Mieć 70 lat i... napaść na bank

Czytaj dalej
Fot. pixabay.com
Alicja Zboińska

Mieć 70 lat i... napaść na bank

Alicja Zboińska

Jeden występek w ciągu dnia sprawia, że żołądek dobrze się ma - mówi 77-letnia Stina, uczestniczka Emeryckiej Szajki, bohaterka książek Cathariny Ingelman-Sunberg.

Co można robić na starość? Nie, wcale nie bawić wnuków lub wypatrywać nieuchronnego. Emerytura to bowiem najlepszy czas, by napadać na banki i muzea oraz być niczym posunięty nieco w latach Robin Hood. Emeryckiej Szajce nie chodzi bowiem o wzbogacenie się, tylko o to, by starszym ludziom żyło się lepiej. Wszystkim starszym ludziom. A taki cel wymaga armat, czyli pieniędzy i to grubych. Milionów - w tym przypadku szwedzkich koron, gdyż Emerycka Szajka to bohaterowie zabawnej książkowej trylogii Cathariny Ingelman-Sundberg. I mimo że to wszystko fikcja literacka, to można odnieść wrażenie, że przynajmniej część emerytów z naszego regionu oraz z kraju zapatrzyła się w poczynania sympatycznych książkowych Szwedów i postanowiła się na nich wzorować.

Szajkę tworzy pięcioro podopiecznych jednego ze szwedzkich domów opieki. Mają przynajmniej 70 lat i tak długą listę zarzutów w stosunku do właścicieli domu opieki, że dochodzą do wniosku, że lepiej niż w dotychczasowym miejscu będzie im w... więzieniu. Tam będą mogli liczyć na lepsze posiłki i więcej ruchu - za sprawą więziennej siłowni. A w domu opieki, w którym przede wszystkim brakuje opieki, mogą jedynie liczyć na skromne porcje, racjonowaną kawę i pigułki zamiast ćwiczeń. Tego wytrzymać się nie da!

Martha, Geniusz, Stina, Grabi i Anna Greta nie działają jednak pochopnie. Dbają o rozwój ciała i umysłu, a wszelkie posunięcia konsultują przy nalewce z moroszek. Na szampan przyjdzie czas po udanym skoku.

Zaczynają ćwiczyć, a żeby dźwigać hantle, jeździć na rowerze i skakać przez skakankę muszą popełnić pierwsze przestępstwo - włamać się do siłowni tylko dla personelu. Personelu, który jest przekonany, że ćwiczenia to ostatni rzecz, jaką potrzeba staruszkom. Ale nie tym, którzy postanawiają wkroczyć na drogę przestępstwa.

Od nielegalnych ćwiczeń blisko już do równie niezgodnej z prawem ucieczki z domu, w którym jest wszystko oprócz opieki. Nic dziwnego, że szajka zamienia dom na luksusowy hotel, gdzie zaczyna włamywać się do szafek w hotelowej saunie. To nie koniec ich możliwości: po ćwiczeniach w saunie przychodzi czas na kradzież arcydzieł malarstwa z hotelu, a następnie na włamania do banków. W kolejnych tomach zaprawieni w bojach emeryci będą walczyć m.in. z gangsterami, a ze swoją złodziejską działalnością przekroczą nawet ocean.

I choć polskim emerytom i emerytkom daleko do ich szwedzkich, przynajmniej literackich, kolegów, to okazuje się, że i oni mają swoje „zasługi” dla rozwoju kryminalistyki. A swoimi wyczynami potrafią zaskoczyć i policję, i bliskich, i w zasadzie całe społeczeństwo.

- Osoby starsze kojarzą nam się z mądrością, większym spokojem, moralnością - zauważa Anna Miżowska, łódzka psycholog i terapeutka. - Z drugiej jednak strony seniorów kojarzymy także z gorszą kondycją fizyczną i psychiczną. To wszystko powoduje, że tak jesteśmy zaskoczeni przestępstwami popełnianymi przez emerytów, nie podejrzewamy ich o to. Do grupy podejrzanych zalicza się głownie młodszych mężczyzn i panów w średnim wieku, a wraz z wiekiem mężczyźni tracą testosteron i wówczas trudniej im o przestępczą aktywność.

Anna Miżowska jest jednak przekonana o jednym: przestępcy z siwymi lub farbowanymi włosami już wcześniej musieli zdradzać złodziejskie lub mordercze inklinacje. Nikt bowiem - dowodzi pani psycholog - nie zostaje przestępcą na starość. I choć przez lata wcale nie musiał się trudnić działalnością, której wymiar sprawiedliwości by nie pochwalił, to taka zdolność musiała się w nim tlić.

Tyle nauka i statystyka. W praktyce natomiast...

