Na dachu i krańcu świata. Wakacje level hard dla zamożnych

Czytaj dalej
Matylda Witkowska

Na dachu i krańcu świata. Wakacje level hard dla zamożnych

Matylda Witkowska

Wspinaczka na Mount Everest, a może biwak na Antarktydzie? Miejsca, za które kiedyś ginęły pokolenia odkrywców, możemy teraz odwiedzić z wycieczką. Ale jeśli chcemy pochwalić się sukcesem w ekstremalnym miejscu, musimy najpierw odnieść sukces... finansowy.

Zdjęcia kolejki stojącej pod szczytem Mount Everestu obiegły w maju cały świat. Nepalski himalaista Nirmal Purja doliczył się 200 osób i musiał kierować ruchem, by schodzący i wchodzący mogli się minąć. W kolejce prawie nie było himalaistów. Większość stanowili biznesmeni, którzy cały rok spędzają za biurkiem. W pędzie na wierzchołek świata nie zatrzymało ich nawet to, że w ciągu majowego okna pogodowego aż 11 osób zmarło. Co każe odnoszącym sukcesy ludziom jechać na koniec świata i ryzykować życie?

Byle nie leżeć pod palmą

- Rzadko podczas urlopów leżę na plaży. Najczęściej spędzam czas aktywnie, na górskich wyprawach - mówi Wojciech Jabczyński, w czasie wolnym turysta wysokogórski, a na co dzień rzecznik Orange Polska.

Na dachu i krańcu świata. Wakacje level hard dla zamożnych

Wśród swoich osiągnięć ma zdobycie dwóch gór konkurujących o tytuł najwyższego szczytu Europy: Mont Blanc (4808 m n.p.m.) oraz Elbrusa (5642 m n.p.m.), a także wulkanu Demawend w Iranie (5604 m n.p.m.). W zeszłym roku wybrał się także na wyprawę na argentyńską Aconcaguę (6961 m n. p. m.). Dlaczego to robi?

Wojciech Jabczyński tłumaczy, że w czasie urlopu męczy się... żeby odpocząć. - Gdy zmęczę się fizycznie, odpoczywam psychicznie. W mojej pracy stres jest wyczerpujący - mówi rzecznik Orange Polska. - Chcę też realizować górską pasję i zachować balans między życiem zawodowym i prywatnym - dodaje.

Jednak przygotowanie się do wyprawy, gdy codziennie trzeba być wiele godzin w biurze, nie jest łatwe. - Aconcagua to relatywnie prosta góra, niewymagająca umiejętności technicznych wspinaczkowych. Jedynymi trudnościami są wysokość i pogoda - opowiada Wojciech.

Przygotowując się do niej, postanowił przebiec maraton. Trenował do niego przez pół roku.

Na dachu i krańcu świata. Wakacje level hard dla zamożnych

- Kilka razy w tygodniu musiałem znaleźć czas albo około godziny szóstej rano albo późno wieczorem - wspomina Jabczyński. W tygodniu trening zajmował mu godzinę, półtorej, w weekendy nawet trzy godziny.

Na wyjazd musiał też skompletować sprzęt, odzież, wykupić pozwolenie na wejście na szczyt, opiekę zawodowego przewodnika, przeloty. A gdy już poleciał... to zawrócił z wysokości 6500 m n.p.m., bo znalazł się na skraju swoich możliwości fizycznych i nie chciał ryzykować życia.

- Nie udało się, ale i tak jestem szczęśliwy, że spędziłem urlop na takim wyzwaniu - opowiada. Planuje wchodzić dalej. W tym roku wybiera się na gruziński Kazbek (5033 m n.p.m.).

Jego zdaniem, osiąganie sukcesu w górach pomaga w pracy. Bo w głowie doświadczenia się łączą. - Górskie doświadczenia uczą wiary w siebie, ale także pokory. Możemy mówić, że zamykamy drzwi, wychodząc z pracy i zapominamy o wszystkim. Nie wierzę w takie rzeczy. Obydwa światy przenikają się - mówi Jabczyński. - Jeśli ktoś podejmuje ryzyko, jest ambitny i chce coś osiągnąć, realizując swoje pasje, to podobne cechy będzie wykazywać w pracy. I na odwrót: jeśli ktoś w pracy jest ambitny i pracowity, to również w górach będzie chciał taki być.

Na krańcu świata

Na dachu i krańcu świata. Wakacje level hard dla zamożnych

Podczas urlopu nie zapomina o pracy także łodzianka Marta Włodarczyk, na co dzień programistka w firmie TomTom. Zwykle stara się wtedy pożeglować gdzieś za północne koło podbiegunowe. W Arktyce marznie i walczy z żywiołem. Ale jednocześnie - odpoczywa.

