Michał Wenklar

Krakowski Oddział IPN i „DZIENNIK POLSKI” PRZYPOMINAJĄ. Lotnicze operacje „Most”, czyli coś więcej niż zrzut

Samolot Douglas C-47 „Dakota” - takie samoloty wykorzystywano w akcjach typu „Most” Fot. wikimedia Samolot Douglas C-47 „Dakota” - takie samoloty wykorzystywano w akcjach typu „Most”
Michał Wenklar

Tylko trzy razy podczas wojny doszło do akcji, podczas której aliancki samolot wylądował i zabrał na pokład ludzi i ładunek.

Podstawową formą pomocy lotniczej dla Armii Krajowej były zrzuty. Brytyjskie samoloty dostarczały na przygotowane wcześniej w kraju zrzutowiska zasobniki i paczki z zaopatrzeniem: bronią, amunicją, materiałami sanitarnymi, środkami łączności czy mundurami. Drogą powietrzną dostawali się do kraju cichociemni, specjalnie przeszkoleni żołnierze tworzący później elitę konspiracji. Ale tylko trzy razy doszło do akcji, podczas której aliancki samolot wylądował i zabrał na pokład ludzi i ładunek. Akcje takie określano w kraju kryptonimem „Most”.

Pierwsze „Mosty”

Lądowanie na prowizorycznym lądowisku w Polsce, a później odlot z powrotem z zabranym ładunkiem, wiązało się z o wiele poważniejszym ryzykiem niż zwykłe zrzuty. Szanse na tego typu akcje pojawiły się po zdobyciu przez aliantów baz we Włoszech, gdy samoloty mogły startować z lotniska koło Brindisi. Wybrano do tych operacji dwusilnikowy samolot Douglas C-47, nazywany „Dakotą” - stosunkowo lekki, za to niemal pozbawiony uzbrojenia, bo zamiast broni montowano dodatkowe baki na paliwo.

Najpierw należało wybrać odpowiednie lądowisko - długie i szerokie na kilometr, tak żeby samolot mógł nadlecieć z każdej strony, w zależności od kierunku wiatru. Obszar ten musiał być pozbawiony drzew, budynków, kamieni czy rowów i posiadać stosunkowo twardą nawierzchnię. Wydział Lotniczy Komendy Głównej AK zapewniał oficera startowego, odpowiedzialnego za przebieg operacji, oraz radiotelegrafistę, który miał utrzymywać łączność z bazą we Włoszech. Lokalne struktury AK miały przygotować zbrojne zabezpieczenie lądowiska oraz jego bezpośrednią obsługę – w tym sygnalistów z lampami naftowymi. W trakcie akcji zapalano światła po obu stronach prowizorycznego pasa startowego, jego początek znaczono lampami z zieloną, a koniec z czerwoną osłoną.

W maju 1943 r. Oddział VI – odpowiadający za kontakty z AK - Sztabu Generalnego Polskich Sił Zbrojnych na Zachodzie zadepeszował do gen. Stefana Roweckiego z informacją, że Brytyjczycy wyrazili zgodę na realizację operacji. Rozpoczęły się przygotowania. Pierwszy „Most” miał się odbyć w październiku 1943 r., ale zrealizowano go dopiero wiosną kolejnego roku.

Operacja „Most I” została przeprowadzona w nocy z 15 na 16 kwietnia 1944 r. na bajorze - jak konspiracyjnie określano lądowiska - kryptonim „Bąk”, na południowy zachód od Lublina. Akcję ubezpieczał Okręg Lublin AK. Samolot pięciokrotnie nadlatywał na cel, w końcu wylądował. Przywiózł dwóch cichociemnych, walizki z pocztą, dolarami, kenkartami i kamerą. Zabrał ze sobą kilku oficerów, w tym gen. Stanisława Tatara, a także wysłannika Delegata Rządu na Kraj i przedstawiciela Stronnictwa Ludowego (SL).

Na drugi „Most” wybrano lądowisko krypt. „Motyl”, położone na Powiślu Dąbrowskim, między wsiami Wał-Ruda i Jadowniki Mokre. Stosunkowo łatwe do namierzenia przez lotników, było położone blisko ujścia Dunajca do Wisły, ograniczone z jednej strony lasem, z drugiej rzeczką Kisieliną. Lądowanie odbyło się w nocy z 29 na 30 maja 1944 r. Do Polski przybyło dwóch cichociemnych oraz pół tony sprzętu dla AK, a do Anglii - via Włochy - odleciało dwóch oficerów AK oraz emisariusz SL. Całość nadzorował oficer kpt. Włodzimierz Gedymin „Włodek”.

