Komputery dla mas, nie dla klas. Tak Idek z Łodzi podbił świat

Czytaj dalej
Michał Meksa

Komputery dla mas, nie dla klas. Tak Idek z Łodzi podbił świat

Michał Meksa

Jego nazwisko stawiane jest na równi z nazwiskami takich postaci jak Bill Gates czy Steve Jobs. W latach 80. był dla nich niedoścignionym konkurentem. Jack Tramiel, twórca potęgi Commodore, urodził się w Łodzi, a jego życie nadawałoby się na filmowy scenariusz.

W styczniu 1984 roku Jack Tramiel miał się czym pochwalić. Stał na podium sali balowej jednego z hoteli w Las Vegas i opowiadał wpatrzonym w niego dziennikarzom o rekordowych zyskach, które rok wcześniej osiągnęła firma Commodore Business Machines. Jego firma.

Przedstawiciele mediów zapisywali w notesach robiące wrażenie liczby: miliardy zarobione na sprzedaży komputerów. Wśród nich - Commodore 64 - flagowy produkt CBM, pewnie okupujący najwyższe miejsca list sprzedaży i bijący rekordy popularności wśród użytkowników.

Tramiel był jednym z największych graczy w branży. Zyskał sobie renomę bezwzględnego biznesmena, tnącego koszty, bez zmrużenia oka zwalniającego ludzi i... odnoszącego ogromny sukces. Mało kto spodziewał się, że za kilka dni ten sam człowiek porzuci firmę, której osiągnięciami właśnie się chwalił. Porzuci ją i rozpocznie z nią walkę na śmierć i życie.

Jeden z sześćdziesięciu

Urodził się w 1928 roku jako Idek Trzmiel w Łodzi. Był jedynym synem żydowskiego szewca. Śledztwo przeprowadzone kilka miesięcy temu przez dziennikarkę portalu dobreprogramy.pl pozwala sądzić, że rodzina Idka mieszkała na obecnej ul. Przybyszewskiego.

Dzieciństwo młodego Trzmiela zostało brutalnie przerwane przez wojnę. Z przerażeniem i fascynacją obserwował, jak Niemcy wkraczają do Łodzi. Wkrótce jego rodzina została przeniesiona do getta. Stamtąd w 1944 roku trafiła do Auschwitz.

W Oświęcimiu Idek Trzmiel staje przed obliczem samego „Anioła Śmierci”. Jest badany przez doktora Josefa Mengele. Wkrótce on i jego ojciec, Abram, jako zdolni do pracy, zostają przeniesieni do obozu Ahlem, koło Hanoweru. Matka - Rifka - zostaje w Auschwitz.

Abram Trzmiel umiera niedługo potem. Przyczyną śmierci ma być tyfus, choć jak przypuszcza jego syn, mężczyźnie wstrzyknięta została benzyna. Sam Idek unika śmierci. W kwietniu 1945 roku obóz Ahlem zostaje wyzwolony przez amerykanów.

Przez kolejne dwa lata imał się rozmaitych dorywczych zajęć. Pracował m.in. w wojskowej kuchni. Wkrótce dowiedział się, że jego matka przeżyła obóz koncentracyjny. Spotkał się z nią w Łodzi (według innych źródeł do spotkania miało dojść w Niemczech). Mniej więcej również w tym okresie poznał Helenę Goldgrub - rówieśniczkę również ocalałą z Auschwitz. Wzięli ślub. Małżonkowie podjęli decyzję o emigracji do Stanów Zjednoczonych.

Pierwszy, w listopadzie 1947 roku, pojechał Idek. Legenda głosi, że gdy przybył do Nowego Jorku, w kieszeni miał 10 dolarów. Podejmował rozmaite prace i uczył się angielskiego - jak sam wspominał - oglądając amerykańskie filmy. Już wtedy w jego postawie kształtować się zaczął rys tak charakterystyczny dla Tramiela, rekina biznesu. Stał się bardzo pewny siebie i przekonany o tym, że jest w stanie dokonać, czego tylko zechce.

- Zdałem sobie sprawę, że mogę zrobić wszystko - mówił po latach. - W obozie na każde dziesięć tysięcy ludzi przeżyło 60 osób. Ja byłem jednym z tej sześćdziesiątki. Od tej pory nic nie było dla mnie za trudne.

Niedługo potem sprowadził do Ameryki swoją żonę. W 1948 roku Jack Tramiel (zamerykanizował już swoje imię i nazwisko) zaciąga się do amerykańskiej armii. Tam nauczył się naprawiać sprzęt biurowy - w tym elektryczne maszyny do pisania - i zyskał wartościowe znajomości.

