoi zabawa w obstawianie wyścigów konnych. Po wojnie ich teren przejął PGR w Ksawerowie. W miejscu gdzie były tory założyli szkółkę roślin. Bocznicę rozebrano w 1952 roku. Dawne stajnie przerobiono na mieszkania.

Myśl, by reaktywować rudzki tor pojawiła się potem w drugiej połowie lat 70. Potem na początku lat 90. minionego wieku z taką inicjatywą wystąpiła ówczesna wiceprezydent Łodzi, Elżbieta Hibner. Nic z tych planów nie wyszło. Tak jak z reaktywacji wyścigów w pierwszej dekadzie XXI wieku. Jeśli taki hipodrom miałby powstać w Łodzi to w innym miejscu. Tereny dawnych torów wyścigów konnych zostały przeznaczone pod budowę domów.

Tutaj się czyta. Bez reklam.

Tak jak w kiosku. Kupując prenumeratę cyfrową, możesz czytać codzienne wydanie Dziennika Łódzkiego.

Co zyskujesz:

  • dostęp do wszystkich treści Dziennika Łódzkiego
  • codzienne e-wydanie Dziennika Łódzkiego
  • artykuły, reportaże, wywiady i multimedia
  • co tydzień nowy numer Ekstra Magazynu
Anna Gronczewska

Dodaj pierwszy komentarz

Komentowanie artykułu dostępne jest tylko dla zalogowanych użytkowników, którzy mają do niego dostęp.
Zaloguj się

plus.dzienniklodzki.pl

Polska Press Sp. z o.o. informuje, że wszystkie treści ukazujące się w serwisie podlegają ochronie. Dowiedz się więcej.

Jesteś zainteresowany kupnem treści? Dowiedz się więcej.

© 2000 - 2019 Polska Press Sp. z o.o.