Kiedy byłem na dnie, pomogli mi inni. Teraz ja chcę pomóc

Czytaj dalej
Fot. Sławomir Mielnik (o)
Jolanta Jasińska-Mrukot

Kiedy byłem na dnie, pomogli mi inni. Teraz ja chcę pomóc

Jolanta Jasińska-Mrukot

Miałem w życiu trochę szczęścia, ominął mnie poprawczak, potem zakład karny, choć wielu ćpunów tam trafiało, ale mnie się udało - przyznaje 21-letni Adam z Lewina Brzeskiego.

Kiedy się ocknąłem z ćpania, zobaczyłem, jak wiele osób chciało mi pomóc: nauczyciele, terapeuci i rodzice - opowiada Adam. - Wtedy przyznałem, że sam sobie nie poradzę. Chcę być terapeutą od uzależnień, ale teraz najważniejsza jest Michalina, ona potrzebuje niezwłocznie pomocy.

Adam Planetorz z Lewina Brzeskiego spogląda na ekran, obserwuje, jak przebiega zbiórka w serwisie zrzutka.pl. Zorganizował ją dla chorej na mukowiscydozę 20-letniej Michaliny Maciejewskiej z Białogardu. Na zamieszczonym w serwisie zdjęciu Michalina dyskretnie się uśmiecha. Zwraca uwagę jej uroda - regularne rysy, duże oczy i lekko uwydatnione kości policzkowe. Pod zdjęciem wpis: „Jest to choroba, która powoli i precyzyjnie niszczy jej organizm i każdy organ po kolei”.

Michalina jest po transplantacji wątroby. W ciągu trzech pierwszych miesięcy internauci w ramach zrzutki przekazali na leczenie Michaliny 89 tys. złotych.
- Michalina potrzebuje na leczenie jednego miliona złotych – mówi Adam. 1 milion to cena nowego leku na mukowiscydozę, który pojawił się na świecie, dając szansę chorym na genetyczną chorobę.
- Ale… - nie dopowiada.

Zasępiony zastanawia się, co będzie dalej. - Teraz ze zbiórką może być gorzej, a Michalina potrzebuje tych pieniędzy zaraz… Zaraz, żeby wygrać z czasem - precyzuje.

Adam się wkurza, bo ostatnio fałszywa zbiórka 23-letniego oszusta z Warszawy zrobiła wiele złego wokół pomocy dla potrzebujących. Oszust wyłudził od internautów 500 tysięcy złotych na nieistniejącego 2,5-letniego Antosia, któremu miała grozić utrata wzroku.

- To odbije się na najsłabszych, których zdrowie i życie zależy od hojności internautów – mówi Adam. - Michalina kocha życie. Jest utalentowana i piękna. Śpiewa. Ma plany na przyszłość - chce być terapeutą od uzależnień.

Pokazała lepszy świat

Droga Adama z Lewina Brzeskiego z drogą Michaliny z Białogardu zbiegają się w liceum ogólnokształcącym dla dorosłych w Białogardzie. Adam pojawił się w klasie maturalnej, nie było tajemnicą, że jest chłopakiem z Marianówka, co znaczyło, że jednym z tych, którzy ściągają z całej Polski do Monaru pod Białogardem.

- To nie była moja pierwsza próba wychodzenia z uzależnienia, ale po raz pierwszy bardzo chciałem się z tego wyzwolić – dodaje Adam.

20-letnia Michalina mówi, że pamięta, kiedy się poznali.
- Trochę ludzi z Marianówka się przez szkołę przewinęło. I nie byli zbyt dobrze przyjmowani – przyznaje dziewczyna.
Michalina uwielbia rozmawiać. Nigdy nie było dla niej problemem, że ktoś jest z Monaru – przeciwnie, z zaciekawieniem z nimi rozmawiała.

Ku zaskoczeniu innych ma o nich dobre zdanie: - Są bardzo inteligentni, wyrozumiali i wiele przeszli.
O Adamie mówi ciepło „Adaś”.

On mówi, że odkąd poznał Michalinę, wiele w jego życiu się zmieniło.
- Od razu złapaliśmy kontakt. Michalina zaszczepiła we mnie radość życia – dorzuca.
Adam, zdając w Białogardzie maturę, wprawił w osłupienie wiele osób. Przygotowując się do matury, wiedział jednak, że jego możliwości nie są już te same, co kiedyś.

– W gimnazjum miałem 98 proc. punktów z matematyki, zawsze bez problemu mi wszystko przychodziło – przyznaje Adam. – Ale ćpanie ogłupia, zżera intelekt, niszczy wszystko, co najlepsze w człowieku.

Wielu terapeutów jest dla Adama wzorem – niektórzy z nich, przed laty, wyrwali się ze szponów „polskiej heroiny”. Choć świat syntetycznych narkotyków jest inny od świata „polskiej hery”, wynalezionej przez dwóch studentów chemii z Gdańska w 1976 roku, jednak uzależnienie zawsze takie samo – z utratą kontroli i schodzeniem na dno. Syntetyczny świat daje mocny „odlot”, ale też natychmiastowe uzależnienie i szybciej leci się na dno.

