Konduktorze łaskawy, byle nie z Warszawy, czyli „planowy” odjazd pociągu…

Czytaj dalej
Fot. Katarzyna Świerczyńska
Michał Elmerych

Konduktorze łaskawy, byle nie z Warszawy, czyli „planowy” odjazd pociągu…

Michał Elmerych

19 czerwca. Dworzec Warszawa Wschodnia. Godzina 15. Na peronie pierwszym tłum. Do Szczecina wyrusza Ekspres Intercity „Chrobry”. Przed nim ponad 500 km i sześć godzin jazdy. W teorii.

Mężczyzna z dużą torbą, która w dawnych czasach byłaby marynarskim albo wojskowym workiem, od razu staje w przedsionku wagonu numer 14. Wie, że nie ma po co iść dalej. Za automatycznymi drzwiami jest raj tych, którym udało się kupić miejscówki. On jej nie ma. I wie, że ze swoją torbą nie ma czego szukać w środku ciasnego wagonu. Zostaje przy drzwiach. Podobnie jak my. Także bez miejsc do siedzenia, ale skoro przedsionek jest już zajęty, zaczniemy okupować miejsce na większy bagaż tuż za drzwiami do raju. Poza tym stąd lepiej widać, czy przypadkiem w tych 18 rzędach poczwórnych siedzeń nie pozostało chociaż jedno wolne. Plan jednak był zupełnie inny.

Warszawa Centralna

Składzik na większy bagaż też się zapełnia. Młoda dziewczyna wsunęła swoją walizkę na sam dół, a zażywny jegomość na samą górę. Do oparcia połowy półdupka pozostał środek. Ale i tutaj nie jest wygodnie, bo walizka zażywnego wystaje i trzeba się kulić. Jedziemy więc na stojąco. To zupełnie nasza wina. Przyjechaliśmy do Warszawy na ślub i wesele i tak jakoś oszołomiła nas ta ceremonia i zabawa (weselna oszołomiła dosłownie), że przeoczyliśmy fakt, że to koniec czegoś, co ludzie nazywają „czerwcówką”, czyli długiego weekendu, który zaczyna się Bożym Ciałem. Kiedy w końcu po szale zabawy zaczęliśmy ogarniać bilety, okazało się, że z gwarancją miejsca siedzącego pojechać możemy do Szczecina najwcześniej w poniedziałek. To nie wchodziło w grę. Trzeba było zaryzykować. Plan był prosty. I miał być skuteczny.

Warszawa Zachodnia

Prawie jak ten pułkownika Krafta w serialu „Stawka większa niż życie”. Tylko podobnie jak tamten nie wypalił. Właściwie to spalił na panewce już w momencie, kiedy na tablicy na Dworcu Wschodnim pod trasą przejazdu pojawiła się informacja, że „w dniu dzisiejszym pociąg nie prowadzi wagonu restauracyjnego”. Czyli z założenia, że skromne bagaże zrzucamy w wagonie sąsiadującym z tzw. Warsem i idziemy na małe co nieco, które zapewni nam miejsca siedzące - nici. Zachodnia nie jest najpopularniejszą stacją, ale musieliśmy ogarnąć, czy także tutaj nikt nie dosiądzie się na jedyne wolne miejsce, które pozostało w wagonie. W jedenastym rzędzie od nas. Gdyby okazało się, że nikt go nie zajmie, moglibyśmy na zmianę siedzieć do Kutna. A to już godzina. Zawsze coś. Katarzyna poszła więc pilnować, czy przypadkiem nikt nie zagrozi temu granatowemu cudowi w klasie drugiej. To ważne, żeby być przy tym miejscu, bo takich jak my poszukiwaczy jest całe mnóstwo i wówczas już wiadomo, że to my byliśmy sprytniejsi i że to nam miejsce to się należy. I się należało. Nikt się nie zgłosił. Znowu można było usiąść. Przynajmniej jedno z nas mogło. Najpierw Katarzyna.

