Jak Amerykanie upolowali admirała Yamamoto

Czytaj dalej
Fot. US Air Force
Sławomir Sowa

Jak Amerykanie upolowali admirała Yamamoto

Sławomir Sowa

Czy są tak genialni wodzowie, że są w stanie odwrócić losy wojny, niezależnie od wszystkich niesprzyjających okoliczności? Raczej nie, ale zawsze jest pokusa, żeby takiego dowódcę dopaść i zabić, choćby po to, aby podnieść morale własnych sił i pognębić przeciwnika.

Z tego założenia wyszli Amerykanie w kwietniu 1943 roku, kiedy postanowili skorzystać z okazji i zabić admirała Isoroku Yamamoto, wybitnego stratega, głównodowodzącego japońskiej Cesarskiej Marynarki Wojennej, autora planu ataku na Pearl Harbour. Dodatkowym powodem podjęcia misji była właśnie zemsta za Pearl Harbour.

Samolot Lockheed P-38 Lightning
Grzegorz Gałasiński Sławomir Sowa

Okazja pojawiła się, gdy Amerykanie rozszyfrowali japońskie depesze podające dokładny plan wizytacji przez Yamamoto japońskich sił na Wyspach Salomona.

Admirał Yamamoto leciał bombowcem Mitsubishi G4M w towarzystwie drugiego bombowca. Towarzyszyła mu eskorta sześciu myśliwców Zero. Amerykanie wysłali przeciw admirałowi 16 myśliwców P-38 Lightning. Były to ciężkie, dwusilnikowe i dwukadłubowe samoloty, które słabo sprawdzały się w wojnie w Europie, ale doskonale radziły sobie nad ogromnymi połaciami Pacyfiku. Dysponowały bardzo silnym uzbrojeniem i zasięgiem. Po dołożeniu zapasowych zbiorników paliwa były w stanie, po pokonaniu 600 mil, przeciąć trasę formacji Yamamoto, stoczyć walkę, a następnie wrócić do bazy. Tajemnica ze strony Amerykanów była tak ścisła, że pilotom nie powiedziano, że mają zabić admirała Yamamoto, ale po prostu wysokiego rangą oficera japońskiego.

18 kwietnia 1943 roku formacja amerykańskich samolotów dopadła Yamamoto. Część Lightningów związała walką eskortę, pozostałe zaatakowały bombowce Mitsubishi. Piloci mieli rozkaz zestrzelić za wszelką cenę obydwa samoloty, ponieważ nie było pewności, którym leci Yamamoto. Bombowce nie miały szans. Były dość szybkie, ale nie posiadały opancerzenia, ani samouszczelniających się zbiorników paliwa. Bombowiec z admirałem na pokładzie w płomieniach runął do dżungli na wyspie Bougainville.

Co ciekawe, Japończycy byli do końca przekonani, że ich dowódca został zestrzelony przypadkiem.

Czy śmierć admirała przyspieszyła koniec wojny? Raczej nie. Wyraźnie jednak podniosła morale Amerykanów.

Sławomir Sowa

Jestem dziennikarzem w redakcji Dziennika Łódzkiego, zajmuję się m.in. problematyką wojskową, biznesem i polityką

Dodaj pierwszy komentarz

Komentowanie artykułu dostępne jest tylko dla zalogowanych użytkowników, którzy mają do niego dostęp.
Zaloguj się

plus.dzienniklodzki.pl

Polska Press Sp. z o.o. informuje, że wszystkie treści ukazujące się w serwisie podlegają ochronie. Dowiedz się więcej.

Jesteś zainteresowany kupnem treści? Dowiedz się więcej.

© 2000 - 2019 Polska Press Sp. z o.o.