Ekstra
Magazyn
Ekstra Magazyn

Najlepsze teksty z całej Polski, w każdy piątek dla wszystkich prenumeratorów Cyfrowych. Poznaj Ekstra Magazyn

Zmiana granic w 1951 r. Jak Stalin wysiedlał ludzi znad Bugu i z Bieszczadów

Czytaj dalej
Fot. Archiwum autora
Krzysztof Potaczała

Zmiana granic w 1951 r. Jak Stalin wysiedlał ludzi znad Bugu i z Bieszczadów

Krzysztof Potaczała

Gdy już ogłoszono, że będzie korekta granic, robotnicy nowo wybudowaną drogę rozebrali do ostatniej kostki. „A co, mieli zostawić Ruskim?” Oto fragmenty książki Krzysztofa Potaczały „To nie jest miejsce do życia”, która ukazała się nakładem wydawnictwa Prószyński i Spółka.

Zmiana granic w 1951 r. Jak Stalin wysiedlał ludzi znad Bugu i z Bieszczadów

Strzęp wiadomości dotarł z wiatrem wydarzeń pod koniec 1950 roku. Trudny do odczytania, zagadkowy. Że podobno Sowieci proponują Polakom machniom. Co to jest machniom? To interes, wymiana, handel. Przedmiotem machniom miały być ziemie położone nad Bugiem i Sołokiją. Wszystko, co przylegało na pewnym obszarze do Kraju Rad i, jak powiadano, uwierało wielkiego sąsiada. Niczym drażniący kamyk w bucie albo źle pogryziony kęs.

W styczniu 1951 roku delegacja rządu polskiego pojechała do Moskwy negocjować zmiany na granicy wschodniej. Kilka tygodni później zapadły ustalenia: 480 km kwadratowych za 480 km kwadratowych. Cztery miasta i czterdzieści dziewięć wsi - tyle zabierał Związek Radziecki. Jedno miasto i czterdzieści wsi - tyle dostawała Polska. Tam wszystkie miejscowości gotowe do zasiedlenia, tu szereg istniejących już tylko z nazwy, z przeznaczeniem na zapomnienie, ginących w porastających je zachłannie burzanach.

* * * * *

Korytarze urzędów przesiedleńczych wyłożono kolorowymi chodnikami, zapewne po to, by dodać ludziom otuchy. Przychodzili jeden po drugim, stawali przed urzędnikami i dowiadywali się, gdzie zostali przeznaczeni. Słyszeli zupełnie obce nazwy, a potem ze spuszczonymi głowami wracali do domu i trzęsącymi się rękami wyszukiwali je na mapie ZSRR. Niektórych nie mogli odnaleźć - były tak małe, nieznaczące, że kartografowie bez żalu je pominęli. Ale nawet te wyróżnione wydawały się dalekie i nieprzyjazne, jak miejsca zesłania.

Mogli uzyskać dokument podróży na północny lub południowy-zachód, ale się przestraszyli. Bardziej niż obcej nazwy Bieszczady. Ziemie Odzyskane wciąż nie były jeszcze zagwarantowane, a zza Odry tęsknym okiem spoglądał wygnany Niemiec. W każdej chwili mógł ją przekroczyć i upomnieć się o swoje. Ten nowy polski grunt był niepewny też z innej przyczyny. To na nim parę lat wcześniej osadzono Ukraińców z Rzeszowszczyzny i Lubelszczyzny, kiedyś przyjaciół, później wrogów. Tych z pobrudzonymi rękami, lecz także zupełnie czystych, wywiezionych w imię zbiorowej odpowiedzialności za krwawy zamach na kawałek Polski. I teraz co, niedawni sąsiedzi znad Bugu, Sołokii mieli znowu obok siebie żyć, dzielić zagrody, miedze?

A jednak zdecydowało się prawie siedem i pół tysiąca, rzekomo najbogatszych, bardziej hołubionych przez władzę, przekonanych, że z dwojga złego lepiej osiąść na gruncie poniemieckim - tym uporządkowanym, nowoczesnym, nie zaś na posowieckim - rozbabranym i zapóźnionym.

* * * * *

Jak świadkowie wspominają tamten czas?

