Mały łoś, który stracił matkę ma nową rodzinę w osadzie leśnej w Kole

Czytaj dalej
Fot. Dariusz Śmigielski
Aleksandra Tyczyńska

Mały łoś, który stracił matkę ma nową rodzinę w osadzie leśnej w Kole

Aleksandra Tyczyńska

Młoda klępa łosia kilka dni walczyła o życie. To było jej pierwsze młode. Kiedy przy martwej matce znaleźli je ludzie, było przerażone.

Dwa, może trzy dni trwała agonia młodej klępy łosia. Leśnicy, którzy później pojawili się na miejscu nie mieli wątpliwości, że padła w wyniku komplikacji poporodowych. Gorączkowała, ale mały łoszak potrzebował matki. Walczyła o życie, o czym świadczyły wytarte ślady w leśnej ściółce. A on, trwał przy niej, nie wiedząc, co się dzieje.

- Z daleka było widać, że matka nie żyje, a młode jest przerażone. Kiedy zacząłem się zbliżać, zupełnie znieruchomiał. Nie miał już ochrony ze strony matki i myślę, że działał instynktownie - jak to dzikie zwierzę, udawał, że go nie ma - mówi Witold Grabski, myśliwy z koła łowieckiego „Diana”, który tego dnia robił obchód żerowisk.

Natychmiast zadzwonił do leśniczego leśnictwa Grabiny, a on po uzgodnieniach z Nadleśnictwem Opoczno poprosił Pawła Kowalskiego prowadzącego Ośrodek Rehabilitacji Dzikich Zwierząt w Kole pod Piotrkowem Trybunalskim o pilny przyjazd.

Mały łoś, który stracił matkę ma nową rodzinę w osadzie leśnej w Kole
Dariusz Śmigielski Mały łoś szybko się przywiązuje - przytula się, domaga pieszczot i spacerów, a nawet próbuje ssać o robi „malinki”

- Zanim przyjechałem leśnicy zabezpieczyli już malucha, który próbował uciekać i w drodze do Koła był już spokojny - mówi Paweł Kowalski. - Jedynym naszym zmartwieniem w tamtym momencie było to, że puszczał śmierdzące bąki, co mogło świadczyć o tym, że napił się zgorączkowanego mleka matki i może rozwijać się infekcja.

Jeszcze wtedy Paweł Kowalski, do którego już na dobre przylgnął przydomek „polskiego dr Dolittle’a” nie zdawał sobie sprawy, ile zmartwień, ale też wzruszeń i radości dostarczy jemu i pracownikom osady rodzicielstwo zastępcze dla zaledwie kilkudniowego łosia.

Apetyt ma taki, że kozy nie nadążają z produkcją mleka

Największa satysfakcja jest wtedy, kiedy dzikie zwierzę, które się uratowało, odchowało i wyleczyło można zwrócić naturze, kiedy odchodzi nawet nie oglądając się na człowieka. Tak od lat powtarza leśnik Paweł Kowalski i dlatego nie oswaja dzikich zwierząt, co do których jest szansa, że po odzyskaniu sił będą mogły wrócić na wolność.

Mały łoś, który stracił matkę ma nową rodzinę w osadzie leśnej w Kole
Dariusz Śmigielski

Szybko stało się jasne, że tej zasady nie będzie można zastosować do małego łosia, że - żeby zastąpić mu matkę - trzeba będzie karmić, masować, spacerować i przytulać.

- Klępy łosi są bardzo troskliwymi matkami i ich młode długo z nimi zostają. Nazywamy je „maminsynkami”. Jelenie i sarny odchodzą, żerują, wracają do swojego młodego, a łosie są cały czas z matką i razem wędrują - mówi leśnik.

Pierwsza noc z małym łosiem w Kole zeszła na próbach nakarmienia go kozim mlekiem.

- Kiedy maluchowi wrócił apetyt i zaczął jeść tak jak trzeba, czyli 12 - 15 razy na dobę, musieliśmy dokupić dwie kozy, bo dwie, które już były nie nadążały z produkcją mleka - mówi leśnik.

Łoszak jest oczywiście jeszcze nieporadnym malcem swojego gatunku, który chwieje się na długich nogach, ale już teraz waży 25 kg i w miarę, jak będzie rósł, może okazać się, że na jego wyżywienie pracować będzie musiało jeszcze więcej kóz.

Mały łoś, który stracił matkę ma nową rodzinę w osadzie leśnej w Kole
Dariusz Śmigielski Rzadki okaz - czarny bocian, który złamał sobie skrzydło

Opieka nad malcem to jednak nie tylko karmienie co dwie godziny.

- Po każdym posiłku musi być masowanie brzusia i spacerek. Chodzi z nami tak jak, jakby chodził z matką. Przytula się, obwąchuje, a nawet liże i próbuje przyssać się do ciała, kiedy jest głodny, więc robi nam „malinki” - śmieje się Paweł Kowalski, dodając, że do małego lgną psy, koty, a nawet kury: - Opuściły kurnik i zaczęły z nim nocować. Nie posądzam ich jednak o jakieś instynkty macierzyńskie. Mały był tak zarobaczony, że pewnie stwierdziły, że szkoda, żeby tyle jedzenia się marnowało.

