Kto podnosi rękę na władzę, czyli jak policja wzięła się za dzieci

Czytaj dalej
Fot. Fot. Leszek Myczka
Mirela Mazurkiewicz

Kto podnosi rękę na władzę, czyli jak policja wzięła się za dzieci

Mirela Mazurkiewicz

Powód może być banalny, jak udostępnienie wpisu w mediach społecznościowych, użycie megafonu czy udział w pokojowej demonstracji. I rusza machina, która wciąga młodzież w tryby brudnej polityki. I to nie zdemoralizowanych nastolatków, palących jointy przed blokiem, ale często prymusów i aktywnych działaczy społecznych, którzy muszą tłumaczyć się przed kuratorem sądowym.

To jest próba zastraszenia tych, którzy sprzeciwiają się władzy – mówią zgodnie oni i ich rodzice. Policjanci twierdzą, że działają, bo muszą i zapewniają, że nie stoją za tym naciski polityczne.

- Podpadłem, bo poszedłem na pokojową demonstrację z niebezpiecznym narzędziem. Dokładnie rzecz ujmując z megafonem – mówi ironicznie Kacper Lubiewski, 16-letni uczeń z Opola, choć dodaje, że początkowo wcale do śmiechu mu nie było. – Gdy w bramie stanął kurator, myślałem, że ktoś robi sobie ze mnie żarty. Druga myśl była taka, że pani kurator pomyliła adresy. Przecież nie zrobiłem nic złego.

Kacper nie jest przeciętnym nastolatkiem. Gdy kilka lat temu wybrał się z rodzicami nad morze, zwrócił uwagę naciągaczom i wezwał policję. Szajka rozstawiła się na deptaku i wciągała przechodniów w brudną grę na pieniądze, której ci nie mieli szansy wygrać. Gdy ostatnio nastolatek pojechał na Puchar Polski juniorów w szermierce, miał szansę na łatwą wygraną, bo jego przeciwnik połamał szpadę. Nie wahał się ani chwili. Oddał mu swoją zapasową (a później jeszcze drugą, gdy i pożyczona od Kacpra szpada się złamała), dokończył rywalizację i honorowo wygrał walkę.

– Ja wiem, że matka nigdy nie będzie obiektywna, ale to naprawdę dobry i skromny chłopak – mówi Violetta Lubiewska, mama Kacpra. - Na początku byłam zdziwiona, tym co się wydarzyło. Teraz zdziwienie ustąpiło miejsca irytacji. Irytuje mnie działanie policji, bo tyle jest poważnych spraw, którymi mogliby się zająć, a oni tracą czas na ściganie nastolatków i to na koszt podatnika. Nie szukaliśmy rozgłosu, ale skoro już zostaliśmy w tę sprawę uwikłani, to chcemy pokazać, że nie można dać się zastraszyć. Za dzień lub dwa na miejscu Kacpra może być przecież każdy, kto ośmieli się wyrazić sprzeciw wobec działania władz.

16-letni uczeń III LO w Opolu może się poszczycić wybitnymi osiągnięciami w nauce. Miał ostatnio średnią ocen 5,66 i wcale nie jest to jego życiowy rekord. Działa też w Europejskim Parlamencie Młodzieży i od lat walczy na rzecz poprawy klimatu. To właśnie tą ostatnią aktywnością sprowadził na siebie kłopoty. 9 grudnia ubiegłego roku w Opolu odbył się „Spacer dla przyszłości”, czyli protest organizowany przez Ogólnopolski Strajk Kobiet oraz Młodzieżowy Strajk Klimatyczny. Kacper Lubiewski miał wygłosić przemówienie, wziął więc do ręki megafon.

- Wtedy podszedł do mnie policjant i stwierdził, że używanie megafonu narusza przepisy dotyczące ochrony środowiska. Nie dyskutowałem z nim. Oddałem megafon kolegom i kontynuowałem już bez sprzętu nagłaśniającego (policja twierdzi, że upominała prymusa dwa razy – przy. red.). Nie mogłem uwierzyć, że z tego powodu funkcjonariusze skierowali do sądu wniosek, aby ten sprawdził, czy nie jestem zdemoralizowany – kręci głową 16 latek z Opola. – Nie będę zgrywał chojraka i mówił, że się nie przejąłem. Ta sytuacja kosztowała mnie mnóstwo nerwów, ale na pewno nie zrezygnuję ze swojej aktywności.

Nerwowo zrobiło się również w domu Bartłomieja Lewandowskiego, właściciela firmy z Prudnika, który spontanicznie wziął udział w ubiegłorocznym, majowym proteście przedsiębiorców w Warszawie. Do stolicy – jak mówi - pojechał w interesach, a nie po to, by protestować. Towarzyszył mu 17-letni syn Michał. Gdy zobaczyli tłum ludzi wokół Kolumny Zygmunta, poszli sprawdzić co się dzieje. Wtedy otoczyła ich policja. Później sprawy potoczyły się błyskawicznie i ojca z synem wywieziono do komendy. Po dwóch tygodniach w domu Lewandowskich, bez zapowiedzi, pojawił się kurator sądowy.