Kazimierz Dyrda: - W 1951 roku, już po maturze, pracowałem na Dolnym Śląsku. Kiedy było pewne, że jesienią rodzice pojadą w Bieszczady, wróciłem na trochę, żeby im pomóc. Wcześniej powiedziałem szefowi, dokąd przeznaczono moich bliskich, a ten aż się złapał za głowę. „Toż tam nędza! - wykrzyknął - tam wrony zawracają!” Na miejscu, w Krystynopolu, zastałem ponury widok: ludzie zbijali skrzynie na mąkę i ziarno, prasowali siano, gromadzili jedzenie. Ale najbardziej utkwił mi w pamięci inny obrazek. Otóż niedługo przed decyzją o wysiedleniu rozpoczęto budowę kamiennej drogi z Hrubieszowa do Krystynopola. Była już na ukończeniu, brakowało może kilkuset metrów, ale jak ogłoszono korektę granic, to robotnicy tę drogę rozebrali do ostatniej kostki. A co, mieli zostawić Ruskim?

Bolesław Banach: - O ile początkowo ludzie nie dowierzali władzy, to po rozbuchanej propagandzie zaczęli trochę wierzyć. Przede wszystkim dlatego, że prawie nikt nie znał nowej krainy. Wprawdzie Ustrzyki, Czarna, Lutowiska przed wojną należały do Polski, ale kto się tam wyprawiał i za czym?

Nawet służbowo jeżdżono najwyżej do Przemyśla. Wiara rosła wraz z przekonywaniem, że zostaliśmy nieomal wybrańcami losu. Kiedy urzędnicy wchodzili do kolejnych domów, by spisać majątek - żartowali, poklepywali gospodarzy po ramionach i stawiali wódkę. Miało być wesele, nie żałoba.

Adela Lubaczewska: - Dorośli strasznie to zamieszanie przeżywali, a ono z kolei udzielało się dzieciom. Nic nie rozumiały, lecz wyczuwały, że dzieje się coś niepokojącego. Pamięć wojny była jeszcze na tyle świeża, że cały ten pośpiech, bałagan, niezwyczajny ruch wzmagały w nich lęk. Myślały, że teraz znowu będą musiały uciekać, jak niedawno przed hitlerowcami, bolszewikami, banderowcami. To dziecięce doświadczenie chowania się, permanentnego strachu i niepewności dotknęło je dużo bardziej niż ich rodziców, tyle że nie umiały tego wyrazić słowami. Trzeba im było nieraz długo tłumaczyć, że to tylko czasowy wyjazd; coś w rodzaju wycieczki krajoznawczej, na której poznają abstrakcyjne dla nich dotąd góry, nowych kolegów i koleżanki.

Jan Paszkowski: - Na wsiach przez lata ludzie zgromadzili tyle rozmaitych sprzętów gospodarskich, że postanowili wszystkiego nie wywozić. Skoro i tak, jak sądzili, za jakiś czas mieli wrócić na swoje, to po prostu zakopywali część majątku. Na podwórzach, na tyłach obór, w zagajnikach - byle w dobrze zapamiętanym miejscu. Zabezpieczali je smarami, owijali szmatami, folią i zasypywali.

W tym ukrywaniu bron, grabi, drabin, rozmontowanych wozów i czort wie czego jeszcze było drugie dno: jeśli nie pozwolą nam wrócić, to sami swojego nie weźmiemy, ale i Ruscy nie wezmą.

Ryszard Buziewicz: - Ojciec miał kolegę, który jeszcze w wojnę uciekł z miasta, a potem osiadł na Pomorzu. W 1951 roku został pełnomocnikiem do spraw przesiedleń w województwie gdańskim. Napisał w liście, żebyśmy przyjeżdżali, bo zajął dla nas poniemiecką willę z ogrodem. Tato trzy razy czytał ten list, potem zebrał nas przy stole, rozłożył mapę i przesuwając palec z północy na południe, powiedział: „Patrzcie, tutaj jest Gdańsk, a tutaj Bieszczady. Nie wierzę, że na długo nas wywiozą, chodzą słuchy o trzeciej wojnie, więc znowu się wszystko powywraca. A jak już tak się stanie, to my z tych gór wrócimy nad Sołokiję choćby na piechotę. I dlatego odpuścimy sobie daleki Gdańsk”.

* * * * *

Ukraińcy nad Sanem i Strwiążem żyli w takiej samej nieświadomości jak Polacy nad Bugiem i Sołokiją. Po burzach wojny i deportacjach, po zmianie ustroju i wtłoczeniu w ludzi wiary w komunizm - miało być tylko lepiej.