- Gdzie schowałaś skarpetki i sweterek? - zapytał żonę starszy mężczyzna z ostatniego fotela przed miejscem na bagaż, odrywając wzrok od jakiejś codziennej gazety.

- A co? Zimno ci? - odparła żona.

Swoją drogą, to dlaczego czasami na oczywiste pytanie nie można dostać prostej odpowiedzi? Tylko trzeba się tłumaczyć?

- Są w twojej walizce, w takim woreczku.

Okazało się, że nie w jego, a w jej walizce. Proces zakładania skarpet i sweterka trwał jakieś dziesięć minut. Trzeba przyznać, że obserwując tę pierwszą czynność, uznaję ją za intymną.

Kiedy skarpetki były już przez pana włożone i sweterek założony, Katarzyna skinęła dłonią. Tym razem to ona stała, a ja usiadłem. „Chrobry” sukcesywnie zbliżał się do Kutna, a my ocenialiśmy swoje szanse na pozostanie w tym miejscu. Sprawdzałem dostępność miejsc w pociągu w aplikacji i okazało się, że gwarancja wolnego miejsca pojawia się dopiero w Zbąszynku. Czyli za Poznaniem. Szans nie mieliśmy zbyt wielu. I rzeczywiście. Chociaż siedząca koło mnie dziewczyna akurat w Kutnie wysiadała, udało nam się posiedzieć wspólnie z Katarzyną może pięć minut.

- To chyba są nasze miejsca - spojrzały na nas dwie pary młodych oczu.

- Pewnie tak - odparliśmy z uśmiechem i wróciliśmy do naszego bagażowego domu, który w tym czasie przestał być naszym, bo zajęła go wytatuowana nastolatka. Musieliśmy stanąć obok, chociaż plan… Zostawmy już jakikolwiek plan.

Konin

Następna stacja też nie dawała wielkich szans. Tutaj mało kto wysiada. Owszem, zdarza się, ale raczej rzadziej niż częściej. A jednak zdarzył się cud. W szóstym rzędzie od nas starsza pani poprosiła młodzieńca o zdjęcie z półki jej walizek. Młodzieniec uczynił to chętnie, a pani założyła plecaczek. I wówczas pociąg stanął. Nic nie robiąc sobie z tego, że miał właśnie wjeżdżać do Konina, po prostu stanął. Na wysokim kolejowym nasypie. Owszem, pociągi czasami stają w szczerym polu, ale kiedy nagle gaśnie oświetlenie i przestaje działać klimatyzacja, to musisz wiedzieć, że twoja sytuacja zaczyna być przynajmniej niepokojąca. „Szanowni państwo, ze względu na problemy techniczne nasz postój może potrwać nawet kilkanaście minut” - rozległo się z głośników. Rozleganiu towarzyszył szmer podróżnych.

A my z Katarzyną już za chwilę z wyższością patrzyliśmy na tych, którzy mieli miejscówki i siedzieli. Niedziela była bardzo gorącym dniem i wagon dość szybko się nagrzewał. W przedsionku, od którego dzieliły nas tylko drzwi, jadący tam bezmiejscówkowcy (a do mężczyzny z wielką torbą dołączył przystojny młodzian z heavy-metalową przeszłością i elegancka pani) otworzyli drzwi. - Cieszmy się tym wiatrem - powiedziała pani elegancka. I rzeczywiście, kiedy w środku wagonu ludzie zaczynali ocierać pot z czół, nas pięknie chłodził wiatr z przewiewu.

- Nie wiem, jak długo. Maszynista resetuje lokomotywę. To może potrwać - rzucił konduktor po kilkunastu minutach, kiedy przyszedł otwierać okna w wagonie. Właściwie to lufciki, których było w sumie sześć. - I proszę korzystać z pań z wózkami gastronomicznymi. Są w wagonie numer 13, ale nie będą jeździły, bo jest za dużo ludzi - dodał jeszcze.

