Ekstra
Magazyn
Ekstra Magazyn

Najlepsze teksty z całej Polski, w każdy piątek dla wszystkich prenumeratorów Cyfrowych. Poznaj Ekstra Magazyn

Krzysztof Potaczała

Z kamerą przez Wilcze Góry

Eric Balaż i jego współpracownik Jozef Fiala podczas pracy w polskich Bieszczadach. Fot. Archiwum Erica Balaża Eric Balaż i jego współpracownik Jozef Fiala podczas pracy w polskich Bieszczadach.
Krzysztof Potaczała

Wierzę, że prędzej czy później w całej polsko-słowacko-ukraińskiej części Karpat nie będzie można strzelać do zwierząt - mówi Erik Balaż, przyrodnik, reżyser filmu „Wilcze góry”, zrealizowanego w polskich, słowackich i ukraińskich Karpatach.

Co widzi Słowak, przemierzając polskie Bieszczady?

Ogrom przyrody, jakiej nie spotyka się już w innych krajach europejskich, wyłączając fragmenty Ukrainy i mojego kraju. Z tym że w Polsce tej dzikości, doskonale zachowanych cennych przyrodniczo obszarów, jest najwięcej. Z uznaniem patrzę na to, co osiągnęli polscy przyrodnicy.

To znaczy?

Udało im się ocalić od zniszczenia pokaźny kawał terenu. Bieszczadzki Park Narodowy jest przykładem bardzo dobrej ochrony. Tu nie prowadzi się tak intensywnej wycinki drzew, jak w słowackim Parku Narodowym Połoniny, gdzie piły motorowe pracują niemal na okrągło. Bieszczadzki Park Narodowy może uchodzić za wzorzec pokazujący, jak chronić unikatową przyrodę, ale uważam, że to nie wystarczy. W granice parku powinny być włączone niektóre przylegające do niego tereny, włącznie z doliną Sanu po Krywe i Tworylne. To właśnie tam spotkałem najwięcej dzikich zwierząt, tam doświadczyłem wrażenia obcowania z naprawdę dziewiczą naturą.

W Twoim filmie jest niesamowita scena: w korycie Sanu stoi stado żubrów, a przed nim sporych rozmiarów jeleń. Wszystkie zwierzęta patrzą w tym samym kierunku, jakby czymś zaciekawione, choć nic przed nimi, oprócz znanego widoku gór i lasów, nie ma. Jak udało się nagrać taki obraz?

Przez cierpliwość. Odwiedzaliśmy ten rejon Bieszczadów kilka razy, zmienialiśmy tylko miejsca postoju i maskowania. Któregoś dnia z lasu wyszło spokojnym krokiem stado żubrów, dorosłe z młodymi i na moment zatrzymało się w Sanie. Po chwili nieoczekiwanie z drugiej strony wyskoczył jeleń. I ku naszemu zdumieniu też ustawił się niemal na wprost kamery. Przez chwilę rzeczywiście wyglądało to tak, jakby był przewodnikiem żubrzej rodziny…

Kiedy po raz pierwszy przyjechałeś w polskie Bieszczady?

W latach dziewięćdziesiątych byłem tu z krótką wizytą, ale wtedy jeszcze nie myślałem o robieniu filmów przyrodniczych. Pracowałem jako leśnik, taki jest mój wyuczony zawód, lecz w głębi serca czułem się przede wszystkim przyrodnikiem. Poznałem leśników o podobnych przekonaniach i tak stworzyliśmy grupkę walczącą w Słowacji o skuteczniejszą ochronę zasobów naturalnych, w tym zmniejszenie ilości wycinanych lasów. Zaczęliśmy dokumentować nasze działania, poszliśmy też wtedy w kierunku realizacji filmów o dzikiej przyrodzie. Nakręciliśmy kilka obrazów o słowackich Tatrach, o życiu tamtejszych niedźwiedzi, ale ciągnęło nas dalej. W 2013 roku ponownie przyjechałem w Bieszczady i już byłem pewien, że to jedno z miejsc, które posłuży do nagrania planowanego filmu.

Ktoś z miejscowych Wam pomagał? Przecież słabo znaliście teren.

Za przewodnika służyły nam mapy i intuicja, że akurat tutaj, a nie w innym miejscu, warto się zatrzymać i spędzić na przykład dwie doby. Praca nad filmem trwała dwa lata, przyjeżdżaliśmy w Bieszczady cztery razy i za każdym razem spędzaliśmy tu dziesięć dni. Wystarczyło, by zebrać zadowalający materiał, chociaż mam świadomość, że być może przy odrobinie szczęścia udałoby się nam nakręcić jeszcze lepsze sceny. Filmowiec nigdy do końca nie jest zadowolony, ale może taki niedosyt jest potrzebny, by nie popaść w samouwielbienie. Warto zostawić sobie coś na następne projekty.

Podglądałeś z kolegami życie wilków, rysi, niedźwiedzi, ale Twój największy zachwyt wzbudziły bobry. Dlaczego?

Bobry to szczególny gatunek. W Słowacji ich populacja jest niewielka, natomiast w Polsce tych sympatycznych gryzoni wciąż przybywa. Miałem przyjemność obserwowania, jak ścinają drzewa, jak pracują przy budowie żeremi i jak przy tym zmieniają środowisko. Takie niewielkie zwierzę, a ma tak wielki wpływ na stosunki wodne. Czasami ich praca przysparza kłopotów, strumyki przekształcane są w rozlewiska, ale jeśli ma to miejsce z dala ludzkich siedzib, nic złego się nie dzieje. Takie będące dziełem bobrów jeziorka widzieliśmy m.in. w Parku Krajobrazowym Doliny Sanu i w Bieszczadzkim Parku Narodowym. Z ukrycia udało nam się nagrać kilka niezwykłych obrazów ukazujących życie tych zwierząt.