Narodziny Commodore

W wojsku spędził cztery lata. Gdy przeszedł do cywila, próbował pracować w nowojorskim serwisie maszyn do pisania. Szybko jednak okazało się, że praca na etacie nie jest dla niego. Wykorzystał swoje znajomości z wojska, by załatwić swojej nowej firmie intratny kontrakt. Jego pracodawca w żaden sposób go za to jednak nie wynagrodził.

- Nie mogę pracować dla ludzi bez mózgu - powiedział swojemu szefowi i rzucił pracę.

Wkrótce rozpoczął własną działalność. Razem z kolegą z wojska wzięli kredyt i założyli firmę. Dzięki kontraktowi z czechosłowackim producentem, zaczęli sprzedawać w Kanadzie maszyny do pisania. Potrzebowali jednak nazwy.

- Byliśmy wtedy w Berlinie - wspomina. - Jechaliśmy taksówką i rozmawialiśmy o nazwie dla naszej firmy. Wtedy zauważyłem mijający nas samochód z nazwą Commodore na karoserii. Ponieważ nasze ulubione nazwy, jak General czy Admiral były już zajęte, postanowiliśmy skorzystać z nazwy Commodore.

Komputery dla mas, nie dla klas. Tak Idek z Łodzi podbił świat

W 1955 roku w Toronto oficjalnie zarejestrowana zostaje firma Commodore Business Machines.

Maszyny do pisania Commodore przez kolejne lata sprzedawały się dobrze. Jednak w drugiej połowie lat 60. zaczęły się kłopoty firmy i jej założyciela. Związane były z aferą finansową, która wstrząsnęła całą Kanadą. Atlantic Acceptance było spółką specjalizującą się w udzielaniu kredytów. W połowie lat 60. okazało się, że udzieliła kilku słabo udokumentowanych kredytów „wysokiego ryzyka”. Na jaw wyszło też, że przedstawiali nie do końca zgodne z prawdą sprawozdania finansowe. Firma zaczęła mieć spore problemy z płynnością finansową. Ostatecznie upadła w 1966 roku.

Nie było zbiegiem okoliczności, że afera Atlantic Acceptance zgrała się w czasie z problemami CBM. Szef spółki był bowiem starym znajomym Tramiela. Miała ona duże udziały w Commodore, zaś trzech jej dyrektorów zasiadało w radzie nadzorczej firmy Jacka. Tramielowi nigdy nie udowodniono żadnego udziału w aferze, jednak w świecie kanadyjskiej finansjery był spalony. Potrzebował pieniędzy. Maszyny do pisania na czechosłowackich komponentach nie sprzedawały się już tak dobrze odkąd na rynek weszła japońska konkurencja. W ostatniej chwili na pomoc przybył Irving Gould.

Komputery dla mas

Irving Gould był kanadyjskim milionerem, który zaoferował Jackowi 400 tys. dolarów na ratowanie firmy. W zamian żądał 17 procent udziałów oraz stanowiska prezesa zarządu. Dostał, czego chciał. CBM mogło istnieć dalej.

W zasadzie nic się nie zmieniło: Jack ciągle zarządzał swoją firmą. Jednak teraz czuł nad sobą obecność szefa zarządu. Można sobie wyobrazić, jaki miało to wpływ na człowieka, który tworzył Commodore od podstaw, oddawał tej firmie każdą wolną chwilę i całą swoją energię. Najważniejsze jednak było to, że znalazły się pieniądze. Wkrótce Commodore przenosi się do Stanów Zjednoczonych. Maszyny do pisania nie są już tak dochodowym biznesem, dlatego CBM zaczyna działać na rynku kalkulatorów. Początkowo odnosił sukcesy, wkrótce jednak do gry dołączył poważny rywal.

Texas Instruments to firma, która zbiła duży kapitał na kontraktach dla wojska. Widząc zainteresowanie klientów kalkulatorami, jej szefowie postanowili wejść w tę niszę rynku. Szybko okazało się, że mieli ogromną przewagę nad CBM: mogli produkować własne chipy będące właściwie mózgiem całego urządzenia.

Commodore nie miało tego luksusu. Firma Tramiela musiała kupować gotowe układy. Głównym dostawcą natomiast było... Texas Instruments, którego szefowie nie mieli zamiaru dostarczać swoich produktów konkurencji. Po raz kolejny przed Commodore pojawiła się wizja upadku.

Znów z pomocą przybył Gould: dzięki jego gwarancjom, firmie udzielono 3 mln dolarów pożyczki. Te pieniądze pozwoliły Tramielowi kupić firmę MOS, firmę tworzoną przez grupkę utalentowanych inżynierów. Przewodził im Chuck Peedle - człowiek, którego można nazwać mianem wizjonera. Początkowo Tramielowi potrzebni byli oni tylko jako producent chipów do kalkulatorów. Wkrótce jednak okazało się, że drzemie w nich znacznie większy potencjał. W 1975 roku zaprojektowali procesor MOS 6502 - tani i potężny jak na tamte czasy, który wykorzystywany był przez czołowych producentów sprzętu komputerowego i elektroniki. Teraz licencja na jego produkcję należała do Tramiela i Commodore.

