Lubański: Grałem dla Polaków, nie dla PRL-u

Czytaj dalej
Fot. Andrzej Banas / Polska Press
Jerzy Filipiuk

Lubański: Grałem dla Polaków, nie dla PRL-u

Jerzy Filipiuk

Były prezydent Lech Wałęsa powiedział mu, że uczył się od niego patriotyzmu. Były premier Jerzy Buzek zdradził mu, że w jego mieszkaniu uczestniczył w tajnych spotkaniach działaczy „Solidarności”.

„Panie Włodku, myśmy się od was uczyli patriotyzmu”. To prawda, że usłyszał Pan te słowa od Lecha Wałęsy, który miał na myśli Pana i innych wspaniałych piłkarzy z lat 70. ubiegłego wieku?

Tak. Pana Lecha spotkałem dwa razy w życiu. O tej nauce patriotyzmu powiedział mi, gdy w 2007 roku odsłaniałem swoją pamiątkową gwiazdę w Alei Gwiazd Sportu we Władysławowie. Przyjechał na tę imprezę (został uhonorowany gwiazdą za słynny skok przez mur - red.) i się spotkaliśmy. Jego słowa były dla mnie wzruszające. Odpowiedziałem wtedy: „Panie prezydencie, my tylko chcieliśmy wygrywać”.

Kibice też o Panu pamiętają za chwile sportowych wzruszeń, gdy przyjeżdża Pan do Polski?

Tak, i to w sposób czasem dla mnie szokujący. No bo ilu jeszcze ludzi może pamiętać mnie z okresu, gdy grałem w piłkę? Zwykle tylko ci starsi. Tymczasem do dzisiaj spotykam się z fajnymi dla mnie reakcjami. Podam przykłady z ostatniego pobytu w kraju. Wchodzę do taksówki w Warszawie i mówię kierowcy, żeby mnie zawiózł stąd dotąd. Przyjeżdżamy na miejsce i pytam go, ile płacę. A on się odwraca i mówi: „Panie Włodzimierzu. To, co ja dzięki Panu przeżyłem... U mnie pan nie będzie płacił”. Przeżyłem szok. Następny przykład. Jesteśmy na Rynku w Krakowie. Siadamy na tarasie w jednej z restauracji. Mówię do żony: „Napijmy się piwka, małego „Żywca”, bo przed kolacją dobrze nam to zrobi na trawienie”. Młody człowiek przynosi nam dwa piwa. Potem pytam: „Czy mogę zapłacić?”. A on na to: „A czy może Pan nie płacić?”. Ja: „A dlaczego?”. A on: „Pan nie płaci”. Po chwili przychodzi i mówi „Panie Włodku, pan jest dla mnie legendą”. Takie momenty sprawiają dużą radość. Uświadamiam sobie, że coś zrobiłem dla innych, coś, co dziś zostaje mi oddane w takich gestach.

Doceniła też Pana ojczyzna?

Mam dużo odznaczeń, w tym trzy państwowe, które bardzo sobie cenię: Krzyż Kawalerski i Krzyż Oficerski Orderu Odrodzenia Polski oraz otrzymany w ubiegłym roku Krzyż Komandorski Orderu Zasługi RP.

A pochwali się Pan też... radzieckim odznaczeniem? Bo wiem, że dostał Pan takie jeszcze w latach 60. ubiegłego wieku.

Otrzymałem tytuł Zasłużonego Mistrza Sportu. Ale czy ja jestem winien temu, że to mnie, jako młodego wtedy człowieka, wysłano do Moskwy na akademię, zorganizowaną z okazji któregoś lecia ZSRR? Na uroczystość z każdego kraju demoludu zaproszono najlepszego sportowca. Na przykład z Kuby przyleciał bokser Teofilo Stevenson, a z Czechosłowacji łyżwiarz figurowy Ondrej Nepela (mistrzowie olimpijscy i świata - red.).

