Ekstra
Magazyn
Ekstra Magazyn

Najlepsze teksty z całej Polski, w każdy piątek dla wszystkich prenumeratorów Cyfrowych. Poznaj Ekstra Magazyn

To Orban, a nie UE, miał rację w sprawie przyjmowania migrantów

Czytaj dalej
Fot. AFP/EAST NEWS
Roger Boyes

To Orban, a nie UE, miał rację w sprawie przyjmowania migrantów

Roger Boyes

Europa dryfuje w kwestii imigracji. Poprawność polityczna blokuje drogę do zbiorowego uznania, że trzeba przemyśleć zasady przyznawania azylu i podnieść poprzeczkę w kwestii zezwoleń na pracę uchodźcom. A strefa Schengen nie może być nieszczelna.

Niemcy mają nań swoje określenie: Weltschmerz - ból istnienia. Stan depresji czy lęku wynikającego z przeżywania i uczestniczenia w globalnym przesileniu. Brexit, Donald Trump, zamachy terrorystyczne czy niedawny pożar Grenfell Towerw Londynie. Całe to przyprawiające o ból głowy oszałamiające tempo wydarzeń dotyka nas bezpośrednio.

Puśćmy wodze wyobraźni - jak to jest żyć na włoskiej wyspie Lampedusa? Na początku ze zbolałym sercem witać tysiące uchodźców, którzy od czasu wybuchu w 2011 roku arabskiej wiosny docierali do jej brzegów. Dzielić z nimi własną marną infrastrukturę. Na tyle fatalną, że ciężarne mieszkanki Lampedusy, aby przejść gruntowne badanie lekarskie, muszą wyruszać w długi rejs promem na Sycylię. A po tym wszystkim - gdy Morze Śródziemne stanie się głównym szlakiem dotarcia na kontynent zdesperowanych migrantow z Afryki Subsaharyjskiej - doznać goryczy porzucenia przez UE i rząd własnego kraju?

Lampedusa właśnie podziękowała swojemu burmistrzowi Giusi Nicoliniemu - laureatowi międzynarodowych nagród. Człowiekowi, który stanął u boku Angeli Merkel jako kolejny orędownik otwartej i liberalnej Europy. Mieszkańcy wyspy pragną burmistrza, który powie światu, że nie dają rady. Że w ich wypadku Willkommenskultur Merkel - kultura witania migrantów z otwartymi rękoma - już nie działa.

Podobny opis w znacznej mierze pasuje do południa i wschodu Europy. Nigdy naprawdę nie zajęto się tu kłopotami z przeciążoną infrastrukturą. Kiedyś na tyle dotkliwymi, że wszędzie w tych regionach partie populistyczne zbijały na nich polityczny kapitał. W 2015 roku priorytety [rządu centralnego] polegały na dostarczaniu swoistego „plastra opatrunkowego”. Miejscowe władze miały radzić sobie, jak mogły. Dziś liczba przybyszów znowu wzrasta w szybkim tempie. W zeszłym roku główny szlak przez Morze Śródziemne wybrało 181 436 migrantów - 18 proc. więcej niż w już heroicznie trudnym 2015. Rok bieżący zapowiada się podobnie jak ubiegły.

Od czasu postawienia przez Merkel na Willkommenskultur minęły dwa lata, a Europa wciąż niemal po omacku szuka rozwiązań problemu. W obliczu braku spójnej polityki na poziomie międzynarodowym partie centrowe przyjmują dziś twarde stanowisko kiedyś zalecane [tylko] przez uznawane za pariasów ugrupowania skrajnej prawicy.

Niemcy niedawno zaostrzyły przepisy dotyczące deportacji. Szukających azylu, którzy spotkali się odmową, będzie można teraz zatrzymać. Władze będą miały prawo wglądu w dane osobowe z telefonów komórkowych uchodźców. Na początku miesiąca austriacki minister spraw zagranicznych Sebastian Kurz oświadczył, że - jeśli dojdzie do zmasowanego napływu migrantów z Włoch - jego kraj musi być gotów na ewentualne wysłanie wojska w okolice znajdującej się na granicy z Włochami przełęczy Brenner.

W Danii centrolewicowi socjaldemokraci już wykonują gesty pod adresem antyimigranckiej Duńskiej Partii Ludowej (DF). Poparli nawet rzadko stosowane w praktyce zapisy dotyczące kosztowności i biżuterii imigrantów pozwalające policji na przejmowanie tych przedmiotów w celu pokrycia kosztów pobytu przybyszów.

Dziś niespodziewanie można odnieść wrażenie, że - powszechnie potępiany jako pogwałcenie wartości cywilizowanej Europy - węgierski model podejścia do imigracji wyprzedził swój czas. W 2015 roku przez Bałkany, a później granicę z Serbią, na Węgry próbowało dotrzeć około 400 tys. migrantów. Skuszeni obietnicą kanclerz Angeli Merkel otwartych Niemiec mieli oni zamiar kierować się dalej na zachód. Węgry już wkrótce poczuły się przygniecione tą falą. W mediach pojawiły się nagrania nieprzebierającej w środkach policji bijącej migrantów. Kraj szybko uznano za przykład „brzydkiego oblicza” Europy.