- Michał bardzo dobrze się uczy, nigdy nie był notowany przez policję, nigdy nie sprawiał problemów wychowawczych, dlatego zdziwiła nas ta wizyta – wspomina Bartłomiej Lewandowski.

Dalej było jak u Hitchcocka, czyli najpierw trzęsienie ziemi, a potem napięcie rośnie.

Sąd Rodzinny w Prudniku wszczął z urzędu sprawę o ograniczenie państwu Lewandowskim praw rodzicielskich nad synem. Podstawą było właśnie to majowe zatrzymanie w trakcie demonstracji. Tydzień temu sąd - już na pierwszym posiedzeniu - umorzył postępowanie. Uznał, że nie ma podstaw do ograniczania władzy rodzicielskiej nad Michałem, ani nawet do udzielania rodzicom wsparcia w wychowaniu syna.

To już kolejny równie absurdalny przypadek. Opolszczyzna miała swoje pięć minut niechlubnego rozgłosu za sprawą historii 14-letniego Macieja Rauhuta z Krapkowic. Nastolatek, w listopadzie ub. roku, udostępnił post na Facebooku dotyczący „krapkowickiego spaceru”, czyli protestów przeciwko zaostrzeniu prawa antyaborcyjnego i rządom Prawa i Sprawiedliwości. Niedługo po tym do jego domu weszła policja. Chłopak twierdzi, że był zastraszany przez funkcjonariuszy, którzy zarzucili mu, że nawołuje do nielegalnych protestów, mimo wprowadzonego w związku z pandemią zakazu zgromadzeń. 14-latek miał usłyszeć, że za takie zachowanie grożą mu 4 lata w poprawczaku i 4 lata w więzieniu (policjanci utrzymywali, że przyszli „celem przeprowadzenia rozmowy profilaktyczno-informującej z jego rodzicami”).

Historia miała finał w sądzie, bo mundurowi uznali, że aktywność facebookowa nastolatka może świadczyć o… jego demoralizacji. Dowodem w sprawie, oprócz udostępnionego wpisu na portalu społecznościowym, było również… zdjęcie profilowe jego mamy, na którym była widoczna czerwona błyskawica - symbol Strajku Kobiet.

Ostatecznie Maciej Rauhut przed obliczem Temidy nie stanął. Sąd Rejonowy w Strzelcach Opolskich, po zapoznaniu się z zawiadomieniem Komendy Powiatowej Policji w Krapkowicach, postanowił nie wszczynać postępowania. Sprawa odbiła się echem w całej Polsce. Jej pokłosiem była też dymisja podinspektora Józefa Chudoby, komendant policji w Krapkowicach, który kazał swoim podwładnym przeglądać Facebooka w celu ustalenia osób związanych z krapkowickim Strajkiem Kobiet.

Pracując nad tym reportażem zadałam szereg pytań opolskiej policji. Chciałam m.in. widzieć, jaka jest przyczyna nasilenia w ostatnich miesiącach działań wobec wzorowych uczniów i społeczników, którzy angażują się w życie społeczne, co - zdaniem mundurowych - może świadczyć o demoralizacji. Zapytałam również, czy opolska policja nie ma poczucia, że kierowanie wniosku do sądów rodzinnych w tych sprawach jest nieadekwatne do „przewinień”, takich jak udostępnienie wpisu na Facebooku, czy użycie megafonu. Odpowiedź zespołu prasowego Komendy Wojewódzkiej Policji w Opolu jest wymijająca.

- Policjanci mając podejrzenie, że nieletni mógł naruszyć normy prawne, przekazują do sądu taką informację. Należy tutaj podkreślić, że to zawsze sąd, a nie policja decyduje o tym, czy doszło do naruszenia przepisów prawa, czy też nie. Sąd może również pozostawić takie pismo bez rozpoznania – czytamy. Jest też zapewnienie, że „policja jest formacją apolityczną”.
Od opolskich policjantów, z którymi rozmawiałam, usłyszałam, że oni wstydzą się zachowania swoich kolegów-funkcjonariuszy, ponieważ rzutuje to na obraz całej formacji. Zgadzają się rozmawiać wyłącznie anonimowo.

– Za tym wszystkim stoi chęć wykazania się karierowiczów. Oni liczą, że za takimi „sukcesami” pójdą awanse. Szeregowi policjanci nie mają nic do gadania. Robią, co im przełożony każe – mówi jeden z policjantów z regionu.

