Ekstra
Magazyn
Ekstra Magazyn

Najlepsze teksty z całej Polski, w każdy piątek dla wszystkich prenumeratorów Cyfrowych. Poznaj Ekstra Magazyn

Anna Gronczewska

Grohmanowie mieli niemieckie pochodzenie, ale nie wyparli się polskości

Ludwik Grohman Fot. Archiwum Dziennika Łódzkiego Ludwik Grohman
Anna Gronczewska

Niedawno minęła 130 rocznica śmierci Ludwika Grohmana, seniora rodu, który współtworzył przemysłową historię miasta. Natomiast 80 lat temu zmarł jego syn Henryk. Z tego powodu postanowiliśmy przypomnieć historię tej znanej i zasłużonej dla Łodzi rodziny.

Grohmanowie pochodzą z miasteczka Sebnitz koło Drezna. O ich przodkach nie wiadomo zbyt wiele. Byli rodziną tkaczy, mieli tam pewnie małą fabryczkę. Rodzina rozjechała się po świecie. Jeden z braci wyjechał do Lwowa, inny do Czech. Dwaj z synów Grohmanów: Traugott i Karol przyjechali do Królestwa Polskiego. Zatrzymali się w Warszawie, gdzie utworzyli fabryczkę skórzaną. Później przenieśli się do Zgierza i otworzyli manufakturę wyrobów bawełnianych. W 1827 roku otrzymali nagrodę na wystawie w Warszawie za produkcję perkali. Bracia Groh-manowie mieli w Zgierzu tkalnię płócien i przędzalnie bawełny. Ale szybko doszło między nimi do konfliktu. Karol zarzucił Traugottowi oszustwa podatkowe. Spór zakończył się w sądzie. Traugott przegrał proces, Karol wystąpił ze spółki. Drogi braci rozeszły się.

Połączyli swoje fabryki

Traugott przeniósł się do Łodzi w 1843 r. Wydzierżawił teren zwany „lamusem”. Przy ul. Tylnej wybudował przędzalnie mechaniczną. W 1854 roku zamontował w niej maszynę parową, jako drugi w mieście. Pierwszą sprowadził do Łodzi Ludwik Geyer. Traugott zamieszkał najpierw w swojej przędzalni. Później przeniósł się do narożnego domu przy ul. Targowej 81. Był on dosyć skromny. Nie różnił się specjalnie od domów łódzkich tkaczy. Dopiero później Traugott wybudował willę przy ul. Tylnej 14. Mieściło się tam kiedyś Muzeum Artystów, a dziś siedzibę ma Izba Radców Prawnych.

- Domy, do których przeprowadzali się łódzcy fabrykanci pokazują jak się bogacili - twierdzi Paweł Spodenkiewcz, autor książki „Piasek z Atlantydy”, wywiadu rzeki z Jerzym Grohmanem.

W czasie Powstania Styczniowego Traugott Grohman wspomagał finansowo powstańców. Przez to miał kłopoty z władzami carskimi, które straciły do niego zaufanie. Traugott bardzo szybko zasymilował się w Polsce. W okresie międzywojennym jego zdjęcia podpisywano Bogumił Trau-gott. Traugott w tłumaczeniu na polski oznacza wierzący w Boga. - My Grohmanowie zawsze czuliśmy się Polakami - zapewniał nas zmarły w 2017 roku Jerzy Grohman, wnuk Ludwika.

W domu Ludwika mówiono tylko po polsku. Był on jedynym synem Traugotta. Po śmierci ojca, w 1874 roku przejął fabrykę. Miał wtedy 48 lat. Można powiedzieć, że to on rozkręcił interes i był twórcą potęgi Grohmanów. Wybudował okazały, rodzinny pałac przy ul. Tylnej 11, zwany willą Grohmanów. Zbudowano ją w stylu włoskiego renesansu. Budynek projektował znany architekt Hilary Majewski.

Ludwik Grohman czuł się Polakiem. To on zaczął pisać swoje nazwisko przez jedno „n”. Miał też duże zasługi dla miasta. W swojej fabryce założył pierwszą fabryczną straż ogniową, był współzałożycielem Łódzkiej Ochotniczej Straży Ogniowej, a potem został jej prezesem i komendantem. Zakładał Bank Handlowy w Łodzi, Towarzystwo Kredytowe Miasta Łodzi i Łódzkie Chrześcijańskie Towarzystwo Dobroczynności. Był też radnym.