Jej morskie przygody zaczęły się niedawno i przez zupełny przypadek. Na jednej z imprez ktoś rzucił pomysł, by pojechać na żagle na Mazury.

-Rano nikt już o tym pomyśle nie pamiętał. Ale mnie zostało to w głowie i postanowiłam to zrobić - wspomina.

Po kilku rejsach mazurskich ruszyła na morze: od razu na północ, na koniec Zatoki Botnickiej. Potem były kolejne rejsy: na Morze Północne, Spitsbergen i Grenlandię. Żeglarstwo ją wciągnęło, choć na pierwszym rejsie miała bardzo trudną pogodę.

- Mówi się, że są dwa etapy choroby morskiej: pierwszy, gdy boisz się, że umrzesz, i drugi, gdy boisz się, że nigdy nie umrzesz. Ja miałam od razu ten drugi stan i to przez 16 godzin - opowiada Marta. - Chciałam zrezygnować. Ale zostałam, bo gdy choroba morska przechodzi, na morzu jest pięknie. I na szczęście z każdym kolejnym rejsem choroba morska jest słabsza - dodaje.

Nie obyło się bez przygód. Jacht, którym miała płynąć na Spitsbergen... spalił się i zatonął. Musiała szybko znaleźć inny. Na Grenlandii spotkała rdzennych Saamów i podchodzącego po krze białego niedźwiedzia. Zawinęła też do miejscowości, w której od 10 miesięcy z powodu lodów nie dotarła żadna łódź. - Przypłynęliśmy razem ze statkiem, który po wielu miesiącach przywiózł do sklepu zaopatrzenie - opowiada.

Wiele razy w rejsach było bardzo zimno. Czasem po wachcie była tak zmarznięta, że nie była w stanie zdjąć z siebie kilku grubych warstw odzieży. Ale na południowe morza, gdzie warunki są łatwiejsze, zagląda bardzo rzadko.

Na północy podobają się jej nie tylko arktyczne krajobrazy. - Mam wrażenie, że na północ pływają bardzo fajni ludzie. A to właśnie poznawanie ich najbardziej podoba mi się w żeglarstwie - tłumaczy Marta Włodarczyk. - Na południowych rejsach łatwiej spotkać lanserów. Często pływa się tam na wakacje, by opalać się, wypocząć i sączyć drinki. Ja bym tego nie wytrzymała - mówi.

Wyprawy nie są dla niej odskocznią od pracy. Bo podczas zwiedzania obcych lądów testuje tworzoną przez jej firmę aplikację do nawigacji.

- Lubię moją pracę i nie muszę od niej uciekać - przyznaje Włodarczyk. - Ale potrzebuję ciągle coś robić. Oprócz żeglowania mam jeszcze wiele innych zajęć. Gdybym nie pływała, szybko znalazłabym inne hobby - tłumaczy. Marzy już o Antarktydzie, pojedzie, gdy zbierze się na odwagę.

Co pcha wciąż dalej i dalej?

Ten pęd do odkrywania coraz dalszych miejsc nie dziwi łódzkiej psycholożki Małgorzaty Czerneckiej z firmy Humanpower zajmującej się szkoleniami dla kadry zarządzającej.

- Osoby, które pracują na wysokich stanowiskach menedżerskich i liderskich, to zwykle osoby zorientowane na osiąganie celów - wyjaśnia Czernecka. - Gdyby nie były właśnie takie, prawdopodobnie nie zajmowałyby tych stanowisk - wyjaśnia. Potrzeba osiągnięć i zdobywania kolejnych często przejawia się w ich przypadku nie tylko w życiu zawodowym, ale też w prywatnym. Gna nas na coraz wyższe szczyty, dalsze kontynenty, coraz bardziej ekstremalne biegi. I może działać jak miecz obosieczny. Z jednej strony służy karierze, pozwala osiągać sukcesy i stać się jednostką wybitną. Ale możemy też wciąż chcieć czegoś więcej: lepszych wakacji, lepszego domu i spektakularnych sukcesów naszych dzieci. A to jest na dłuższą metę bardzo męczące, zarówno dla tej osoby, jak i jej otoczenia. Nigdy nie odpuszcza i mówi: „OK, tak jak jest, jest dobrze” - wyjaśnia.

Dlatego czasem warto przyjrzeć się swojemu urlopowi. - Jeśli wyjeżdżamy, bo chcemy się rozwijać i realizować pasję, to wszystko jest w porządku. Ale jeśli zamiast wypoczywać chcemy na urlopie odnosić kolejny sukces, może warto zadać sobie pytanie, co za tym stoi? Dlaczego musimy wejść na ten Mount Everest? - pyta psycholożka.

