Myślami jestem już w Rzymie, który zawsze jest fascynujący

Czytaj dalej
Fot. Andrzej Banaś
Jerzy Stuhr

Myślami jestem już w Rzymie, który zawsze jest fascynujący

Jerzy Stuhr

Jeszcze nie wybrzmiał finał „Don Pasquale”, jeszcze nie zdążył Pan nacieszyć się tym swoim, świetnym debiutem, a już leci Pan do Rzymu na kolejną realizację włoskiego filmu z Pańskim udziałem. Czy to znaczy, że „koniec z operami”? Zamyka Pan „rozdział” i pędzi dalej?

Kto wie? Opera jest dla mnie trudnym gatunkiem, bo chyba za słabo znam nuty. Na szczęście, gdy jest to opera włoska, jak „Don Pasquale” Dionizettiego, to dobrze orientuję się w tekście, bo rzecz idzie po włosku.

Więc może zostają mi tylko włoskie opery do ewentualnych realizacji?

Włoskich oper na szczęście jest sporo - więc będę myślał. No i zostają mi jeszcze polskie opery, takie jak na przykład „Halka”! Orientację mam poprzez tekst. Mój asystent siedzi obok mnie cały czas z partyturą na kolanach, a ja patrzę na tekst, na ruch, na tempo, na charaktery. Jest więc… dużo do patrzenia!

A „Don Pasquale” to opera komiczna, co zawsze jest dla mnie interesujące.

Szukanie rozwiązań scenicznych na „humor”, na „dowcip” jest dla mnie bardzo inspirujące.

A zdziwienie? Mam jedno: że ta nasza krakowska opera tak mało ma swoich śpiewaków.

Występują tu głównie ludzie „pożyczeni”: z Wrocławia, Bydgoszczy, Łodzi, Białegostoku. Nawet Norina - gra ją Alexandra Flood - pochodzi aż z Australii, choć już od dość dawna mieszka i śpiewa w Monachium.

Wszyscy świetnie śpiewają. Ale też są „rozrywani” na świecie. Pamiętam, jak przyszedł na casting pewien Koreańczyk: jeszcze nie zdążył cokolwiek zaśpiewać, tylko przyszedł się przywitać, bo zaledwie dzień wcześniej śpiewał w „Carmen” w Lizbonie. Oni takie życie prowadzą!

Ale ja, rzeczywiście, już myślami jestem w Rzymie.

Bo sercem - jestem tam zawsze. A teraz pędzę tam, bo włoscy twórcy czekali na mnie - z realizacją filmu - specjalnie do dnia premiery krakowskiej opery.

Bardzo fajna jest ta moja ekipa, młodzi ludzie… Mam jakieś szczęście do młodych. A przecież niejedną ekipę filmową znam i wiem, że bywa różnie z tak zwaną miłą atmosferą.

Cieszę się bardzo na ten mój Rzym! A ponieważ mam tylko jeden dzień zdjęciowy w świetle dnia, bo reszta moich zdjęć dzieje się w nocy, to biorę Basię, żebyśmy w ciągu dnia spokojnie chodzili sobie po Rzymie.

Parę nowych tras ostatnio nawet wymyśliłem!

Zaczniemy od grobu świętej Cecylii, bo tam jest wielka niezwykłość: jej kościół wybudowano w tym miejscu, gdzie ją zakatowano na śmierć. Odnaleziono jej ciało w takiej pozie, w jakiej jest teraz rzeźba, bo artysta tak chciał ją upamiętnić. Tak, jak ją znaleźli.

A więc najpierw św. Cecylia, potem Willa Borghese - chciałem sobie odnowić wrażenia, zwiedzałem te parki, świątynie, ruiny i inne cudowności chyba wtedy, gdy byłem w Rzymie pierwszy raz.

Zresztą Rzym jest dobry i fascynujący zawsze - podpisuję się pod wszystkim, co na temat tego swojego ukochanego miasta mawiał sławny reżyser Federico Fellini.

Dla mnie jest to bliskie miasto w jego szczęściu i nieszczęściu.

Byłem tam też niedawno, gdy było trzęsienie ziemi. Akurat byłem na ulicy Via Condotti, od Via del Corso szedłem w stronę Schodów Hiszpańskich.

Był wieczór, około godziny dzie-więtnastej. Hałas na ulicy, a ja szedłem i byłem akurat blisko Cafe Greco, gdzie miałem mieć spotkanie z producentem. Ten producent zaprosił mnie tam na kolację.

I nagle z kawiarni, z barów, których tam jest sporo, wszyscy naraz wybiegli.

Co jest, myślę, czy jakieś święto się szykuje?

Tłum się zrobił na ulicy. Przyszedłem na kolację, a producent mówi: przed chwilą było trzęsienie ziemi, nie czułeś? Lampy się huśtały, wszyscy wybiegli, metro zatrzymali na chwilę…

Włosi mają już takie wpojone zachowanie, że podczas trzęsienia ziemi nie należy siedzieć w lokalach, domach, w ogóle we wnętrzach, że trzeba natychmiast opuścić budynki.

I rzeczywiście, coraz mniej jest ofiar śmiertelnych. Jeszcze jak było trzęsienie w Amatrice, w marcu tego roku, to ofiar było sporo, 280 osób było zabitych. A tu ani jednej. Bo wszyscy byli już na zewnątrz.

Ale system systemem, a serce się kraje, jak np. bazylika świętego Bernarda, z czternastego wieku, pada tak łatwo. I w ogóle, że nieszczęście to dotyka kraju, który ma tak piękne zabytki i jest ich tak dużo…

Żeby to jakaś pustynia była, a tu samo piękno, wieczny zachwyt, cała cywilizacja.

Bardzo im współczuję, bo żyć z taką świadomością, że w każdej chwili będziesz musiał się do namiotu przenieść, że niczego nie będziesz miał i w ogóle dotychczasowego świata swojego już nie zobaczysz, jest smutne i przykre.
Notowała:
Maria Malatyńska

Jerzy Stuhr

Dodaj pierwszy komentarz

Komentowanie artykułu dostępne jest tylko dla zalogowanych użytkowników, którzy mają do niego dostęp.
Zaloguj się

plus.dzienniklodzki.pl

Polska Press Sp. z o.o. informuje, że wszystkie treści ukazujące się w serwisie podlegają ochronie. Dowiedz się więcej.

Jesteś zainteresowany kupnem treści? Dowiedz się więcej.

© 2000 - 2019 Polska Press Sp. z o.o.