Specjalny ładunek

Kolejny „Most” wiązał się z przekazaniem sojusznikom wyjątkowo cennego ładunku. Po rozpracowaniu przez wywiad AK ośrodka w Pennemünde, alianci przeprowadzili w sierpniu 1943 r. masowy nalot, zrzucając ok. 2000 ton bomb. W ten sposób zniszczono bazę wytwarzania i testowania rakiet V-1 i V-2 – nazywanych bronią odwetową (Vergeltungswaffe) - za pomocą których Hitler chciał poskromić Anglię. Produkcję V-2 przeniesiono wówczas w góry Harzu w Turyngii, a doświadczenia wznowiono na poligonie w Bliźnie na Podkarpaciu. Wkrótce akowcy z obwodów Dębica i Kolbuszowa AK zauważyli, że dzieją się tam wyjątkowe rzeczy. Nad poligonem zaczęły latać startujące pionowo rakiety, nazywane w pierwszych raportach „latającymi torpedami”, po ich upadku pozostawały doły 20 na 10 metrów, a pod poligon przyjeżdżały cysterny z zamrożoną substancją, co wskazywało na rodzaj materiału pędnego.

Wywiad AK objął Bliznę ścisłą obserwacją. Na początku rakiety spadały tylko na terenie poligonu, później ponad 300 km dalej na północ, w nadbużańskie rejony Podlasia. Akowcy, a czasem i okoliczni gospodarze, ukrywali pozostałe po wybuchach kawałki rakiet. Najważniejsze było jednak zdobycie kompletnej rakiety, która nie eksplodując ugrzęzła w błotach nad Bugiem, koło Sarnak w powiecie Siemiatycze. Rakieta została rozebrana na części, sfotografowana i poddana badaniom. Ekspertyza wraz z fragmentami najważniejszych elementów (w tym systemu sterowania i materiału pędnego) miała zostać przekazana do Wielkiej Brytanii poprzez akcję „Most III”, zaplanowaną na 15 lipca 1944 r.

Butle z tlenem i „goście”

Na miejsce operacji „Most III” zaplanowano po raz kolejny lądowisko „Motyl”. Było już znane, sprawdziło się poprzednio, oficerem startowym ponownie został „Włodek”. Całość zabezpieczał Inspektorat Tarnów AK. Spośród miejscowych akowców tylko inspektor ppłk Stefan Musiałek-Łowicki „Mirosław” oraz jego zastępca mjr Stanisław Marek „Jagoda” wiedzieli, że chodzi o przetransportowanie fragmentów rakiety V-2. Zostały one przywiezione do Tarnowa w butlach z tlenem, używanym do celów przemysłowych. Podstawy butli odcięto, a po umieszczeniu w środku ładunku, zalutowano je z powrotem.

Oprócz „Włodka”, z Warszawy przybył radiotelegrafista por. Władysław Hauptmann „Gapa”. Zabezpieczenie terenu, za które odpowiadał kpt. Władysław Kabat „Brzechwa”, należało do żołnierzy placówek Obwodu AK Dąbrowa Tarnowska. Dodatkową osłonę stanowił oddział NOW-AK por. Jana Gomoły „Jawora” z Lasów Radłowskich. Na wypadek interwencji niemieckiej mieli ją powstrzymać do czasu odlotu samolotu.

Szeregowi akowcy sądzili, że ważniejsi od ładunku są „goście”, jak określano osoby, które samolot miał zabrać z Polski. Były wśród nich naprawdę ważne postaci. Po pierwsze Tomasz Arciszewski, legenda PPS, niegdyś z Piłsudskim uczestnik akcji pod Bezdanami. Przewidywany był na następcę prezydenta Władysława Raczkiewicza, ostatecznie po dymisji Stanisława Mikołajczyka został premierem Rządu RP na Uchodźstwie. Obok Arciszewskiego na odlot czekał specjalny wysłannik Mikołajczyka, a równolegle zapewne wywiadu brytyjskiego, Józef Rettinger, a także opiekujący się nim cichociemny Tadeusz Chciuk, ps. „Marek Celt”. Samolot miał też zabrać m.in. Jerzego Chmielewskiego „Rafała”, odpowiedzialnego za przekazanie części rakiety i raportu dotyczącego V-2.