Nie minęło wiele czasu, gdy Chuck Peedle przekonał swojego nowego szefa, że przyszłość należy do komputerów, a dzięki MOS Commodore może wyprodukować sprzęt, który stanie się hitem.

Tramiel postanowił dać szansę utalentowanemu inżynierowi. Postawił jednak warunek: nowy komputer ma być gotowy w ciągu 6 miesięcy - tak by można było go zaprezentować podczas CES 1977. Udało się - na zimowej edycji targów publiczność po raz pierwszy mogła zobaczyć Commodore PET.

W momencie wejścia na rynek pierwszy komputer Commodore bił na głowę konkurencję. Do tego starannie zaprojektowana maszyna wyglądała jakby żywcem wyjęta z filmu „Odyseja kosmiczna 2000”. Za około 600 dolarów każdy mógł postawić ten futurystyczny gadżet na swoim biurku.

PET (skrót od Personal Electronic Transactor), szybko stał się prawdziwym fenomenem kulturowym. W lutym 1978 roku maszyna Commodore trafiła nawet na okładkę Playboya! Wprawdzie sprzedaż komputera była umiarkowana, jednak pierwszy krok został poczyniony. Commodore przebojem weszło na rodzący się rynek komputerów osobistych.

Komputery dla mas, nie dla klas. Tak Idek z Łodzi podbił świat

Mimo sukcesu swojego pomysłu, skonfliktowany z Tramielem Chuck Peedle odszedł z firmy.

Kolejnym komputerem, który wypuściło na rynek Commodore Tramiela, był VIC 20. Na pomysł jego konstrukcji Jack miał wpaść podczas swojej wizyty w Anglii. Zobaczył tam, jaką popularnością cieszy się komputer ZX 80, produkt firmy Sinclair. Była to tania maszyna, która dzięki niskiej cenie świetnie się sprzedawała. Wówczas to Tramiel miał ukuć hasło, które przeszło do historii: „komputery dla mas, nie dla klas”.

Latem 1981 roku VIC 20 wszedł na rynek. Ten tani komputer, jako pierwszy, kupić można było nie w wyspecjalizowanych sklepach, ale w zwykłych supermarketach. Tramiel postawił też na marketing. Do reklamowania swojego nowego produktu firma Commodore zatrudniła znanego ze Star Treka aktora Williama Shatnera. Bardzo szybko okazało się, że był to strzał w dziesiątkę. Dostępność, niska cena (gdy pojawił się na półkach sklepowych, VIC 20 kosztował niecałe 300 dolarów) i reklama sprawiły, że klienci sięgali po maszynę Commodore chętniej niż po produkty konkurencji. Okazało się, że „komputery dla mas” to było właśnie to, czego potrzebowali Amerykanie.

Rywale Commodore nie próżnowali. Firma Texas Instruments postanowiła wejść na rynek komputerów. Jednak komputer, który zbudowali (TI-99/4A), nie miał szans z kolejnym produktem firmy Tramiela. W sierpniu 1982 roku na rynek wchodzi Commodore 64. Kolejne dziecko utalentowanych inżynierów z MOS. Maszyna swoją specyfikacją na głowę biła konkurencję. Kosztowała niecałe 600 dolarów i również kupić można było ją w marketach.

Jack Tramiel nie zapomniał jednak o swoich rywalach z Teksasu i wypowiedział im prawdziwą wojnę. Agresywna polityka marketingowa i cenowa sprawiła, że Texas Instruments wycofało się z produkcji komputerów. Produkowane aż do 1994 roku Commodore 64 zostało zaś najlepiej sprzedającym się komputerem osobistym w historii.

Komputery dla mas, nie dla klas. Tak Idek z Łodzi podbił świat

Biznes to wojna

W 1983 roku Commodore było na szczycie. Inni producenci komputerów osobistych nie stanowili praktycznie żadnej konkurencji. Nic dziwnego, że ton konferencji prasowej Tramiela na CES w styczniu 1984 roku był tak tryumfalny. Sam mówca jednak nie wyglądał na szczęśliwego.

Kilka dni później ogłosił, że odchodzi z Commodore. Powodem był konflikt z Irvingiem Gouldem.

Dla Tramiela Commodore było rodzinną firmą. O wszystkim chciał decydować sam. Gould natomiast nie do końca zgadzał się z takim stylem zarządzania. Zwłaszcza w momencie, gdy CBM zaczęło przynosić tak duże zyski. Chciał, by była to sprawnie kierowana korporacja, nie zaś firma funkcjonująca jak mały zakład naprawiający i sprzedający maszyny do pisania.