Wszystko wskazuje na to, że mały łoś, mimo przejściowych kryzysów, spokojnie osiągnie wiek 2 - 3 miesięcy - ten wiek, kiedy nie będzie już zagrożenia infekcjami związanymi z obniżeniem odporności, jaką dawałoby małemu mleko matki.

- Przy każdej zmianie zachowania konsultujemy się z weterynarzami. Korzystamy z doświadczeń lekarzy na Mazurach, na Lubelszczyźnie - mówi pan Paweł.

Mały łoś bardzo się przywiązuje. Dlatego też jego ojciec zastępczy już obmyśla, jak to będzie w przyszłości. A w przyszłości pieszczotliwie teraz nazywany Niuńkiem łoś będzie dorosłym bykiem i ważyć będzie nawet 400 kg. Swojego ojca zastępczego w okresie bukowiska może traktować jak drugiego, konkurencyjnego byka łosia. Z instynktem nie będzie dyskusji i z pewnym niebezpieczeństwem trzeba się będzie liczyć.

Mały łoś, który stracił matkę ma nową rodzinę w osadzie leśnej w Kole
Dariusz Śmigielski Pani puchacz ze zwichniętym skrzydłem tęskni za swoim samcem

- Oswojony z ludźmi nie będzie mógł wrócić na wolność. Zbudujemy mu więc nową łosiową zagrodę. Spróbujemy też zaprzyjaźnić go z młodą łanią jelenia, którą w ubiegłym roku wędkarze wyłowili z Pilicy. Ona też jest samotna, szuka towarzystwa, więc mogliby sobie chodzić razem - planuje leśnik.

Z piotrkowskiego blokowiska w leśne ostępy i do filmu

Leśną osadę edukacyjną w Kole połączoną z ośrodkiem rehabilitacji dzikich zwierząt początkowo odwiedzało kilkaset osób rocznie, a ratowało się tutaj nie więcej niż kilkadziesiąt zwierząt. W ubiegłym roku osadę odwiedziło już 9 tys. osób, a liczba uratowanych dzikich zwierząt sięgnęła 350. Szkolne wycieczki stoją w kolejce i zapisują się z kilkumiesięcznym wyprzedzeniem.

Zwierzęta, a szczególnie ptaki kochał zawsze, ale wychował się na piotrkowskim osiedlu Wyzwolenie, typowym blokowisku. Wybór drogi życiowej wcale nie był taki oczywisty. Paweł Kowalski poszedł jednak za głosem serca i ukończył technikum leśne w Zagnańsku (woj. kieleckie). Został leśnikiem, a potem strażnikiem leśnym.

Mały łoś, który stracił matkę ma nową rodzinę w osadzie leśnej w Kole
Dariusz Śmigielski Paweł Kowalski ze złaknioną towarzystwa młodą łanią jelenia. Ma nadzieję, że zaprzyjaźni się ona z małym łosiem

Naturalną koleją rzeczy było podjęcie pracy w Nadleśnictwie Piotrków. Jakiś czas jeszcze dojeżdżał z miasta, ale w końcu dostał w przydziale leśniczówkę - chatę położoną w lesie wsi Koło. Justyna, dziewczyna z miasta, z którą wtedy się przyjaźnił, nie zraziła się. Pomagała mu się urządzać i później została jego żoną. Zagroda powoli wypełniała się zwierzętami gospodarskimi, ale też rannymi, chorymi i młodymi dzikimi zwierzętami, które ludzie z okolicznych wsi znosili do leśniczego.

Dziś, po ponad 20 latach to miejsce w niczym nie przypomina tamtego. Przybyło zagród, powstały nowe budynki, woliery dla dzikiego ptactwa. Wciąż jednak, inaczej płynie tu czas, czuć miłość i szacunek do zwierząt, i hołdowanie naczelnej zasadzie - każde zwierzę ma prawo do życia.

Mały łoś, który stracił matkę ma nową rodzinę w osadzie leśnej w Kole
Dariusz Śmigielski

Osada w Kole była miejscem akcji serialu „Ekoecho”, a potem programu łódzkiej telewizji „W leśniczówce”. Pan Paweł połknął filmowego bakcyla i z Piotrem Makowcem, nauczycielem z Piotrkowa nakręcił film „Testament łowiecki”, w którym emerytowany leśniczy Krzysztof Grabałowski opowiada o swoim doświadczeniu. Później był serial „Zwierzątkowo” (dostępny na kanale Youtube), którego bohaterami były m.in.: bocian, żaba, dzik, jeż, lis, sokół, jastrząb, sarna, a teraz - w 8. odcinku - występuje m.in. kuna.

Paweł Kowalski współpracował też z Janem Jakubem Kolskim przy realizacji filmu „Las, 4 rano”. Na plan przyjechał z wiewiórkami i karmił je tak, by zechciały chodzić po głowie Krzysztofa Majchrzaka. Jedna z nich uciekła z ziemianki i zdecydowała się zejść z drzewa dopiero wtedy, kiedy zobaczyła kitkę dźwiękowca.