Jednak dla osób, które przez cały rok pracują na wysokich obrotach i w stresie, aktywny urlop może być koniecznością. Położenie się na plaży może być bowiem dla ich organizmów szokiem.

- Dla układu nerwowego tak duża zmiana to też stres. Potrzebuje okresu adaptacji. Dlatego aktywne wakacje po stresującej pracy to dobry sposób, by powoli uspokoić układ nerwowy i zejść z wysokiego poziomu stymulacji do niższego. W pierwszym tygodniu warto pojeździć i zwiedzać, by w drugim odpocząć z książką na plaży - radzi Czernecka.

Z drugiej strony bez sukcesów w pracy lub w biznesie wielu takich wypraw nigdy by nie było. Barierą są bowiem koszty. Często wysokie nawet dla tych majętnych.

Przykłady? Trzytygodniowy rejs na Islandię i Grendlandię w zależności od warunków w kabinie kosztuje od 15 do 25 tys. zł. Dwutygodniowy rejs z Argentyny na Antarktydę, połączony z biwakiem pod namiotem na szóstym kontynencie i oglądaniem pingwinów kosztuje 28-30 tys. zł. Do tego trzeba doliczyć jednak około 5-6 tys. zł za bilet lotniczy.

W tej sytuacji zdobywanie szczytów jest stosunkowo tanie. Siedmiodniowy trekking na Kilimandżaro kosztuje około 10 tys. zł, do tego przelot około 3,5-5 tys. zł. Wyprawa na Aconcaguę to około 9-10 tys. zł, plus około 4 tys. zł za przelot. Za około tysiąc złotych można dodatkowo kupić tygodniowe wyżywienie w bazie wraz z winem do kolacji.

Wiele wypraw na koniec świata organizuje agencja podróżniczo-trekkingowa Adventure 24 z Gliwic. Jej liderem jest Tomasz Kobielski, jeden z pierwszych Polaków, którzy zdobyli Koronę Ziemi.

Jego klienci dzielą się na dwie grupy. - Pierwszą grupą są ci, którzy od zawsze chodzą po górach. Zaczynali w Beskidach czy też w Bieszczadach, czyli niskich górach, a naturalną konsekwencją rozwoju ich hobby są wyjazdy w góry wyższe - mówi Kobielski. - Drugą grupą są ludzie, którzy kierują się modą. Decydują się na wybrane destynacje, na przykład na Kilimandżaro czy trekkingi w Himalajach albo w górach Peru połączone ze zwiedzaniem - wyjaśnia.

Jednak zdarza się, że ludzie jadą na Kilimandżaro, bo jest ono teraz modne. A potem zapisują się na kolejne wyprawy. Bo zdobywanie kolejnych gór wciąga. - Bywa, że uczestnicy są na wyjeździe potwornie zmęczeni i zapewniają, że nigdy więcej nie pojadą. Ale odpoczywają tydzień w domu i z perspektywy czasu widzą, że było warto. I zgłaszają się na następny wyjazd - opowiada Tomasz Kobielski.

Uczestnicy wypraw wykonują bardzo różne zawody. Są biznesmeni, lekarze, prawnicy, wojskowi. Łączy ich pewna zasobność portfela i aktywny tryb życia. W ciągu roku regularnie ćwiczą, dodatkowo przed każdą wyprawą pracownicy Adventure24 przeprowadzają z klientem wywiad. Pytają o stan zdrowia i aktywność fizyczną. Zalecają też przygotowanie. - Jeśli ktoś jest osobą w miarę ruszającą się, a przede wszystkim zdrową, nie cierpi na jakieś choroby przewlekłe, w szczególności nadciśnienie czy choroby serca lub nie jest za bardzo „przy kości”- mówi Kobielski.

Zawsze się zdarza, że część osób zawraca. Na Aconcaguę mimo przygotowań dociera statystycznie połowa. Ale komu się uda, chce iść jeszcze dalej.

Kobielski w swojej ofercie ma też Mount Everest. Wyprawy organizowane są zawsze wiosną, a ich koszt to 35-40 tys. dolarów, czyli 130-150 tys. zł. Chętni się znajdują. W tym roku wysłał jedną osobę. Udało jej się wejść na szczyt. W przyszłym roku ma wyjechać pięć, sześć osób.

Matylda Witkowska

Dodaj pierwszy komentarz

Komentowanie artykułu dostępne jest tylko dla zalogowanych użytkowników, którzy mają do niego dostęp.
Zaloguj się

plus.dzienniklodzki.pl

Polska Press Sp. z o.o. informuje, że wszystkie treści ukazujące się w serwisie podlegają ochronie. Dowiedz się więcej.

Jesteś zainteresowany kupnem treści? Dowiedz się więcej.

© 2000 - 2019 Polska Press Sp. z o.o.