Szybko „odleciał”

– Ćpałem od podstawówki, a zacząłem od dopalaczy – kontynuuje.
Miał 13 lat, kiedy pierwszy raz „odleciał”. Pierwszy tydzień wakacji, a wokół niego starsze towarzystwo. I wszyscy już coś brali.
– Do końca wakacji wypróbowałem to, co było w zasięgu ręki – opowiada.

Dilujący narkotykami mają dobre rozeznanie, pojawiają się zawsze tam, gdzie wiedzą, że będą chętni na towar.
- Ale też są zamienniki i fora internetowe, gdzie można wszystkiego się dowiedzieć – dodaje Adam. – Nawet tego, jak zrobić „kompot”.

Brałem jednorazowo 120 tabletek, żeby kontynuować swoje podróże astralne albo wychodzić z własnego ciała

Mówi, że „kompociarze”, czyli starzy narkomani z epoki „polskiej heroiny”, nie są aktywni w internecie. - Ich przeskoczyła technika – tłumaczy. – Oni często zatrzymali się w minionym stuleciu.

Potem były preparaty z apteki.
– Nauczyłem się, jak wyabstrahować z aptecznego lekarstwa odpowiednią substancję, tak żeby potem „odlecieć” – mówi. – Brałem jednorazowo 120 sztuk tabletek, żeby kontynuować swoje „podróże astralne” albo żeby wychodzić z własnego ciała. To były takie zawieszenia w innym świecie - halucynacje. A potem wracałem…

O tych powrotach mówi, że były straszne.
- Zejścia psychiczne i fizyczne. Uczucie głodu, a nie jadłem przez kilka dni – opowiada. - Chciałem z tym skończyć, ale przychodziły lęki, rozsypywałem się, więc wypalałem jointa… Za każdym razem mówiłem, że to koniec, że to ostatni raz.
Ale trwało.

- Rodzice się zorientowali, że ze mną coś nie tak, kiedy byłem w drugiej klasie gimnazjum – mówi. – Myślałem już tylko o tym, żeby przyćpać. I tak jak inni z tego środowiska, udawałem, że jest fajnie.

Miał 15 lat, kiedy pierwszy raz trafił na terapię. Usiadł przy okrągłym stole – rozpiętość wieku od czternastu do czterdziestu lat. Czasem nastolatek doświadczeniem życiowym mógłby obdzielić niejednego starca.
- Zobaczyłem bardzo zniszczonych ludzi, ich poszarpane życiorysy – opowiada Adam. – Usłyszałem o ich wychodzeniu z dna. No i o tym, że kilka osób, które znałem, zmarło. Przestraszyłem się…

Zadziałało, ale na krótko, bo po jakimś czasie po terapii wracał do ćpania.
- Na początku piłem tylko alkohol, potem piłem, żeby spotęgować działanie „kreski” (wciąganej heroiny - aut.). Miałem wyrok, bo włamałem się do auta.

– Żeby mieć kasę, zacząłem sprzedawać swój sprzęt sportowy i inne cenne rzeczy – przyznaje. – Albo kradłem, żeby ćpać.

Prosty wybór: albo życie, albo śmierć

Był już zmęczony życiem, dnem, na którym się znalazł, tym obłędem, z którego nie potrafił wyjść.
- Traciłem dni, po prostu jakbym się zapadał i nie wiedział, gdzie jestem - opowiada. - Byłem paskudny, kradłem i oszukiwałem… Pomyślałem: albo „złoty strzał”, albo wychodzę z tego.

Kolejna terapia - cały rok w ośrodku zamkniętym.

Wyszedł. Po roku w Monarze, nadal kontynuuje terapię grupową w Opolu, w Stowarzyszeniu na rzecz Ludzi Uzależnionych „To Człowiek”, założonym przez nieżyjącą już Mikę Kwolek, a obecnie prowadzonym przez Pawła Andrzejuka. A od października Adam rozpoczyna studia, chce być terapeutą.

Adam nie ma wątpliwości, że Michalina ma w tym swój udział.
– Pokazałam Adasiowi, że warto żyć – mówi Michalina. – Dobrze na siebie wzajemnie wpływamy. Nigdy nie było mi w życiu łatwo, ale wiem, że życie jest piękne i trzeba się nim cieszyć. Przecież jutra może nie być, to dotyczy każdego człowieka...

Adam mówi, że teraz najważniejsza jest zbiórka na lek dla Michaliny. No i ma jeszcze inne pomysły, żeby pomóc dziewczynie, jednym z nich jest koncert, na którym dla Michaliny zagra grupa Closterkeller, wykonująca rock gotycki.

Jolanta Jasińska-Mrukot

Dodaj pierwszy komentarz

Komentowanie artykułu dostępne jest tylko dla zalogowanych użytkowników, którzy mają do niego dostęp.
Zaloguj się

plus.dzienniklodzki.pl

Polska Press Sp. z o.o. informuje, że wszystkie treści ukazujące się w serwisie podlegają ochronie. Dowiedz się więcej.

Jesteś zainteresowany kupnem treści? Dowiedz się więcej.

© 2000 - 2019 Polska Press Sp. z o.o.