Jak lider grupy Queen zażyczył sobie górników

Czytaj dalej
Fot. Mat. prasowe
Marcin Zasada

Jak lider grupy Queen zażyczył sobie górników

Marcin Zasada

Jak to, Freddie? A na jaką cholerę ci górnicy? – pytał zdziwiony kierownik produkcji. „Górnicy, skarbie. Tacy w kaskach z lampkami. Do teledysku” – odpowiadał Freddie. Freddie Mercury nigdy nie był na Śląsku, nie wiadomo nawet, czy o nim słyszał. Ale ci górnicy… Gdyby znaleźć w jego bogatym życiu i karierze jakikolwiek epizod bliski czy chociaż paralelny do rzeczywistości, którą dobrze znamy, to chyba ten byłby najwłaściwszy. Przypominamy tekst o liderze legendarnej grupy Queen, bo dziś, 5 września 2019 r., Freddie Mercury obchodziłby 73. urodziny.

24 listopada 1991 roku świat opłakiwał wielkiego wokalistę, który zmarł w swoim domu Garden Lodge w Londynie. Zaledwie dzień wcześniej podał do publicznej wiadomości, że jest ciężko chory na AIDS. Miał tylko 45 lat.

Może gdyby żył, pod koniec lat 90. wpadłby na koncert na Stadionie Śląskim, gdy na chorzowską arenę ściągały największe gwiazdy muzyki z The Rolling Stones i Metalliką na czele. Może.

„Mają mieć kaski. I lampki”

Ale co z tymi górnikami? W 1984 roku Mercury i Queen wracali na szczyty list przebojów po eksperymentalnym, niezbyt dobrze przyjętym albumie „Hot Space” i po spięciach wewnątrz zespołu, które omal nie doprowadziły do jego rozpadu. W styczniu 1984 roku singiel „Radio Ga Ga” promujący nową płytę „The Works” okazał się wielkim hitem. W marcu muzycy zaczęli prace nad nowym teledyskiem, który miał towarzyszyć kolejnemu przebojowi z albumu – „I Want To Break Free”. Pamiętacie to wszyscy – Freddie z wąsem w kusej kiecce, perkusista Roger Taylor naprawdę wygląda jak całkiem atrakcyjna blondynka…

Tak było. Główna koncepcja reżysera klipu, Davida Malleta, miała upodobnić klip do parodii popularnej brytyjskiej opery mydlanej „Coronation Street” . Cała czwórka członków Queen przebrała się w damskie ubrania na obraz postaci z telenoweli. Ale do wideo trafiły też inne wątki – jeden zrealizowany wspólnie z Baletem Królewskim w Londynie (Mercury został ucharakteryzowany na słynnego Wacława Niżyńskiego, tancerza polskiego pochodzenia) i ten drugi, z górnikami.

Można tylko domyślać się, co urzekło Freddiego w silnych, archetypicznie męskich, twardych przedstawicielach branży wydobywczej, że zapragnął stanąć przy nich przed kamerą. Ekipa realizująca teledysk musiała znaleźć kilkudziesięciu facetów, z których na planie należało zrobić hajerów z kaskami na głowach i lampkami świecącymi jak w KWK Halemba. W jednej z wielu biografii Queen, przygodę Freddiego i górników opowiadał Jim Jenkins, przyjaciel zespołu.

„Podczas zdjęć brakowało sześciu mężczyzn, którzy mieli grać górników. Dostałem telefon, pojechałem do Londynu na plan w Limehouse. Freddie był w świetnym nastroju, tryskał humorem, gdy staliśmy wewnątrz jaskini (w teledysku wygląda jak kopalniana szola) ubrani jak górnicy, w kaskach na głowach” – wspominał Jenkins.

„W pewnym momencie Freddie zdjął swój czerwony szlafrok i stanął między nami” – opowiada dalej. – „Potem zaczął bębnić w mój kask i wyskoczył do przodu. W porządku Fred, to tylko kask – powiedziałem. A on na to, w swoim stylu: Zamknij się, mój drogi”.