- Nie jestem treserem, układam się i dogaduję ze zwierzętami na zasadach kompromisu, bo rozumiem ich instynkty i zachowania. Kino jest tylko magią i nie dopuściłbym do tego, żeby jakiekolwiek zwierzę ucierpiało ku uciesze gawiedzi. Dlatego tak dobrze pracowało mi się przy tym filmie. Zarówno Kolski, jak i producent byli przeciwni nawet temu, by jakieś zwierzę się stresowało, dlatego zrezygnowali ze scen z sarną - mówi Kowalski, który - jako że w filmie potrzeba czasem martwych zwierząt, zbiera te padłe w wyniku np. wypadków, zamraża i udostępnia potem filmowcom w potrzebie.

„Stare bocianisko”, stęskniona pani puchacz i pogryzione liski

Większość uratowanych zwierząt wraca na wolność, ale niektóre zostają jako stali rezydenci. Jednym z bardziej znanych był nieżyjący już 16-letni odyniec. Jako jedyny warchlak ocalał z wypadku na trasie Warszawa - Katowice, w którym zginęła jego matka i rodzeństwo. Wychował się z synem pana Pawła, który do dziś wspomina, jak razem raczkowali. Zastąpił go Chrumek - dziś już dorosły odyniec, którego pan Paweł wykarmił od małego i który uwielbia drapanie po brzuchu.

Mały łoś, który stracił matkę ma nową rodzinę w osadzie leśnej w Kole
Dariusz Śmigielski

Jest też młody jeleń oraz kilkuletnia łania, odebrana przez straż leśną z wiejskiego gospodarstwa, gdzie trzymana była w chlewie.

Do ogrodu zoologicznego musiał powędrować pelikan, który kilka lat temu został znaleziony w okolicach Gorzkowic. Przyłączył się do klucza bocianów i tak nieszczęśliwie wylądował na przewodach elektrycznych, że się poparzył. - Mieszkaniec, który zadzwonił stwierdził, że to jakieś „stare bocianisko” - śmieje się Kowalski. - A okazało się, że to pelikan, który prawdopodobnie uciekł z niewoli. Wyleczyliśmy go, ale nie mogliśmy zatrzymać. Potrzebował towarzystwa innych pelikanów, a poza tym zjadał tyle ryb...

Po zagrodach dumnie natomiast kroczą bociany - kilka białych i dwa okazy czarnego bociana. Niektóre odlatują, zakładają rodziny, ale niektóre miały tak poważne urazy skrzydeł, że na dobre zadomowiły się w osadzie w Kole.

Z urazem skrzydła niedawno przywieziona została samica puchacza. Mieszkańcy Międzychodu (woj. wielkopolskie) zaobserwowali, że siedzi w polu, nie odlatuje, a od kilku dni jedzenie donosi jej samiec. - Stajemy na głowie, żeby ją szybko wyleczyć i odwieźć na miejsce, bo mamy telefony, że ten samiec cały czas jej szuka. Chłopak gotów z rozpaczy znaleźć sobie inną partnerkę, a ona najwyraźniej tęskni, bo nawet nie reaguje na pohukiwania dwóch samców puchaczy, którzy są w sąsiedniej wolierze - mówi leśnik.

W osadzie nadal dochodzi do siebie mała kuna, która spadła z dachu budynku oraz trzy małe liski znalezione w okolicy Pabianic. Ich matka prawdopodobnie zginęła gdy zaatakowały je zdziczałe psy. Jeden lisek został szczególnie dotkliwie pogryziony. Był w stanie krytycznym, ale pomoc nadeszła w porę i wszystkie maluchy mają się już lepiej. Pan Paweł nie oswaja ich, by mogły wrócić na wolność, tak jak niedawno wypuścił odchowane wiewiórki, których gniazdo spadło na jedną z ulic w Piotrkowie.

Gościem Pawła Kowalskiego, choć na krótko był też niedawno dorosły byk łosia, który przedostał się na teren lotniska w Łasku i poranił sobie nogi oraz klatkę piersiową o zasieki. Na czas opatrywania ran został uśpiony i przywieziony do Koła, by został bezpiecznie wybudzony i zwrócony naturze.

Aleksandra Tyczyńska

W Dzienniku Łódzkim w oddziale w Piotrkowie Trybunalskim zajmuję się tematyką społeczną, kulturalną, samorząd/polityka, kryminalną, działalnością służb takich jak policja/straż pożarna, relacje sądowe i.t.p.

Dodaj pierwszy komentarz

Komentowanie artykułu dostępne jest tylko dla zalogowanych użytkowników, którzy mają do niego dostęp.
Zaloguj się

plus.dzienniklodzki.pl

Polska Press Sp. z o.o. informuje, że wszystkie treści ukazujące się w serwisie podlegają ochronie. Dowiedz się więcej.

Jesteś zainteresowany kupnem treści? Dowiedz się więcej.

© 2000 - 2021 Polska Press Sp. z o.o.