- Nikt niczego złego nie przeczuwał, do dnia, w którym po wsiach zaczęły krążyć komisje i spisywać majątek - pamiętają Ukraińcy z rejonu ustrzyckiego. - Każdy musiał podać ilość krów, koni, owiec; policzyć drzewa w sadzie, zmierzyć chałupę i stodołę. Myśleliśmy, że znowu podwyższą podatki, więc nie wszyscy przekazywali te dane zgodnie z prawdą. Aż któregoś razu władze ogłosiły, że spis robiony jest po to, by wiedzieć, co zostawimy, a co z sobą zabierzemy. Zrozumieliśmy, że będą nas wywozić. Ale dlaczego, za co, dokąd?

* * * * *

W głębi wypełnionych cichą pretensją serc coraz bardziej rozumieli swoje położenie. Godzili się z faktem, że wszelki sprzeciw jest daremny. Lecz największy żal mieli o to, że ich gospodarstwa zajmą Polacy - córki i synowie narodu, z którym od setek lat żyli pod jednym niebem, a który kiedyś za sprawą intryg szatana zaczął im przeszkadzać. Nie mogli przyjąć ze spokojem, że jacyś obcy, przywiezieni nie wiadomo skąd, przestąpią progi ukraińskich domów, będą orać ukraińską ziemię i zrywać owoce z ukraińskich drzew.

Zaledwie cztery lata minęły od akcji „Wisła” - deportacji Ukraińców z części Bieszczadów leżących dalej na południe i zachód. Jeszcze nie zaczęła się goić ta rana, a teraz przyszła kolej na nich, kiedyś przymusem przepisanych na obywateli Związku Radzieckiego, ale wciąż mogących żyć we własnych chyżach, w otoczeniu dobrze znanych krajobrazów. Nie przeczuwali, że doświadczą znacznie podlejszego losu niż ci z tysięcy wypędzonych, których pociągi powiozły wcześniej w przeciwnych kierunkach, do brzegów spokojnych wód Odry oraz malowniczych jezior Warmii i Mazur.

Na kartach wydawanych wspomnień Ukraińcy żalą się na tamto nigdy niezabliźnione przeżycie wygnania; rozpamiętują miejsca urodzin i młodości niczym raj utracony. Idealizują te zapadłe, zacofane wówczas wsie i przywołują w pamięci niezmiennie zachwycające urodą pory roku. Strumienie żalu ciągle zdają się tryskać z taką samą mocą, która pozwala tym ludziom wierzyć, że jeśli już nie oni, nie ich wnuki, to może chociaż następni w kolejce do życia dostąpią sposobności powrotu na batkiwszczynę (ojcowiznę - KP), na ową rozłożoną nad Strwiążem i Sanem krainę.

* * * * *

Ostatnie tygodnie przed wysiedleniem to pasmo pytań bez odpowiedzi. Co ich czeka setki, może tysiące kilometrów stąd? Jakie dostaną domy, gdzie pójdą do pracy? Jak się odnajdą wśród obcych ludzi? Czy aby nie zapadną na zdrowiu w innym klimacie? Takie dręczyły ich wątpliwości co do przyszłych dni, a przecież mieli problemy istniejące także tu i teraz: czy posadzić kartofle, zasiać jęczmień, naprawić podgniły dach? A może już nie warto, może tylko usiąść i czekać na godzinę odjazdu? Tak chciałoby się mieć pamiątkowe zdjęcie przed własną chyżą, ale najbliższy fotograf dopiero w Ustrzykach. Kto nie żałował pieniędzy, ten wyciągał z dna kufra odświętne ubranie i jechał do miejskiego atelier, żeby ustawić się do ostatniej przed pożegnaniem fotografii. Gdy się ogląda te wyblakłe, spękane miejscami zdjęcia, tylko z rzadka widać na nich uśmiechnięte twarze. Ale czy mogło być inaczej?

* * * * *

Dokąd trafią, dowiedzieli się wczesną wiosną 1951 roku. Już nie trzymano w tajemnicy, że taka czy inna wieś zostanie osiedlona w takim czy innym obwodzie. Pozwolono nawet przedstawicielom kilku wiosek pojechać na rekonesans. Kiedy wrócili, opowiedzieli, jak piękna i urodzajna kraina przypadnie im w udziale - pełna pszenicy, kukurydzy, bawełny, arbuzów. A jednak pozostały wątpliwości.

