Moja Łódź jest zawsze czarno-biała

Czytaj dalej
Anna Gronczewska

Moja Łódź jest zawsze czarno-biała

Anna Gronczewska

O dzieciństwie w Łodzi, rozstaniach, które przyszło jej przeżyć w marcu 1968 roku, i o tym, jak broniła siedziby Teatru Żydowskiego w Warszawie - opowiada Gołda Tencer.

Wraca Pani często wspomnieniami do swego łódzkiego dzieciństwa?
Bardzo często. Moja Łódź jest zawsze czarno-biała. Tak widzę moją ukochaną Łódź. Miasto mojego dzieciństwa, młodości. Miasto, które tętniło życiem, przynajmniej dla mnie. Do tego miasta dziś rzadko wracam, raczej we wspomnieniach.

Dlaczego Łódź w Pani wspomnieniach jest czarno-biała?
Nie wiem. To nie znaczy, że tej Łodzi nie lubiłam. Ja ją kochałam, ale w takich barwach zapamiętałam to miasto w początkach lat sześćdziesiątych. Zapamiętałam ją pozytywnie. Teraz, gdy bardzo rzadko odwiedzam to miasto, wszyscy moi przyjaciele wyjechali w 1968 roku. Został ogromny żal.

Odwiedziła Pani po latach kamienicę przy ul. Próchnika 28, w której się wychowała?
Za każdym razem, kiedy jestem w Łodzi, wchodzę na jej podwórze. Żałuję, że nie ma już tej fantastycznej bramy, z okienkiem, którą po godzinie 22.00 otwierał stróż. Trzeba było mu dać 2 złote. Zostały kocie łby. Kiedy po wielu latach znów weszłam na klatkę schodowa mojej kamienicy, zobaczyłam resztki „wałka”, którym pomalowane były jej ściany. Podwórko jest o 50 lat starsze, wygląda znacznie gorzej niż wtedy. Zawsze chciałam wejść do mojego mieszkania, ale mój przyjaciel mówił: Gołda, nie wchodź, zachowaj wspomnienia. Kiedy dwa lata temu odwiedziłam tę kamienicę, pytałam o ludzi, czy pamiętają rodzinę Tencerów, okazało się, że jedna osoba nas pamiętała. Spotkałam też pana, który mieszkał w naszym mieszkaniu.

Zaprosił Panią do niego?
Zaprosił... Zaczęłam go pytać, czy była sztaba między drzwiami. Nie było. Pytałam o kolejne rzeczy. Też zniknęły. Doszłam do pierwszego piętra i dalej nie poszłam. Chciałam zachować w pamięci moją Łódź, nasze mieszkanie takim, jakie było.

Koledzy z podwórka mówili na Panią Gienia...
Rodzice, nadając nam żydowskie imiona, bali się, więc spolszczyli nam imiona. Ja byłam Gienią. Gdy dziś ktoś dzwoni do mnie po tylu latach i prosi Gienię, to wiem, że to znajomy z czasów mojej ukochanej Łodzi.

Rodzice pochodzili z Łodzi?
Mama tak. Mieszkała na Bałutach, przy ulicy Berka Joselewicza, w jednym z połączonych pięciu domów. Klepali straszną biedę. Opowiadała, że gdy zbliżały się święta, to babcia gotowała w garnkach wodę i wkładała do nich kamienie.

Dlaczego?
Żeby ta pokrywka się ruszała i sąsiedzi widzieli, że u nich też gotuje się na święta. Rodzina taty przed samą wojną mieszkała w Warszawie. Znaleźli się w getcie, przeszli przez Majdanek, Auschwitz. Tata wyzwolony został w Mauthausen. Zginęła niemal cała jego rodzina. Przeżył tylko tata i jego brat Menasze. A tata i jego rodzina pochodzili z Łukowa koło Siedlec. Kilka lat temu zadzwoniła pani, która znalazła informację o Tencerach. Od tego czasu jestem bogatsza. Odnalazłam rodzeństwo mojego taty. Wiem, jakie nosili imiona. Jego mama była z domu Eisenberg. Poznałam ich daty urodzenia. Tata rzadko wspominał o rodzinie. Były to dla niego bardzo ciężkie sprawy. Miał żonę i córeczkę, które zginęły podczas wojny. Tak więc do tych wspomnień w zasadzie się nie wracało.