I robił to w każdym wagonie, bo rozpoczęły się pielgrzymki. Swoją drogą to zaopatrzenie musiało być całkiem dobre, bo przez kilkanaście minut kilkadziesiąt osób, ocierając się o nas stojących w przedsionku, wynosiło całkiem sporo dóbr.

Reset lokomotywy trwał i trwał. Czasami nawet udało się przejechać kilka metrów.

- Proszę nie wysiadać, tutaj jeżdżą pociągi! - krzyczał kierownik na niesfornych pasażerów. Niespełna godzinę później ruszyliśmy. I dojechaliśmy do Kramska.

- Tutaj pewnie przyjadą po nas autobusy - rzucił ojciec czteroosobowej rodziny. - Podsłuchałem, jak rozmawiali - nie ukrywał, że jest asem wywiadu (za parę godzin rzeczywiście będzie wzbudzał zazdrość niektórych).

Nic takiego jednak się nie stało. Nie było żadnych autobusów. Kramsk okazał się zbawienny i pociąg ruszył. Starsza kobieta wysiadła w Koninie, a my znowu mieliśmy jedno miejsce do siedzenia na dwoje. Tu ważna uwaga, pamiętaj, żeby nie siadać za wcześnie. Postoje na poszczególnych stacjach są krótkie, więc ludzie wsiadają, gdzie popadnie, a potem idą i szukają swoich miejsc. Jak patrzą po numeracji, możesz czuć się zagrożony, jeśli tylko po poszczególnych fotelach, są mniejszym zagrożeniem. Prawdopodobnie tak jak ty nie mają miejscówki.

Poznań Główny

Po przygodzie z lokomotywą prawie godzina opóźnienia nie robiła już na nikim wrażenia. Ważne, że pociąg toczył się dalej w kierunku Poznania. Niestety, w kierunku Poznania. Kiedy wprowadzano „Chrobrego” do rozkładu jazdy w latach 80. zeszłego stulecia, był pociągiem doskonałym. Wyjeżdżając ze Szczecina, zatrzymywał się jeszcze w Dąbiu i Stargardzie (wówczas Szczecińskim) a potem dopiero w Kutnie. Omijał więc stolicę Wielkopolski łukiem. Nie dość, że jechał krócej, nie trzeba było zmieniać kierunku jazdy, to jeszcze był pociągiem dla ludzi z Pomorza Zachodniego. Poznańskie lobby zrobiło jednak swoje i od lat już ten skład kursuje przez Poznań. Dla Wielkopolan to doskonałe połączenie, ale przez to pasażerowie jadący dalej niż gród Przemysława stali się pasażerami drugiej kategorii.

Są jednak okresy w roku, kiedy pociąg w Poznaniu pustoszeje. Na to liczyliśmy i tym razem. Wiedząc, że od Zbąszynka pojawią się wolne miejsca (wprawdzie w innym wagonie), liczyliśmy, że także u nas coś się zwolni. Także i to, że mamy 50 minut opóźnienia, napawało pewnym optymizmem, bo w tym czasie w kierunku Szczecina mogły przecież pojechać inne pociągi.

Niestety, po raz kolejny okazało się, że wyrwane z życiorysu ślubem Lilianny i Mateusza dni położą się piętnem. Już podczas wjazdu na poznański dworzec coś było nie tak. Atmosfera, jakby właśnie zakończył się rockowy festiwal w Jarocinie 40 lat temu. Tłumy młodych ludzi koczujących na peronach. No tak! Od piątku trwał tutaj Pyrkon. Festiwal fantastyki. To stąd ci dziwnie poubierani ludzie, wiozący jakieś magiczne bagaże. „Pyrkosz, Pyrkosz i nie jedziesz” - mówił Gustlik do Wichury w serialu „Czterej pancerni i pies”. „Pyrkon, pyrkon i nie siedzisz” - pomyślałem. Głupi ma jednak zawsze szczęście i znalazły się dwa miejsca. Jedno daleko od drugiego, ale już nie musieliśmy się z Katarzyną dzielić. A z Poznania to już blisko. Większość trasy mieliśmy za sobą. Miała być 21.18, będzie 22.18, a niech nawet i trzydzieści. Siedzimy i jedziemy.