Grał Pan w czasach, kiedy krajem rządziła Polska Zjednoczona Partia Robotnicza. Bywał Pan nagabywany, by się zapisać do niej czy choćby do Związku Młodzieży Socjalistycznej?

Nieraz odwiedzano mnie w domu, kiedy mieszkałem w Zabrzu. Składali mi wizyty ludzie, którzy proponowali, żebym wstąpił do ZMS, a potem do partii. Mówili: „Dobrze byłoby, żeby pan się zapisał. Jest pan wzorem dla młodzieży”. Ja im dziękowałem, ale mówiłem, że na takie rzeczy nie mam czasu. Na tym się kończyły rozmowy. Nigdy jednak, jakby to powiedzieć, nie popełniłem politycznego ruchu. Byłem piłkarzem. Grałem dla wszystkich Polaków. Dla ludzi z Wybrzeża, ze Śląska, z gór, z innych regionów kraju. Reprezentowałem biało-czerwone barwy. Nie grałem dla partii, dla PRL, ale dla kraju, dla Polaków.

Pana ojciec, Władysław, należał do partii...

Pracował na kopalni. Żeby być sztygarem, musiał się zapisać do partii. Płacił jakieś tam miesięczne składki.

Nie ciągnęło Pana do polityki znacznie później, po zakończeniu kariery zawodniczej, trenerskiej, menedżerskiej?

Nie. Choć dwa lata temu proponowano mi, abym kandydował w wyborach na europosła. Pani prezydent Zabrza mówiła mi, żebym się nad tym zastanowił. Byłem w komitecie poparcia Bronisława Komorowskiego, gdy po raz pierwszy kandydował na stanowisko prezydenta.

Z powodu swej popularności w grudniu 1978 roku w Belgii mógł Pan stracić życie...

Dwaj gangsterzy chcieli wywieźć dziecko z Polski, ale zostali zatrzymani na naszej granicy i trafili do więzienia. Ktoś z tej bandy zadzwonił do polskiej ambasady w Brukseli z żądaniem uwolnienia towarzysza (jeden wyszedł szybko z więzienia za kaucją - przyp.), bo w przeciwnym razie wykonają akcję terrorystyczną przeciwko polskiemu obywatelowi. Kto by się wtedy spodziewał, że za cel wybiorą sobie mnie? To było szaleństwo. Chcieli mnie porwać, i, kto wie, może zabić.

Uniknął Pan zamachu, bo terroryści... pomylili Lubańskiego z czeskim trenerem Lokeren Josefem Vacenovskym, który zamieszkał w Pana dawnym apartamencie gdy Pan, jeszcze przed dramatycznym wydarzeniem, przeprowadził się z rodziną do innego domu.

Zachowaliśmy jednak numer telefonu z tego apartamentu. Wieczorem ktoś trzy razy zadzwonił do mnie, pytając, czy to ja. Zamachowiec chciał się upewnić, że jestem w apartamencie. Tylko nie wiedział, że teraz mieszka w nim Vacenovsky. Trener usłyszawszy w domofonie moje nazwisko, otworzył drzwi, bo myślał, że chcę go odwiedzić. Gdy zobaczył lufę pistoletu, zatrzasnął drzwi, ale napastnik oddał kilka strzałów. Czech został ranny w rękę, ale wyskoczył przez okno do ogrodu i wpadł do sąsiadów, którzy powiadomili policję. Dwaj sprawcy zamachu zdołali uciec. Dostaliśmy obstawę policyjną. Codziennie córka Gosia do przedszkola i ja na trening jeździliśmy z policyjną eskortą. Potem wyjechaliśmy do Polski, czekając aż sytuacja się unormuje. I tak też się stało. Zamachowcy zaraz po świętach zgłosili się na policję. Dostali 30 miesięcy więzienia, w tym 20 w zawieszeniu, i grzywnę.