Rodzice byli praktykującymi Żydami?
Powiedziałabym, że tradycyjnymi. Tata po wojnie nigdy nie wszedł do synagogi, choć pochodził z bardzo religijnej rodziny. Zawsze pojawiało się pytanie: Gdzie byłeś, Boże, kiedy to się stało? Przyrzekł sobie, że po wojnie nie pójdzie do synagogi. Wszystkie święta, a szczególnie Pesach, a więc odpowiednik katolickiej Wielkanocy, obchodziliśmy w domu. Do synagogi ja i brat chodziliśmy z mamą.

Wielkanoc żydowska nie przypadała w tym czasie co u katolików?
Zwykle nie. U Żydów święta są ruchome. Nie ma stałych dat. U mnie w domu święta zawsze były pięknie obchodzone. Była wieczerza sederowa, kielich dla proroka Eliasza. Kultywuję te tradycje do dzisiaj.

Żydowską Wielkanoc obchodziłam w poniedziałek. Ale w tym tygodniu przez dwa dni w naszym teatrze obchodziliśmy ekumeniczną Wielkanoc. Było to połączenie żydowskiego i katolickiego święta. Przez dwa dni cały zespół świętował. To nasza tradycja. Żyjemy tyle lat w symbiozie. Mamy aktorów, którzy nie są Żydami, a są ponad 30 lat związani z naszym teatrem. Mówią, że są Żydami przez zasiedzenie i za to ich kocham.

Moja Łódź jest zawsze czarno-biała

Wróćmy do Łodzi, tu zaczęła się Pani kariera?
Jeśli można powiedzieć, że to kariera, to tak. W Teatrze Arlekin, gdzie dyrektorem był Henryk Ryl. Cudowna postać. Wspominam ten czas fantastycznie. Debiutowałam rolą małego Młynka. Było to zaraz po maturze. Nie dostałam się wtedy do łódzkiej Szkoły Filmowej. Występowałam więc w „Arlekinie” i Teatrze Muzycznym w Łodzi jako jedna szesnasta chóru. Grałam też Gerdę w Teatrze Powszechnym. W międzyczasie zaczęłam studia na kulturoznawstwie na Uniwersytecie Łódzkim. Zawsze jednak wiedziałam, że chcę być aktorką. Bardzo często przyjeżdżał do Łodzi Teatr Żydowski prowadzony przez Idę Kamińską. Chodziliśmy z rodzicami na wszystkie przedstawienia, po pięć, sześć razy. Marzyłam, by występować w tym teatrze. Było to też marzenie taty. I spełniło się w 1969 roku. Tak zaczęła się moja długa droga. Wiele działo się w moim życiu. Najbardziej załamał mnie Marzec 1968 r. Do dziś mam traumę.

Chodziła Pani na dworzec żegnać kolegów, którzy musieli wyjechać z Polski?
Odprowadzałam ich na Dworzec Fabryczny. I zawsze się zastanawiałam, kto mnie odprowadzi. Po latach Fundacja Shalom, której prezesuję, ufundowała tablicę na Dworcu Gdańskim w Warszawie. Widnieje na niej napis: „Tym, którzy wyjechali z paszportem podróży w jedną stronę”. Znajduje się tam też sentencja Henryka Grynberga: „Tu więcej zostawili po sobie niż mieli”. Ten warszawski dworzec jest symbolem wszystkich dworców, na które odprowadzaliśmy naszych przyjaciół.

Nie myślała Pani, żeby też wyjechać z Polski?
Myślałam, bardzo chciałam wyjechać. Ale tata nie chciał opuścić Polski. Tu zginęła cała jego rodzina, tu pozostały ich prochy i chciał się nimi opiekować. Mój brat Janusz wyjechał. Na szczęście nadszedł taki moment, że możemy się już normalnie kontaktować, spotykać.

W Warszawie poznała Pani miłość swego życia...
Szymona Szurmieja, z którym byłam związana przez całe życie. Był moją największą miłością. To, co nam się najbardziej udało, to nasz syn Dawid. Szymon Szurmiej był takim kolorowym ptakiem. Niezwykłym człowiekiem. Zawsze powtarzałam, że ciężko być i żyć z Szymonem, ale jeszcze gorzej bez niego. Szymon miał ogromną charyzmę, przyciągał ludzi. Poza tym był naprawdę fantastycznym człowiekiem. Bardzo go brak.