Hajerzy przy piwie w szynku. I wtedy wchodzi on…

Zanim ruszyła kamera, Mercury zaczął żartować, że do scen z baletem w teledysku musiał zgolić swoje słynne wąsy i obawiał się, że niczym biblijny Samson (on pozbył się włosów), straci swoją siłę. Jenkins zdążył jeszcze zdenerwować wokalistę, wyzłośliwiając się: „Ale może teraz, gdy wyglądasz jak dawniej, znów zaczniesz pisać dobre piosenki”. Ciąg dalszy dobrze znamy: Freddie wraz z trójką muzyków Queen powoli maszeruje w półmroku, który oświetlają górnicze lampki na kaskach statystów.

Inspiracje? W innej książce poświęconej początkom wielkiej kariery Queen znajdziemy zabawną historię o tym, jak w latach 70. dopiero zdobywający popularność zespół grał koncert w St Helens, małej mieścinie niedaleko Liverpoolu, kiedyś znanej głównie z wydobycia węgla kamiennego.

Grupa, będąca jeszcze przed płytowym debiutem, przed występem kręciła się po miasteczku i Freddie w całym swoim ówczesnym rynsztunku, wkroczył do jednego z barów. Po szychcie na pintę lub dwie wpadali do niego miejscowi górnicy. Można sobie tylko wyobrazić ich miny, gdy w połowie rozmowy o ostatnim meczu rugby, o sztygarze, któremu ostatnio w szatni naładowano smaru do gumofilców lub drożejącym sosie worcestershire, próg szynku przekroczył cudak ubrany w skórzane spodnie, buty na koturnie, futro, boa z piór, z makijażem i pomalowanymi na czarno paznokciami. Nie wiadomo, co było dalej, ale być może Freddie zapamiętał tę przygodę. I wrócił do niej jakieś 15 lat późnej, kręcąc teledysk do „I Want To Break Free”. Prawda, że nawet w miarę śląska to historia?

Zorba też był górnikiem

Nam przypomina ona inne, górnicze anegdoty z dziejów kina, w którym przedstawianie hajerów bywało całkiem niekonwencjonalne. Główny bohater filmu „Zoolander” na przykład, gdy tylko na moment przeniósł się na grubę z wybiegu dla modeli, stękał: „Boże, chyba mam pylicę”.

Model grany przez Bena Stillera hańbił dobre imię górniczej rodziny, bo zamiast fedrować jak jego ojciec i bracia, reklamował w telewizji preparaty kosmetyczne. Film warto obejrzeć choćby dla epizodu w kopalni gdzieś pod New Jersey. Górnicy z Wieczorka albo Piasta skrzywiliby się na sam widok dziwaka w turkusowym kubraku, który pod ziemią strzela minami bardziej zgiełkliwie niż strzałowy odpalający ładunki wybuchowe. Naszym bliższy i milszy raczej Zorba. Ten, który ostatni wychodzi spod trzeszczących dźwigarów chodnikowych.

Zorba rugał swoich podopiecznych, gdy uciekając z sypiącego się szybu pogubili narzędzia. „Robią w gacie, gdy tylko usłyszą jakiś huk!” – sztorcował ich w niezapomnianym filmie o tańczącym Greku-górniku. Niejeden Ślązak chociaż na moment zamieniłby się z Zorbą, który węgiel wydobywał na słonecznej Krecie, niejednokrotnie złorzecząc górze, pod którą zalegała sól ziemi czarnej. „Grek Zorba” to kino wybitne, ale i bliskie nam i to nie tylko nie tylko 4 grudnia. Z filmów, nazwijmy to, branżowych, warto pamiętać też o „Córce górnika”, w którym Tommy Lee Jones w tzw. arbajcioku wygląda równie wiarygodnie, jak policjant w „Ściganym”. I wspomnijmy jeszcze o Charlesie Bronsonie: on niejednokrotnie przedstawiany był w swoich filmach jako były (w „Parszywej dwunastce” na przykład) lub aktywny hajer.