- Doszło do nas, że sami będziemy musieli zbudować sobie domy - opowiadają. - We wszystkich sełach władza nakazała mężczyznom, żeby brali piły, siekiery i wyrąbywali drzewa w lesie.

Gdzie ucho nadstawić, zewsząd niósł się tylko odgłos wycinanych drzew. Potem te kloce ściągano końmi i transportowano na stację kolejową do Ustrzyk. Stamtąd jechały dalej, aż pod Chersoń, Donieck, Odessę, ale i tak mnóstwo ściętego drewna zostało na zgnicie w przepastnych wąwozach, bo żadną siłą nie zdołano go z nich wywlec.

Wasyl Mocio, osiadły we Lwowie dawny mieszkaniec podustrzyckiej Łodyny, wspomina: „Lasy wokół Bandrowa, Krościenka, Nanowej i innych wsi eksploatowane były pod partyjnym nadzorem. Pełną parą pracowały tartaki w całym województwie drohobyckim. Samochody załadowane drewnem jeden za drugim mknęły na wschód. (…) Powiat otrzymał tajne polecenie przeprowadzenia dokładnego spisu i wyceny budynków indywidualnych właścicieli. Stało się oczywiste, że było to przygotowanie do przekazania rejonu Polakom, jednak nie mówiono o tym głośno. Pewnego dnia rozmawiałem z Mikołajem Baronem z Brzegów Dolnych i napomknąłem mu o planowanym przesiedleniu. Mój rozmówca nazwał mnie bolszewickim agentem i dodał: »Jaka tu może być Polska? Jakie przesiedlenie? Skąd ruski Iwan będzie miał tyle pociągów, tyle wagonów, żeby nas przewieźć?!«. Spróbuj takiemu wytłumaczyć, ile ruski Iwan może mieć wagonów”.

* * * * *

Ludzi młodych wywożono już od wiosny 1951 r. W lipcu ze stacji w Ustrzykach Dolnych oprócz tych, którzy dobrowolnie zapisali się do kołchozów, odjechali też rolnicy indywidualni. Także Polacy, bo jako obywateli ZSRR obowiązywał ich ten sam nakaz.

Cecylia Kania z Polany tak pamięta tamte dni: - Wiedzieliśmy tylko, że pojedziemy gdzieś w okolice Morza Czarnego i że będzie nam tam choroszo. Tak zapewniała władza. Któregoś poranka z jedną walizką w ręku wsiadłam wraz z innymi koleżankami i kolegami na furmankę, by po paru godzinach dotrzeć na stację w Ustrzykach Dolnych. Pociąg z wagonami towarowymi już stał, ale zanim do niego wsiedliśmy, poprowadzono nas w głąb miasteczka. Dziwnie to wyglądało, przypominało czasy, gdy w taki sam sposób prowadzono ludzi na egzekucje. Zatrzymaliśmy się przed miejską łaźnią, do niedawna żydowską mykwą. Mężczyźni wchodzili pod jedne natryski, kobiety pod drugie, przedzielone ścianą. Bardzo wstydziłam się swojej nagości, bo nigdy jeszcze przed nikim się nie rozebrałam. Podobnie niektóre znajome. A potem wszyscy, już wyszorowani, lecz nadal nago, musieliśmy stanąć przed złożoną głównie z mężczyzn komisją lekarską. Zrozumiałam wtedy, co oznacza upokorzenie.

Tutaj się czyta. Bez reklam.

Tak jak w kiosku. Kupując prenumeratę cyfrową, możesz czytać codzienne wydanie Dziennika Łódzkiego.

Co zyskujesz:

  • dostęp do wszystkich treści Dziennika Łódzkiego
  • codzienne e-wydanie Dziennika Łódzkiego
  • artykuły, reportaże, wywiady i multimedia
  • co tydzień nowy numer Ekstra Magazynu
Krzysztof Potaczała

Dodaj pierwszy komentarz

Komentowanie artykułu dostępne jest tylko dla zalogowanych użytkowników, którzy mają do niego dostęp.
Zaloguj się

plus.dzienniklodzki.pl

Polska Press Sp. z o.o. informuje, że wszystkie treści ukazujące się w serwisie podlegają ochronie. Dowiedz się więcej.

Jesteś zainteresowany kupnem treści? Dowiedz się więcej.

© 2000 - 2018 Polska Press Sp. z o.o.