– Brzydzę się, słysząc historie, jak ta z Krapkowic, czy ostatnia z Opola i jest mi wstyd za moją formację – przyznaje inna funkcjonariuszka. - Boli mnie to, bo sama też mam dziecko i ono mogło być na miejscu tych chłopców. Nie wiem, w którą stronę to pójdzie, ale coraz częściej myślę o tym, żeby zrzucić mundur. Władza prędzej czy później się zmieni, a ja nie chciałabym, żeby obywatele pluli mi pod nogi, jak byłym milicjantom po transformacji ustrojowej.

Zespół prasowy KWP w Opolu zapytałam również o awanse w zamian za ściganie młodych aktywistów. Chciałam wiedzieć, czy policjanci zaangażowani w opisywane w tym reportażu historie byli nagradzani lub awansowali po tym, gdy sprawy zostały skierowane do sądu. Nie otrzymałam odpowiedzi. Było jedynie mgliste zapewnienie, że funkcjonariusze są nagradzani oraz mianowani na inne stanowiska w oparciu o ustawę oraz rozporządzenia. Do tego wątku będę jeszcze wracała w kolejnych dniach.

Przypadki ścigania nastolatków, których jedyną winą jest angażowanie się w życie społeczno-polityczne, zdarzały się w ostatnich miesiącach nie tylko na Opolszczyźnie. Pod koniec października ubiegłego roku głośno zrobiło się o 14-latce, która szła na czele Strajku Kobiet w Olsztynie. Dziewczynka niosła transparent i – zdaniem policji – wykrzykiwała wulgarne hasła. Została wylegitymowana i spisana, a zgromadzone przez funkcjonariuszy materiały trafiły do sądu rodzinnego. Ten ostatecznie odmówił wszczęcia postępowania wobec nastolatki.

W sprawę Kacpra Lubiewskiego włączyło się biuro Rzecznika Praw Obywatelskich. W piśmie do Komendanta Miejskiego Policji w Opolu, mł. insp. Rafała Drozdowskiego, czytamy: „Zdaniem Rzecznika Praw Obywatelskich zaangażowanie osób młodych w życie publiczne i społeczne oraz zabieranie przez nich głosu w istotnych dla państwa sprawach należy ocenić jako zjawisko bardzo pozytywne. Represjonowanie takich zachowań może wywołać efekt mrożący i zniechęcić młodych ludzi do angażowania się w życie publiczne ze szkodą dla społeczeństwa i Państwa Polskiego. W takim kontekście traktowanie przez Policję udziału osoby nieletniej w zgromadzeniu publicznym, stanowiące przejaw realizacji konstytucyjnych praw i wolności, jako przejawu demoralizacji, jest w demokratycznym państwie prawa trudne do zaakceptowania”.

Biuro Rzecznika Praw Obywatelskich konkluduje też, że w takich przypadkach wskazane byłyby bardziej powściągliwe reakcje policji. „Wydaje się, że pouczenie ze strony funkcjonariusza policji, zdając sobie równocześnie sprawę z oczekiwań podejmowania działań przez Policję ze strony organów władzy publicznej, byłoby w większości przypadków wystarczające, a w odniesieniu do osób nieletnich służyło zachowaniu zaufania do organów państwa, w tym w szczególności Policji” – pisze Mirosław Wróblewski, dyrektor działającego w biurze RPO Zespół Prawa Konstytucyjnego, Międzynarodowego i Europejskiego.

W kolejnym piśmie do Komendanta Miejskiego Policji w Opolu, sprzed niespełna dwóch tygodni, biuro Rzecznika Praw Obywatelskich zwraca uwagę na wybiórczość w stosowaniu przepisu mówiącego o używaniu sprzętu nagłaśniającego, m.in. megafonu, którym Kacper sprowadził na siebie kłopoty. - Nie stał się on (ten przepis – przy. red.) podstawą do podjęcia działań przez Policję chociażby wobec aktywistów, którzy przy pomocy samochodu wyposażonego w nagłośnienie upowszechniali treści zniesławiające osoby nieheteronormatywne – zauważa Mirosław Wróblewski z biura RPO.

Reakcje policji wydają się być działaniami na wyrost, na co zwraca uwagę m.in. cytowane biuro Rzecznika Praw Obywatelskich. Również młodzi aktywiści i ich rodzice uznają, że to nic innego jak próba zniechęcenia nastolatków do aktywności wyrażającej sprzeciw wobec obecnej władzy.

- Wszystkie podejmowane przez policjantów czynności oparte są na zasadzie legalizmu, a więc policja nie może w dowolny sposób odstępować od wykonania czynności – odpiera te zarzuty insp. Mariusz Ciarka, rzecznik prasowy Komendanta Głównego Policji. - Podejmowanie interwencji wobec różnych osób wiąże się chociażby z uzasadnionym podejrzeniem popełnienia czynu zabronionego, a więc nie stwierdzeniem, że wyczerpane zostały znamiona czynu zabronionego, ale już mając do czynienia z uzasadnionym podejrzeniem.