Zwłaszcza w ostatnich miesiącach, gdy przeżywa Pani trudne chwile?
To bardzo ciężki czas. Zostałam dyrektorem Teatru Żydowskiego w chwili, gdy utraciliśmy swoją siedzibę. Gdy jest burzony budynek tego teatru, czujemy się, jakby po kawałku odcinano nasze ciało. To strasznie boli. Kilka dni temu pojechaliśmy się pożegnać z tym miejscem, którym był naszym domem. Spędzaliśmy w nim więcej czasu niż w rodzinnych domach. Nigdy nie powinno dojść do sytuacji, że Teatr Żydowski traci siedzibę. Mówią nam, że to tylko na parę lat, potem wybuduje się nowy teatr. Ale nikt nas nie zapytał, co będziemy robić przez te parę lat. Teatr wiele gra, zdobywa nagrody. Mamy fantastyczny zespół. To też zasługa Szymona Szurmieja. Mamy tymczasową siedzibę przy ul. Senatorskiej 35. Gramy w warszawskim Klubie Dowództwa Garnizonu przy al. Niepodległości 141A. Najnowsza premiera „Malowanego ptaka” Jerzego Kosińskiego w reżyserii Mai Kleczewskiej odbędzie na scenie TR Warszawa w ATM Studio. Cieszę się, że teatry wyciągają do nas dłonie i zapraszają nas do współpracy. Czego nie można powiedzieć o naszych najbliższych, czyli Stowarzyszeniu Społeczno-Kulturalnym Żydów w Polsce.

Niedawno to stowarzyszenie wykluczyło Panią ze swoich szeregów. Przeżyła to Pani bardzo?
To przykre. Zostałam usunięta bo broniłam teatru. Nie mam nawet słów, by o tym mówić. Towarzystwo, które nazywa się największą organizacją żydowską w Polsce, tak postępuje. Broniłam swojego teatru i będę go dalej bronić. Budynek został zbudowany dla Idy Kamińskiej, działkę pod niego ofiarował Amerykański Jewish Joint Distribution Committee. Problem w tym, że w czasach komuny amerykańska organizacja nie mogła przekazać darowizny na rzecz państwowego teatru, więc dostało ją TSKŻ. Według umowy, którą podpisaliśmy, w tym miejscu mieliśmy grać do końca. Budynek miał być podzielony na dwie części. Jedna miała być zburzona i tam miał powstać teatr. My w ciągu dwóch miesięcy mieliśmy się przeprowadzić na drugą stronę i wtedy miała rozpocząć się rozbiórka starej sceny. A tu zaczęło się burzenie całego teatru.

Pani syn odziedziczył zdolności po rodzicach?
Myślę, że ma nawet większe. Zajmuje się filmem. Jest producentem wielu obrazów, m.in. świetnego „Robert Mitchun nie żyje”. Robi wiele reklamówek. Gra w teatrze i jest bardzo dobrym aktorem. Jednak to reżyseria jest jego życiem, ale więcej już nic nie powiem, ponieważ złości się, gdy o nim opowiadam. Mogę się tylko cieszyć, że jest związany z kulturą żydowską.

Anna Gronczewska

Jestem łodzianką więc Kocham Łódź. Piszę o historii mojego miasta, historii regionu, sprawach społecznych, związanych z religią i Kościołem. Lubię wyjeżdżać w teren i rozmawiać z ludźmi. Interesuje się szeroko pojmowanym show biznesem, wywiady z gwiazdami, teksty o nich.

Dodaj pierwszy komentarz

Komentowanie artykułu dostępne jest tylko dla zalogowanych użytkowników, którzy mają do niego dostęp.
Zaloguj się

plus.dzienniklodzki.pl

Polska Press Sp. z o.o. informuje, że wszystkie treści ukazujące się w serwisie podlegają ochronie. Dowiedz się więcej.

Jesteś zainteresowany kupnem treści? Dowiedz się więcej.

© 2000 - 2020 Polska Press Sp. z o.o.