Zbąszynek

Do Opalenicy. Tam zajechaliśmy. „Gdzie stoimy?” zapytała Katarzyna wiadomością tekstową. „Spójrz za okno” - odpisałem. „W kapuście” - przyszła wiadomość. Tak, staliśmy w polu kapusty.

- Ze względu na awarię kolejowych systemów bezpieczeństwa między stacjami Nowy Tomyśl a Zbąszynek nasz postój potrwa około 25 minut - w Poznaniu zmieniła się obsługa konduktorska i tym razem o problemach informowała już kierownik pociągu. Istna Kasandra.

- Panie, ten z Giżycka, co nim jechałem, miał 50 minut opóźnienia i już myślałem, że nie zdążę, ale ten też miał. Co tu się dzieje? - pyta mnie mężczyzna, który wsiadł w Poznaniu, a obok którego znalazłem miejsce. Coś wymamrotałem, bo tak serio, to co ja miałem powiedzieć? - Ze względu na awarię kolejowych systemów bezpieczeństwa między stacjami Nowy Tomyśl a Zbąszynek nasz postój potrwa około 40 minut - przecież pisałem, że Kasandra.

Kiedy opóźniony pociąg jedzie, ludzie w nim zachowują się zdecydowanie inaczej niż kiedy opóźniony pociąg stoi. Wówczas słychać praktycznie wszystkie rozmowy, a ich gwar z każdą minutą wydaje się potęgować.

- Zaraz będzie godzina papieska. Może coś zaśpiewamy - mówi młoda dziewczyna siedząca kilka rzędów za mną.

- Pewnie „Barkę”, jak myślę - odzywa się młody chłopak z sąsiedniego fotela.

Kpiący ton. Być może efekt przegrzania. W końcu było bardzo gorąco, a i dzień młodzież miała intensywny. Jest 20.58. Właściwie powinniśmy już mijać Gryfino. A jesteśmy pod Poznaniem. „Jutro Pogoń przyjeżdża tu na przedsezonowy obóz. Może zostanę i porobię materiały” - uśmiecham się w duchu.

W tym czasie na zachodzie rozwija się piękna burza. Niebo co chwilę przeszywają błyskawice. W świetle zachodzącego słońca przysłoniętego przez burzowe chmury, robi to kolosalne wrażenie. Na wschodzie ktoś odpalił fajerwerki. Pokaz jest krótki, ale budzi ogólną wesołość. Wagon jest na granicy głupawki. Zbliża się 21.37. Niektórzy byliby już w domach.

„Pan kiedyś stanął nad brzegiem, szukał ludzi gotowych pójść za nim…” - rzeczywiście dziewczyna z tylnego rzędu zaczyna śpiewać. Raz, robi to całkiem znośnie, dwa, okazuje się, że zna tekst. Nie tylko pierwszej zwrotki i refrenu. „Jestem ubogim człowiekiem, moim skarbem są ręce gotowe…”.

- Możesz przestać? Wszyscy jesteśmy już dość wkurzeni i nie potrzebujemy twojego wokalu jeszcze - nie wytrzymuje młoda kobieta z siedzenia przede mną.

„Barka” milknie, ale pociąg, o dziwo, rusza.