Co ciekawe, raz zagrał też najprawdziwszego górniczego związkowca. W dodatku, Polaka. W „Akcie zemsty”. Jako „Jock” Yablonski (jego syna, też związkowca, grał 22-letni wówczas Keanu Reeves) walczy z niesprawiedliwością kopalni i nieuczciwymi działaczami, którzy mieli reprezentować załogę.

Wszyscy wiemy, że nikt nie grał górnika tak, jak Franciszek Pieczka w „Perle w koronie”. Ale co to za sztuka dla Ślazaka z krwi i kości. Warszawiak Jan Englert jako Erwin Maliniok miał trudniej. Puławianin Marian Opania miał trudniej. A co dopiero Francuz, pardon Rosjanin, Gerard Depardieu. Są tacy, którzy boskiego Gerarda cenią przede wszystkim za Cyrano de Bergeraka. Nie brakuje też głosów, że swoją aktorską „życiówkę” wykręcił w „Germinal”, ekranizacji górniczej powieści Emila Zoli.

Akcja rozgrywa się ok. 1867 roku we Francji zanurzonej w epoce drugiej rewolucji przemysłowej. Dla naszego górnictwa czasy to tylko pozornie odległe. Na przykład w tym samym czasie kopalnię Jerzy w Niwce przejmuje górnośląski przemysłowiec Christian Gustaw von Kramsta i wznawia wydobycie.

Zamykają kopalnię i ciągle gra orkiestra

Ale wracając do Depardieu. W „Germinal” jest takim górnikiem, który pod ziemię zjeżdża z całą rodziną. A gdy popija w szynku alkohol wysokoprocentowy na przepłukanie pyłu węglowego w ustach, można odnieść wrażenie, że przygotowując się do roli, na niejednej karczmie piwnej kufel wznosił. W tle wyzysk robotników, międzynarodówka i strzelanie do strajkujących. Skąd my to znamy.

Śląscy widzowie musieli czuć wspólnotę doświadczeń z bohaterami „Orkiestry”, znakomitego brytyjskiego dramatu w reżyserii Marka Hermana. W ubożejącym miasteczku Grimley zamykają kopalnię (to też znamy). Dla części wydobywczej braci to tragedia podwójna, bowiem kres zakładu to również rychły koniec tytułowej górniczej orkiestry. Jej dyrygentem jest doskonały Pete Postlethwaite. Ale swoją najważniejszą kreację po „Trainspotting” odgrywa tu też młody Ewan McGregor. Postlethwaite mobilizuje swoich symfonistów: „Nie ma orkiestry górniczej bez górników. Wiem, że sytuacja kopalni jest ciężka, ale to jest muzyka!”. Właśnie. „Nasza orkiestra ma przeszło sto lat.

Dwie wojny światowe, trzy katastrofy, siedem strajków, jeden cholerny wielki kryzys, a zespół zawsze grał!”. Warto obejrzeć awanturę z kierownictwem kopalni, które proponuje górnikom wzięcie odpraw i pogodzenie się z zamknięciem fabryki-żywicielki. Ci klną, że na dole wciąż zalega mnóstwo węgla. To także brzmi znajomo.

A jeśli wrażeń Wam mało, sięgnijcie po „Moje krwawe walentynki”. Tam górnik z potężnym kilofem sieje we wsi zniszczenie, mordując mieszkańców równie efektownie jak Jason z „Piątku trzynastego”. Amerykańscy filmowcy najlepiej wiedzą, jak unaocznić opłakane skutki restrukturyzacji przemysłu wydobywczego. Szczęść Boże.

Marcin Zasada

Dodaj pierwszy komentarz

Komentowanie artykułu dostępne jest tylko dla zalogowanych użytkowników, którzy mają do niego dostęp.
Zaloguj się

plus.dzienniklodzki.pl

Polska Press Sp. z o.o. informuje, że wszystkie treści ukazujące się w serwisie podlegają ochronie. Dowiedz się więcej.

Jesteś zainteresowany kupnem treści? Dowiedz się więcej.

© 2000 - 2019 Polska Press Sp. z o.o.