Pracowałeś także na Ukrainie.

W Użańskim Parku Narodowym byłem z ekipą zaledwie kilka dni. To obszar znacznie uboższy w dziką zwierzynę w porównaniu z Polską czy Słowacją, ale pojawiły się przeszkody innego rodzaju. Jako że Ukraina nie jest w Unii, to mieliśmy problemy z uzyskaniem pozwolenia na przebywanie w strefie przygranicznej. Docierały do nas sygnały, że właśnie tam prowadzone są regularne polowania, w dodatku Ukraińcy strzelają do zwierząt przechodzących z polskiej strony. Może tamtejsi leśnicy bali się, że coś odkryjemy? Ale nie rezygnuję z ponownej wizyty na Ukrainie, gdzie przyrodnicy też starają się edukować społeczeństwo i tłumaczyć, że mądra ochrona środowiska naturalnego może być przyszłością tego regionu.

Ludzie znający ukraińskie realia twierdzą, że jeszcze przez długie lata nic się tam w postrzeganiu przyrody nie zmieni.

A ja wierzę, że prędzej czy później cała polsko-słowacko-ukraińska część Karpat stanie się miejscem, gdzie nie będzie można strzelać do zwierząt. Przecież to wymarzony obszar do rozwoju turystyki ekologicznej. Ludzie z Europy Zachodniej zapłaciliby niemało pieniędzy za możliwość podziwiania żubrów, wilków czy choćby tylko jeleni w ich naturalnym środowisku, a nie w ogrodzie zoologicznym. Problem w tym, że dla Europejczyków z Holandii czy Francji Karpaty to kraina zupełnie nieznana. Oni z pasją oglądają emitowane w BBC czy w National Geographic filmy o przyrodzie Afryki lub Azji, a nie mają pojęcia, że na europejskim kontynencie istnieje coś nie mniej atrakcyjnego, godnego przynajmniej takiej samej uwagi.

Dzięki Twojemu filmowi mają możliwość się dowiedzieć.

„Wilcze góry” pokazał National Geographic, prawa do emisji ma kupić kanał Discovery. Film sprzedany został też do szeregu innych stacji w Europie i za oceanem, był pokazywany na kilku festiwalach, w tym we francuskim Cannes.

Dlaczego „Wilcze góry”?

To oczywiste. Nagrywaliśmy w Karpatach, a właśnie te góry od wieków nazywano wilczymi. Taka nazwa zaznaczona jest nawet na XV-wiecznej mapie, którą kiedyś miałem okazję przestudiować. Również XIX-wieczni pisarze nazywali ten region nie inaczej jak wilczymi górami. Poza tym, wilk to symbol Bieszczadów, dlatego nie mogło być innego wyboru.

Niedawno nagrałeś kolejny obraz o przyrodzie słowackich Tatr, ale co jakiś czas wracasz do Polski.

Zainteresował mnie projekt utworzenia parku narodowego na Pogórzu Przemyskim. Wiem, że tutejsi leśnicy są temu przeciwni. Argumentują, że jak się nie będzie wycinać drzew i polować, to wszyscy nagle zubożeją. Tymczasem w parkach narodowych też można prowadzić rozmaitą działalność i z tego żyć, trzeba tylko chcieć wysłuchać różnych racji i przynajmniej spróbować je przyswoić. Wraz z moją ekipą chcę poznać te lasy, poczuć ich zapach, porozmawiać z ekologami i zrozumieć, dlaczego ten teren jest tak wyjątkowy, że warto go objąć ścisłą ochroną. Być może będzie to podstawa do nakręcenia ciekawego dokumentu, ale nie skupionego wyłącznie na konflikcie interesów, lecz także na ukazaniu walorów tej okolicy.

Co jeszcze w planach na najbliższe lata?

Chcę zrealizować obraz o przyrodzie całych Karpat. To duży i bardzo kosztowny projekt. W każdym karpackim kraju przyrodnicy zmagają się z podobnymi problemami, lecz nie brakuje też takich, które dotyczą tylko danego fragmentu chronionego obszaru, wybranego gatunku zwierzyny lub drzewa. Wszystkie mają znaczenie dla funkcjonowania ekosystemu. Patrząc na współczesny świat, postępującą degradację i zanikanie cennych do niedawna enklaw europejskiej przyrody, warto powalczyć o ocalenie tych, które wciąż mają się nieźle.

Tutaj się czyta. Bez reklam.

Tak jak w kiosku. Kupując prenumeratę cyfrową, możesz czytać codzienne wydanie Dziennika Łódzkiego.

Co zyskujesz:

  • dostęp do wszystkich treści Dziennika Łódzkiego
  • codzienne e-wydanie Dziennika Łódzkiego
  • artykuły, reportaże, wywiady i multimedia
  • co tydzień nowy numer Ekstra Magazynu
Krzysztof Potaczała

Dodaj pierwszy komentarz

Komentowanie artykułu dostępne jest tylko dla zalogowanych użytkowników, którzy mają do niego dostęp.
Zaloguj się

plus.dzienniklodzki.pl

Wakacje 50% taniej!

Wakacje 50% taniej!

55,00 110,00

Zabierz ze sobą prenumeratę cyfrową na wakacje! Dziennik Łódzki online oraz w wersji PDF na 90 dni 50% taniej! Tylko do 3 lipca!

Kup teraz

Polska Press Sp. z o.o. informuje, że wszystkie treści ukazujące się w serwisie podlegają ochronie. Dowiedz się więcej.

Jesteś zainteresowany kupnem treści? Dowiedz się więcej.

© 2000 - 2018 Polska Press Sp. z o.o.