Kłopoty z odlotem

Napięcie przed akcją sięgnęło zenitu, pojawiło się bowiem kilka niespodziewanych czynników zwiększających ryzyko. W Wał-Rudzie rozlokowano lotny oddział żandarmerii. W pobliżu pojawił się też oddział Luftwaffe z baterią przeciwlotniczą. 20 lipca roztrzaskał się zaś w okolicy węgierski samolot, ściągając zainteresowanie Niemców. A na samym lądowisku w przeddzień akcji wylądowały dwa niemieckie samoloty zwiadowcze Storch - na szczęście szybko odleciały. Dzień operacji został też znacznie opóźniony przez ulewne deszcze.

W końcu nocą 25 lipca nad lądowiskiem „Motyl” rozległ się warkot silnika. „Dakota” nadleciała, ku przerażeniu akowców oświetliła lądowisko mocnymi lampami pokładowymi, nawróciła i wylądowała. Pierwszy etap przebiegł szybko. Ładunek wyładowano, szybko odwieziono czterech cichociemnych, którzy wówczas przylecieli do Polski (w tym Jana Nowaka-Jeziorańskiego), a załadowano „gości” i przesyłkę z częściami V-2. Potem zaczęły się kłopoty. Samolot znów ryknął, ale nie ruszył - koła zagłębiły się w mokrą ziemię. Wyrzucono bagaż, ale to nie pomogło. Załoga zdecydowała się już na spalenie samolotu, żeby nie dostał się w ręce Niemców. Do tego nie dopuścili akowcy. Kierowani przez por. Zbigniewa Baszaka „Pirata”, zastępcę „Brzechwy”, zaczęli wydzierać mokrą darń sprzed kół samolotu i utwardzać ich tor. Gdy tego było mało, podłożyli pod koła połamane deski. Tym razem samolot ruszył i mimo kłopotów z hamulcami i schowaniem kół szczęśliwie dotarł do Brindisi. Niezwykle cenne materiały wywiadowcze dostały się w ręce aliantów, którzy mogli przygotować się na odparcie ataków V-2. Akcja na lądowisku „Motyl”, zamiast kwadransa trwała przeszło godzinę. Na szczęście żadne z sił niemieckich się nie ruszyły – być może okupanci przecenili siły akowców.

Planowano przeprowadzenie jeszcze dwóch akcji typu „Most”. We wrześniu 1944 r. na lądowisko „Świetlik” koło Sulejowa nad Pilicą, miał przylecieć samolot z zadaniem zabrania kolejnych ważnych osób, m.in. sędziwego Wincentego Witosa i Jana Nowaka-Jeziorańskiego. Zła pogoda zmusiła jednak samolot do zawrócenia z rozpoczętego już lotu. W ostatnim etapie wojny, w styczniu 1945 r., na lądowisko „Mucha” koło Jodłownika w Beskidzie Wyspowym miały przylecieć trzy „Dakoty”, żeby zabrać 33 lotników alianckich, którzy po awariach czy zestrzeleniu ich samolotów byli ukrywani przez akowców. Operacja ta, o kryptonimie „Catfish” („Sum”), została jednak odwołana ze względu na zbliżającą się już linię frontu.

Michał Wenklar

Komentarze

2
Komentowanie artykułu dostępne jest tylko dla zalogowanych użytkowników, którzy mają do niego dostęp.
Zaloguj się

ozbychu1

Lend-lease nazywali taką pomoc Amerykanie dla Armi Czerwonej ale teraz ,to Polacy sa potrzebni do walki w interesie USA przeciw...Rosji ,takze teraz to my Lend-lease -spytajcie Blaszczaka.

plus.dzienniklodzki.pl

Polska Press Sp. z o.o. informuje, że wszystkie treści ukazujące się w serwisie podlegają ochronie. Dowiedz się więcej.

Jesteś zainteresowany kupnem treści? Dowiedz się więcej.

© 2000 - 2022 Polska Press Sp. z o.o.