Świebodzin

„Mamy 240 minut opóźnienia i jesteśmy w Nowym Tomyślu” - wysyłam wiadomość do córki. „Chyba jedziecie z moją koleżanką. Ona napisała to samo” - przychodzi odpowiedź. Bo z Opalenicy dojechaliśmy tylko do Nowego Tomyśla. - Ze względu na awarię kolejowych systemów bezpieczeństwa między stacjami Nowy Tomyśl a Zbąszynek nasz postój potrwa około 30 minut - płynie z głośników. Stoimy na stacji. Ludzie wylegają na perony. Nikt nie robi sobie niczego z zakazów. Psy załatwiają się, ludzie palą papierosy. Jesteśmy w tym wszystkim razem aż po uszy. Zdenerwowanie jest chyba już mniejsze niż rezygnacja.

Super as wywiadu (ten od autokarów w Kramsku) wpada do wagonu z trzema kebabami. - Nie wiem, jak to smakuje, zaryzykowałem. Tylko oni byli otwarci - mówi do żony. Porcje są trzy: dwie dla dorosłych i jedna dla dwójki dzieci. - Nie jest tak źle - mówi, jedząc. Są tacy, którzy patrzą z zazdrością. Cóż, wykorzystał swój czas. Jest bohaterem.

- Ja wysiadam tutaj. Dalej nie jadę - niebieskowłosa dziewczyna krzyczy do słuchawki. Pasażerowie reagują śmiechem. Ona przechodzi przez wagon jak burza. Po co wysiadać w Nowym Tomyślu?

W końcu ruszamy. Powoli pokonujmy trasę do Zbąszynka. Wszak kolejowe systemy bezpieczeństwa są uszkodzone. A poza tym jesteśmy wyrzutkami. Z pociągiem, który ma cztery godziny spóźnienia, nikt się już nie liczy. W Nowym Tomyślu minął nas nawet skład Kolei Wielkopolskich. Pół tysiąca skazanych na siebie i swoją obecność.

Szczecin Główny

Jesteśmy coraz bliżej. W wagonach pojawia się woda. Wprawdzie w ubikacjach nie ma już papieru (od początku w naszym wagonie i tak czynna była tylko jedna), ale za to przewoźnik zadbał o wodę. Na stacji Świebodzin wstawiona została do wagonowych przedsionków. Ludzie zabierają całe zgrzewki. Wprawdzie jedziemy, ale nikt nie wie, jak długo. Kostrzyn nad Odrą, Rzepin, Mieszkowice, Chojna, Gryfino. Wszędzie zatrzymujemy się, bo ludzie potracili swoje połączenia. Gdyby skomunikować pociągi z naszym opóźnieniem, rozregulowalibyśmy siatkę w połowie kraju.

Od Świebodzina siedzimy już z Katarzyną obok siebie. Mija powoli dziesiąta godzina naszej podróży. Katarzyna chce się zdrzemnąć, bo od rana musi pracować. Opiera głowę na moim ramieniu. Z każdą kolejną minutą siedzenia na mimo wszystko niewygodnych (a może i wygodnych, ale przy tym zmęczeniu nie jestem w stanie tego docenić) fotelach jej głowa jest coraz cięższa. W końcu zamieniamy się miejscami i opiera się o szybę.

Kilkanaście minut po godzinie drugiej w nocy „Chrobry” wtacza się na dworzec w Szczecinie. Rozpoczynają się żniwa dla kierowców taksówek. Marzenie każdy ma jedno: być w domu. Młodą dziewczynę z niebieskimi włosami odebrał z Nowego Tomyśla samochodem ojciec. Chociaż nie taki był plan.

Michał Elmerych

Dodaj pierwszy komentarz

Komentowanie artykułu dostępne jest tylko dla zalogowanych użytkowników, którzy mają do niego dostęp.
Zaloguj się

plus.dzienniklodzki.pl

Polska Press Sp. z o.o. informuje, że wszystkie treści ukazujące się w serwisie podlegają ochronie. Dowiedz się więcej.

Jesteś zainteresowany kupnem treści? Dowiedz się więcej.

© 2000 - 2022 Polska Press Sp. z o.o.