Czasami starsze osoby mogłyby z powodzeniem oszukać wariograf i to w sytuacji, gdy śledczy mają pełne prawo do postawienia im zarzutów. Są bowiem tak przekonani o tym, że nie robią nic złego, że maszyna musiałaby uznać taki wynik za prawdziwy. Problemów z wariografem nie miałaby pani Helena, 80-letnia emerytka z Chojen, która przez miesiąc doglądała niewielkiej... plantacji marihuany. Robiła to na prośbę wnuka, który wyjechał na wakacje. Zanim spakował się do plecaka zostawił babci dokładne wskazówki podlewania ulubionych „ziół”.

Sumienna babcia dokładnie ich przestrzegała, a zioła przyczyniły się nawet do jej konfliktu z sąsiadką. I choć starsze panie mieszkały obok siebie od lat i od lat właśnie utrzymywały przyjazne stosunki, to przez owe „zioła” po raz pierwszy się pokłóciły.

- Przecież pani tu amfetaminę hoduje - sąsiadka nieprecyzyjnie wytknęła pani Helenie przestępstwo.

- Jaką amfetaminę, ja tu wnuczkowi zioła podlewam - zripostowała przekonana do swoich racji pani Helena.

Obie panie pozostały przy swojej mniej lub bardziej precyzyjnej wiedzy, ale już takiej serdeczności jak zwykle między nimi nie było.

Nawet gdyby pani Helena oblała test na wykrywaczu kłamstw lub zwyczajnie odwiedziłby ją policjant, to kilka krzaczków na Chojnach nie uczyniłoby z babci i wnuczka narkotykowych bossów.

Jeden występek w ciągu dnia sprawia, że żołądek dobrze się ma - mówi 77-letnia Stina, uczestniczka Emeryckiej Szajki, bohaterka książek Cathariny Ingelman-Sunberg.

Na to miano bardziej zasługują mieszkanki Gdańska, choć one dopiero - także z racji na wiek - debiutują w przestępczej branży.

W tym przypadku także wszystko zaczęło się od namów młodszej osoby. To 36-latka - jak mówią policjanci - sprowadziła 59-letnią Teresę i jej trzy lata młodszą siostrę Irenę na przestępczą drogę. Najmłodsza kobieta trudniła się bowiem sprzedażą narkotyków. Przez kilka miesięcy sprzedała kilkadziesiąt gramów amfetaminy i haszyszu. I pewnie interes by się dalej kręcił, gdyby nie telefon od mieszkańca Gdańska, który doniósł policji, w którym to domu handluje się narkotykami. Waga doniesienia wzrosła, gdy mężczyzna zaznaczył, że drzwi do tego domu niemal się nie zamykają.

Policjanci nie mieli wyjścia, musieli się tam wybrać. Jak wynikało z ich relacji drzwi otworzyła starsza kobieta. Policjanci w mieszkaniu znaleźli litrowy słoik z amfetaminą, 15 sztuk mocnej marihuany, a całości dopełniło 200 torebek, które były przygotowane do napełnienia narkotykami. Starsza pani miała w tym czasie więcej gości, odwiedziło ją troje nastolatków, którzy wybrali się tu na zakupy.

Policjanci dowiedzieli się, że 59-letnia Teresa i 56-letnia Irena zajęły się handlem narkotykami, by... dorobić do zasiłku z pomocy społecznej. Ponoć wpadła na to córka jednej z zatrzymanych kobiet.

Niektórzy emeryci najwidoczniej wierzą we własne uprawy. Na hodowlę konopi indyjskich w przydomowej szklarni postawiła 61-letnia mieszkanka jednej z pomorskich gmin. Szesnaście krzaków konopi indyjskich ukryła pod folią. Nietypowa plantacja, która zajęła miejsce pomidorów, rozwijała się od kilku miesięcy. W mieszkaniu 61-latki policjanci znaleźli plony: 30 gram suszu. Wyceniono je na minimum 10 tys. zł, a pani może się spodziewać długiej odsiadki.

Nie wszyscy emeryci inwestują w narkotyki. Niektórym wystarcza tytoń, ale za to niewiadomego pochodzenia. Niewiadomego tak naprawdę stróżom naszego prawa, gdyż zainteresowani doskonale wiedzą, skąd ów towar pochodzi. Przez „krajankę tytoniową” w tarapaty wpadła 69-letnia mieszkanka gminy Drzewica. Kobieta w mieszkaniu miała ponad 12 kilogramów tego towaru. Policjanci wyliczyli, że gdyby całość sprzedała, to budżet państwa straciłby na tym ponad 9,5 tys. zł. Towar został skonfiskowany, a 69-latka czeka na grzywnę. Policjanci już podkreślają, że będzie ona wysoka. Zapewne, by innym 69-latkom takie zajęcia do głowy nie przychodziły.