Trzy lata później w Polsce został ogłoszony stan wojenny. Jak się Pan o nim dowiedział?

Akurat moja mama była z wizytą u nas w Lokeren. Miała wracać do kraju. Byliśmy przygotowani do podróży, klubowy peugeot był spakowany w garażu. Rano wszedłem do kuchni, a mama, z płaczem, powiedziała mi, że nie jedziemy do Polski, bo tam wojna. Mama została u nas na kilka tygodni.

W tych trudnych czasach organizował Pan pomoc charytatywną dla rodaków w ojczyźnie.

Na stadionie Lokeren były rozwieszane afisze z moimi apelami o wsparcie. Informowaliśmy kibiców Lokeren i mieszkańców miasta, że organizujemy zbiórkę rzeczy dla Polski, w której był stan wojenny. Odbywała się ona poprzez naszą kawiarnię. Przynoszono nam tysiące rzeczy - głównie jedzenie i ubrania. Było ich tak dużo, że nie mieliśmy nawet gdzie ich składać. Do Polski przewoził je jeden z naszych znajomych, który miał firmę transportową. Był kibicem, zaprzyjaźnił się z nami. Jechał przez Poznań, zatrzymywał się przy kościołach, potem przyjeżdżał do naszych rodziców do Gliwic. Odbył około dziesięciu takich podróży. W Belgii zorganizowaliśmy też dużą zbiórkę finansową na zakup aparatury medycznej i poprzez rodziców mojej żony Grażyny przekazaliśmy ją do gliwickiego szpitala.

Kocham swój kraj. Polska jest w moim sercu, choć żyję w Belgii. To jest miłość, która zawsze będzie trwać

Podczas wyjazdów do Polonusów, na przykład do USA, gdy już Pan nie grał w piłkę, też były okazje, by organizować pomoc dla kraju?

Pierwszy raz w Stanach byłem z Górnikiem Zabrze w 1963 roku. To, co zobaczyłem jako młody człowiek (16-latek - red.), było dla mnie imponujące. To był szok. Później byłem zapraszany jako sportowy weteran. Spotkania z Polonią były fajne, bo przypominały wiele rzeczy związanych z piłką nożną, ale doświadczaliśmy też wydarzeń, które miały podtekst polityczny. W 1998 roku byłem na spotkaniu w Chicago, w którym brali też udział trener Kazimierz Górski oraz lekkoatleci Władysław Komar i Zofia Bielczyk. Doszło tam do incydentu. Na salę wpadła grupa ludzi. Jeden zaczął wykrzykiwać, że Polonusi bawią się z komunistami. Szybko jednak dostał potężny cios od Władzia... Braliśmy udział w balach polonijnych, które miały wesprzeć inicjatywy w Polsce. Polonusi podchodzili do nas, robili sobie zdjęcia i dawali pieniądze. Datki zbierane do kapelusza przekazywaliśmy potem między innymi na fundusz „Gloria Victis” i Polskiego Komitetu Olimpijskiego.

Podobne spotkania, może bez takich jak w Chicago niesportowych akcentów, odbywa Pan też w Belgii?

Tak, na przykład w ostatni poniedziałek w polskiej ambasadzie w Brukseli razem z byłym premierem Jerzym Buzkiem, trenerem Bogdanem Wentą spotkaliśmy się z Polonią. Spotkanie prowadził Dariusz Szpakowski. Było dużo gości.

Przez wiele lat nie wiedział Pan o tajnych spotkaniach, które odbywały się w... Pana domu w Polsce, gdy Pan grał w Belgii.