Viktor Orban lubi dużo mówić. Przedstawia się jako wróg liberalnego konsensusu Unii Europerskiej, choć chętnie wyciąga rękę po unijne dopłaty. Powiedzmy jasno - w wypadku tego polityka mamy powody do obaw. Zwłaszcza gdy chodzi o [obecną] pełną nienawiści publiczną kampanię przeciw George Sorosowi. Zaufania do węgierskiego premiera z pewnością nie wzmacniają takie wypowiedzi, gdzie oświadcza on, że etniczna homogeniczność to klucz do sukcesu gospodarczego. Jednak ukryty za dyskredytującą retoryką tok myślenia uderza w czułe struny wielu Węgrów. - Nie mam ochoty widzieć jak kraj dryfuje w stronę sytuacji, gdzie wymagającą niższych kwalifikacji pracę wykonują tylko migranci. Sami musimy wykonywać prace potrzebne dla utrzymania naszej gospodarki - od czyszczenia toalet do odkryć w dziedzinie fizyki jądrowej - oświadczył Orban.

Co miał na myśli? Jeśli otwarta imigracja ma prowadzić do powstawania cudzoziemskiej klasy ludzi drugiej kategorii, skutkiem będzie osłabienie poczucie dumy narodowej. Krytycy węgierskiego premiera twierdzą, że ponieważ odrzuca on samą koncepcję zgodnie koegzystującego multikulturowego społeczeństwa, nie chce nawet podjąć próby integracji cudzoziemców. Czy uczynienia gospodarki na tyle dostępnej dla wszystkich, by nawet migranci mogli cieszyć się dobrobytem. To nie tyle populizm, co obojętność.

Orban z pewnością nie jest świętym, ale ma rację w dwóch istotnych sprawach. Pierwsza - Europa rzeczywiście dryfuje w kwestii imigracji. Druga - ostatecznie to do danego państwa narodowego należy znalezienie właściwej równowagi między mieszkańcami a [obecnością] przybyszów.

W Unii Europejskiej wielu już po cichu pogodziło się z tym, że sprawie najlepiej służy wzmocnienie zewnętrznych granic. Węgierski minister spraw zagranicznych Peter Szijjarto wspomina, jak kiedyś w obecności innych unijnych ministrów, wspólnie z austriackim odpowiednikiem Sebastianem Kurzem, przedstawiali swoje argumenty. - Potem moi unijni koledzy po cichu wysyłali smsy o treści: „Dobra robota!” lub „Gdybym tylko mógł tak powiedzieć!”. Poprawność polityczna blokuje drogę do zbiorowego uznania, że trzeba ponownie przemyśleć zasady przyznawania azylu. Że trzeba podnieść poprzeczkę w kwestii zezwoleń na pracę uchodźcom. I że w końcu granice strefy Schengen nie mogą już być tak nieszczelnie jak w przeszłości.

Węgry nie znają odpowiedzi na wszystko, ale [słusznie] dostrzegają, że kryzys migracyjny trwa dalej. Musimy być gotowi na ewentualny krach unijno-tureckiego porozumienia, dzięki któremu w ubiegłym roku udało się utrzymać poza granicami UE wielu syryjskich uchodźców. Jeśli sprawdzi się choćby drobny ułamek prognoz w kwestii zmian klimatu w ciągu paru dekad duża część ludności świata ruszy ku Europie. Nie bójmy się jasno myśleć o tym, co ruch ten będzie oznaczać dla naszych granic i sposobu, w jaki chcemy żyć.

Tłumaczenie Zbigniew Mach

Tutaj się czyta. Bez reklam.

Tak jak w kiosku. Kupując prenumeratę cyfrową, możesz czytać codzienne wydanie Dziennika Łódzkiego.

Co zyskujesz:

  • dostęp do wszystkich treści Dziennika Łódzkiego
  • codzienne e-wydanie Dziennika Łódzkiego
  • artykuły, reportaże, wywiady i multimedia
  • co tydzień nowy numer Ekstra Magazynu
Roger Boyes

Dodaj pierwszy komentarz

Komentowanie artykułu dostępne jest tylko dla zalogowanych użytkowników, którzy mają do niego dostęp.
Zaloguj się

plus.dzienniklodzki.pl

Polska Press Sp. z o.o. informuje, że wszystkie treści ukazujące się w serwisie podlegają ochronie. Dowiedz się więcej.

Jesteś zainteresowany kupnem treści? Dowiedz się więcej.

© 2000 - 2018 Polska Press Sp. z o.o.