Zapytałam więc wprost, czy policjanci otrzymali instrukcje od przełożonych, by reagować na działania, które mogą się nie spodobać partiom rządzącym.

- Z dużym ubolewaniem obserwujemy, jak działania policjantów, którzy dbają zarówno o bezpieczeństwo publiczne, ale również o przestrzeganie porządku prawnego, są utożsamiane z działaniem politycznym – napisał nam insp. Ciarka. - Nieusprawiedliwione są również twierdzenia, które mówią o nieadekwatności działań i wskazują na jakąkolwiek formę represji politycznej, wówczas, kiedy policjanci reagują na przypadki noszące znamiona łamania prawa.

W sprawie Kacpra Lubiewskiego opolski sąd nie podjął jeszcze decyzji. W grze są dwa warianty: sąd na posiedzeniu niejawnym może zdecydować o odmowie wszczęcia postępowania lub skierować sprawę na rozprawę. Z wywiadu kuratorskiego nie wynika, by Kacper był zdemoralizowany. Rzecznik Praw Obywatelskich, który włączył się do sprawy, wniósł o odmowę wszczęcia postępowania, bądź o jego umorzenie. Kacper jest nieletni, więc nie może zostać skazany. Hipotetycznie, w najczarniejszym scenariuszu, sąd mógłby orzec o zastosowaniu wobec niego środka wychowawczego, czyli na przykład oddać go pod dozór kuratora lub umieścić w ośrodku poprawczym.

Tym, którzy zdecydowali, żeby sprawdzić, czy nastolatek nie jest zdemoralizowany pani dyrektor powiedziałaby krótko: – Szkoda waszego czasu i zaangażowania. Na pewno jest wielu ludzi, którzy takiej pomocy potrzebują, ale z całą pewnością nie Kacper. Z mojego punktu widzenia ta sprawa to farsa. Teatr absurdu. Mrożek usiadłby i płakał z radości, że ktoś coś takiego wymyślił. Niestety, to rzeczywistość pisze najgłupsze kawały. Uważam, że fundowanie Kacprowi takiego przeżycia było niepotrzebne. On i jego koledzy, którym chce się chcieć, mają prawo być zawiedzeni zachowaniem dorosłych.

- Spowija nas gęsty mrok absurdu, a Opolszczyzna niestety stała się jego zagłębiem – ocenia mec. Jacek Różycki, członek Komisji Praw Człowieka przy Naczelnej Radzie Adwokackiej, który od lat o te prawa głośno się upomina. Mecenas Różycki jest również obrońcą Kacpra. – Angażowanie się młodych osób w życie publiczne powinno być powodem do dumy. Jeśli za takie zachowania oni są represjonowani – a tak odbieram kierowanie przez policję spraw do sądów – to z całą pewnością jest to nie do zaakceptowania w demokratycznym państwie prawa. Niektórzy żartują, że rzeczywistość przerosła reżyserską fantazję Barei, ale to naprawdę nie jest już śmieszne.

Mecenas mówi wprost: żyjemy w kraju orwellowskim, w którym system zagraża nie tylko wolności jednostki, ale całego społeczeństwa.

– Kacper Lubiewski, który aktywnie działa na rzecz klimatu, zdaniem policji zaszkodził środowisku, bo użył megafonu – mówi mecenas Różycki. - Takich absurdów jest więcej, jak np. głośna sprawa ułaskawienia przez prezydenta koordynatora służb specjalnych Mariusza Kamińskiego i to jeszcze przed prawomocnym wyrokiem sądu. W państwie prawa, funkcjonującym w oparciu o domniemanie niewinności, ułaskawić można tylko osobę prawomocnie skazaną.

– Demoralizacja kojarzyła mi się z chłopcami palącymi pod blokiem jointy – mówi Violetta Lubiewska. – To, co się wydarzyło w sprawie mojego syna, to nic innego jak próba zastraszenia Kacpra i jemu podobnych młodych aktywistów. Bo przekaz jest taki: nie chcecie mieć kłopotów, to siedźcie w domach. Pamiętam z lat 80’, co robiło ZOMO. Wydawało mi się, że wolnej Polsce policja miała służyć społeczeństwu. A tymczasem wychodzi na to, że historia zatoczyła koło.

Mirela Mazurkiewicz

plus.dzienniklodzki.pl

Polska Press Sp. z o.o. informuje, że wszystkie treści ukazujące się w serwisie podlegają ochronie. Dowiedz się więcej.

Jesteś zainteresowany kupnem treści? Dowiedz się więcej.

© 2000 - 2021 Polska Press Sp. z o.o.