Jeszcze podczas zimowych targów CES między Tramielem a Gouldem miało dojść do gigantycznej awantury. Sytuacja powtórzyła się w siedzibie firmy. Wściekły Jack wyszedł z biura Commodore, by nigdy już do niego nie powrócić. Miał 55 lat i ogromny majątek. Postanowił wreszcie zejść ze sceny. Chciał poświęcić czas rodzinie, podróżować po świecie - jednym słowem: prowadzić życie zamożnego emeryta.

Nie wytrzymał w tej roli nawet roku. Nudziło go to. Był człowiekiem stworzonym do działania. Biznesowa wojna była jego żywiołem. Motywowała go również chęć zemsty: chciał pokazać Gouldowi, kto tak naprawdę jest górą.

Założył nową firmę - Tramel Technology i w 1984 roku kupił Atari. Był to niegdyś jeden z wiodących producentów sprzętu i oprogramowania. Jednak w połowie lat 80. firma podupadała. Tramiel zjawił się, by tchnąć w nią nowe życie. Cel był jeden - zbudować komputer, który rywalizować będzie z Macintoshem od Apple i który rozniesie borykające się ze znalezieniem następcy C64 Commodore. Nie ukrywał swoich intencji. W tym czasie ukuł hasło, które doskonale charakteryzowało jego wszystkie działania: „Business is war!” - biznes to wojna.

W czerwcu 1985 roku na rynek wchodzi Atari ST - zaawansowany komputer wyposażony w graficzny interfejs użytkownika, o dużych możliwościach przetwarzania dźwięku. Mniej więcej miesiąc później, Commodore zaczyna sprzedawać Amigę - będącą maszyną podobnej klasy. Tramiel miał swoją wojnę.

Jednak Commodore bez Jacka Tramiela nie było już firmą kroczącą od sukcesu do sukcesu. Pod koniec 1985 roku firma odnotowała wielką stratę. Spadła cena akcji. Dopiero znaczne cięcia kosztów uratowały spółkę przed upadkiem.

Choć Amiga przeważała sprzętowo nad maszyną Atari, wyniki sprzedaży mówiły co innego. ST zdobyło sobie dużą renomę wśród profesjonalnych muzyków - wszystko dzięki dużym możliwościom przetwarzania i edycji dźwięku. Przyjazny interfejs użytkownika, dobre oprogramowanie, a przede wszystkim atrakcyjna cena sprawiły, że w 1986 roku nowy komputer Tramiela uzyskał przewagę. Amiga była praktycznie martwa. Commodore zostało pokonane.

Dopiero zupełna zmiana polityki i wprowadzenie tańszego modelu Amigi skierowanego do graczy sprawiło, że prześcignęła ona Atari ST. To stało się jednak dopiero pod koniec lat 80., kiedy Tramiel był już na - tym razem prawdziwej - emeryturze.

Komputery dla mas, nie dla klas. Tak Idek z Łodzi podbił świat

Ostatnie lata

Jack odszedł z biznesu jako człowiek spełniony, pozostawiając Atari w rękach syna Sama. Zrobił to w dobrym momencie. Lata 90. okazały się złym czasem, zarówno dla jego firmy, jak i dla Commodore. Złe decyzje biznesowe, rozwój rynku klonów komputerów IBM PC i kilka innych czynników sprawiło, że w połowie lat 90. Atari i Commodore przestały istnieć jako poważni gracze w branży. Tramiel wrócił na krótko do Atari w 1995 roku, ale zrobił to już jako likwidator firmy. Rok wcześniej, w kwietniu 1994 roku, Commodore International ogłosiło bankructwo.

Po zakończeniu swojej działalności biznesowej, Tramiel skupił się na upamiętnieniu tragedii, którą przeżył wraz z żoną i rodzicami. Był jednym ze współzałożycieli US Holocaust Memorial Museum. Dużo opowiadał o swoich przeżyciach z Holokaustu. Zmarł 8 kwietnia 2012 r., w wieku 83 lat.

Dwa dni później, w New York Timesie ukazał się nekrolog Tramiela, w którym można było przeczytać: „Jego Commodore pomogło rozpalić przemysł komputerów osobistych w sposób, w jaki Model T Forda rozpoczął masową produkcję samochodów”.

Michał Meksa

Dodaj pierwszy komentarz

Komentowanie artykułu dostępne jest tylko dla zalogowanych użytkowników, którzy mają do niego dostęp.
Zaloguj się

plus.dzienniklodzki.pl

Polska Press Sp. z o.o. informuje, że wszystkie treści ukazujące się w serwisie podlegają ochronie. Dowiedz się więcej.

Jesteś zainteresowany kupnem treści? Dowiedz się więcej.

© 2000 - 2019 Polska Press Sp. z o.o.