Osoby, które na emeryturze postawiły na dreszczyk emocji nie ograniczają się jedynie do uprawy i handlu tego, czego uprawiać i czym handlować nie wolno. Przykład z Łodzi pokazuje, że emerytura to idealny moment na... zarządzanie włamaniami do mieszkań. Same „włamy” można natomiast zostawić innym, bo to nie zajęcie na starsze lata...

W ubiegłym roku mogli z ulgą odetchnąć mieszkańcy Łodzi, a stało się to, gdy policja pochwaliła się zatrzymaniem pięciu osób, które postawiły na włamania do mieszkań. Nie byłoby w tym nic dziwnego, gdyby nie to, że mózgiem złodziejskich operacji była 65-latka, a jednym z nieformalnych kierowników dwa lata młodszy mężczyzna.

I może grupa działałaby dłużej, gdyby nie chciwość albo braki w planowaniu. Policjanci wzięli ją bowiem na celownik, gdy z jednym z okradzionych łodzian skontaktował się mężczyzna, który złożył propozycję jednak do odrzucenia: zwrot ukradzionych rzeczy w zamian za okup. Był na tyle wspaniałomyślny, że zaoferował nawet zwrot ukradzionych dokumentów.

Okradziony łodzianin nie okazał jednak wdzięczności i o wszystkim powiadomił policję, a policjanci zdecydowali się urządzić zasadzkę.

Dwaj złodzieje i jego ofiara spotkali się w centrum Łodzi, a dalej było już w niczym sensacyjnym filmie. Policjanci zablokowali bowiem samochód, którym przyjechali złodzieje. Ci byli tak zaskoczeni, że nawet nie sięgnęli po paralizator, który znajdował się w samochodzie. Od zatrzymania złodziei niedaleko już było do garażu, który został przez nich wynajęty na łódzkim Polesiu. Tam policjanci znaleźli między innymi skradzione komputery, dokumenty i obrazy, a także niezbędne akcesoria w tym fachu: specjalne urządzenie, które rozkodowywało zamki elektroniczne oraz kamery przemysłowe, tzw. surówki kluczy i różne środki łączności.

Okazało się, że za wszystkim nie stali jedynie dwaj zatrzymani mężczyźni. Kilka dni później wpadło dwóch kolejnych łodzian, w tym 63-latek. To do nich należało zlecanie włamań, a także kierowanie nimi.

I to jeszcze nie był koniec, ciągle brakowało szefa złodziejskiego gangu. A w zasadzie - jak się okazało kilka dni później - szefowej. Ostatnim ogniwem w złodziejskim łańcuchu była bowiem 65-letnia łodzianka. To ona była mózgiem całkiem operacji i wszystko zorganizowała.

Łodzianka musi się jednak dużo jeszcze nauczyć od Marthy i jej szwedzkich przyjaciół. Być może w więzieniu (w sumie może spędzić za kratkami nawet dziesięć lat) będzie miała naprawdę dużo czasu na zapoznanie się ze złodziejskim know-how Emeryckiej Szajki.

A kluczem do wszystkiego jest wiek. Członkowie Emeryckiej Szajki już dawno świętowali siedemdziesiąte urodziny. Starusze osoby nikt nie podejrzewa o to, że są zdolne do tego, do czego tak naprawdę są zdolne. I - jak ze smutkiem konstatuje książkowa Martha - na starszych ludzi nikt nie zwraca uwagi. A to pozwala im trudnić się napadami i inną działalnością niekoniecznie zgodną z prawem.

I choć to tak naprawdę słowa szwedzkiej pisarki, to podpisują się także pod nimi psychologowie i socjologowie. Nasze społeczeństwo skupione jest bowiem na młodych i nieustannie oddaje im hołd. W Polsce starsze osoby są w społeczeństwie jeszcze mniej widoczne, nie trzeba więc pisać wprost, jakie możliwości to oznacza...

Alicja Zboińska

Jestem dziennikarką Dziennika Łódzkiego, zajmuje się głownie sprawami konsumenckimi, pomocą naszym czytelnikom w rozwiązywaniu codziennych problemów.

Dodaj pierwszy komentarz

Komentowanie artykułu dostępne jest tylko dla zalogowanych użytkowników, którzy mają do niego dostęp.
Zaloguj się

plus.dzienniklodzki.pl

Polska Press Sp. z o.o. informuje, że wszystkie treści ukazujące się w serwisie podlegają ochronie. Dowiedz się więcej.

Jesteś zainteresowany kupnem treści? Dowiedz się więcej.

© 2000 - 2019 Polska Press Sp. z o.o.