Dowiedziałem się o tym kilkanaście lat temu. Danuta Lorentz, kuzynka mojego teścia, była zaangażowaną działaczką pod-ziemnej „Solidarności”, miała nawet pseudonim organizacyjny „Ludwik” i została aresztowana tuż po wprowadzeniu stanu wojennego. U nas w domu organizowała spotkania, w których brali udział działacze „Solidarności” ze Śląska, między innymi Jerzy Buzek. Kiedy po latach spotkaliśmy się w Brukseli, powiedział mi: „Bywałem u ciebie w domu, jak ciebie tam nie było”. Byłem zaskoczony, nie wiedziałem o tym. Mieszkałem wówczas w Belgii. Mój teść był pozytywnie nastawiony do działalności cioci i pomagał jej. Mieliśmy duży dom, było wiele miejsca, by organizować tam spotkania. Urządzano je na półpiętrze, gdzie wstawiano krzesła. A na dole... oglądano mecze.

Podczas wojaży miał Pan wielokrotnie sposobność, by zostać za granicą, jak na przykład uczynił to Pana kolega z drużyny Waldemar Słomiany, wybierając wolność w Niemczech. Nie kusiło Pana, by wykorzystać taką okazję?

Miałem takie przemyślenia, bo władze nie zezwoliły na mój transfer do zagranicznego klubu, a chciał mnie pozyskać Real Madryt, ale szybko się one kończyły. Nigdy nie zostawiłbym żony. A Waldek mnie namawiał: „Włodek, ja zostaję, zostań ze mną”.

Włodzimierz Lubański od ponad 40 lat mieszka w Belgii. Do Polski przyjeżdża kilka razy w roku.
Andrzej Banas / Polska Press Włodzimierz Lubański w październiku promował na Targach Książki w Krakowie swoją najnowszą biografię „Życie jak dobry mecz”

Ma Pan podwójne obywatelstwo, ale wciąż czuje się Polakiem?

Tak, oczywiście. Jestem Polakiem rzuconym przez los za granicę. Dziś, w otwartej Europie, tam mamy gniazdo, gdzie budowaliśmy je przez lata. W Belgii mieszkamy, w Belgii urodził się nasz syn Michał, tam pracuje nasza córka Małgorzata. Ale poprzez telewizję kontakt z Polską mamy na co dzień. Kocham swój kraj. Polska jest w moim sercu. To miłość, która zawsze będzie trwać. U nas w domu cały czas się mówi w języku polskim. Córce i synowi przekazaliśmy to, co jest polską tradycją. Gdy Polska grała mecze eliminacyjne z Belgami, zastanawialiśmy się, komu Michał będzie kibicował. Jego koledzy poszli na trybunę z Belgami, a on ubrał polski szalik i poszedł do polskich kibiców. Byliśmy z tego dumni. Michał przyjeżdża do Polski z kolegami, żeby pokazać im m.in. Kraków, Wieliczkę i Oświęcim. Ostatnio był w październiku. Mówił, że może wreszcie się ożeni. I to chętnie w... Wieliczce. On jest polskim patriotą, który urodził się w Belgii.

Rozmawiamy w Krakowie, który Pan też często odwiedzał - jako piłkarz i prywatnie.

Z Krakowem łączy mnie wiele. Przede wszystkim miłe spotkania z ludźmi, którzy byli naszymi przyjaciółmi. Tutaj jako młody piłkarz leczyłem się w klinice pod opieką profesora Tochowicza, gdzie przeprowadzono mi cewnikowanie serca. Grałem na stadionach Wisły, Cracovii, Garbarni, Wawelu. Kraków jest więc bardzo ważnym miejscem w mojej karierze sportowej i w ogóle w życiu.

Jerzy Filipiuk

Dodaj pierwszy komentarz

Komentowanie artykułu dostępne jest tylko dla zalogowanych użytkowników, którzy mają do niego dostęp.
Zaloguj się

plus.dzienniklodzki.pl

Polska Press Sp. z o.o. informuje, że wszystkie treści ukazujące się w serwisie podlegają ochronie. Dowiedz się więcej.

Jesteś zainteresowany kupnem treści? Dowiedz się więcej.

© 2000 - 2019 Polska Press Sp. z o.o.