Ludwik Grohman ożenił się z Pauliną Trenkler, córką bogatego kupca Karola, co też wzmocniło jego pozycję finansową. Grohmanowie mieli pięciu synów: Henryka, Karola Adolfa, Alfreda Wilhelma, Leona, Pawła (umarł gdy był niemowlęciem) i córkę Annę.

Ludwik Grohman zmarł w 1889 r. Rodzinny interes przejął najstarszy syn Henryk. Jest on jedną z najwybitniejszych i najbarwniejszych postaci tego rodu. Gdy zaczął kierować fabryką Grohmana miał 27 lat, za sobą studia i praktykę w Anglii. Mówił biegle kilkoma językami. Równolegle prowadził własny interes. Podczas pobytu w Anglii zwrócił uwagę na maszyny przędzalnicze produkujące bardzo cienką przędzę. Po powrocie do Łodzi wybudował taką przędzalnie. Jako pierwszy produkował w całej Rosji cienką przędzę. W rodzinie Grohmanów opowiadano, że każdy zamach maszyny parowej dawał mu złotego rubla. Potem przędzalnia ta została włączona do rodzinnego imperium włókienniczego. To on rozbudował fabrykę Groh-manów, której charakterystyczną cechą stała się brama przy ul. Targowej ozdobiona szpulkami, nazywanymi beczkami Grohmana.

W czasach, gdy Henryk Grohman zarządzał fabryką doszło do jej połączenia z firmą Scheiblerów.

Był rok 1921. Po I wojnie światowej łódzki przemysł znalazł się w fatalnym stanie.

- Został zniszczony przez Niemców, którzy uciekając z Łodzi wywieźli co mogli, większość maszyn włókienniczych, surowce - wyjaśniał nam Paweł Spodenkiewicz. - Łódzcy fabrykanci aktywa mieli zaś w rosyjskich bankach. Rewolucja sprawiła, że stracili wszystko. Łódzkie fabryki miały potężne problemy finansowe.

Były ogołocone z kapitału, by przeżyć musiały zaciągać kredyty i oszczędnie gospodarzyć. Jednym ze sposobu na wyjście z kryzysu miało być założenie kartelu w skład, którego weszłyby firmy Schei-blerów, Grohmanów, Geyerów, Enderów i Poznańskich. Poznańscy i Enderowie nie zgodzili się na takie rozwiązanie. Pozostało więc utworzenie rodzinnego kartelu. Groh-manowie i Scheiblerowie byli ze sobą spowinowaceni. Anna, córka Ludwika, wyszła bowiem za mąż za Karola Wilhelma II Scheiblera. Natomiast mężem Elzy Grohman, córki Karola Adolfa został Edward Herbst.

Tak więc powstały Zjednoczone Zakłady Włókiennicze K. Scheiblera i L. Grohmana. Po fuzji Scheiblerowie otrzymali 70. procent akcji nowej firmy, a Grohmanowie 30. Jerzy Grohman w książce „Piasek z Atlantydy” wyjaśniał, że ten niekorzystny układ dla jego rodziny wynikał z tego, że Scheiblerowie mieli mnóstwo obiektów niefabrycznych, pałaców, wilii, majątków ziemskich, szkoły i domy. To podwyższało wielkość ich udziałów. Grohmanowie do spółki wnieśli głównie maszyny i budynki fabryczne.

Zakładom Scheiblera i Grohmana udało się pokonać powojenne kłopoty, a także wielki kryzys gospodarczy z przełomu lat 20. i 30. Dzięki kontaktom Henryka Grohmana z Eugeniuszem Kwiatkowskim firma otrzymała kredyt z Banku Gospodarstwa Krajowego. Znakomitym posunięciem było zatrudnienie Władysława Lipińskiego, który został dyrektorem handlowym fabryki. Towar sprzedawano nie przez hurtownie, ale sieć własnych sklepów otworzonych w całym kraju. Prowizja, którą ze sprzedaży otrzymywał Lipiński wynosiła 60 tys. zł miesięcznie. Fabryka Scheiblera i Grohmana była w tym czasie największym zakładem włókienniczym w Polsce. Produkowała m.in. popeliny, muślin, batyst, a nawet płótno balonowe, wytwarzała też tkaniny wigoniowe, sybiry, barchany.

Henryk Grohman był nie tylko znakomitym mene-dżerem, ale miłośnikiem sztuki i patriotą. Podczas pierwszej wojny światowej przebywał w Lozannie, pracował na rzecz Rady Regencyjnej, związał się z Centralną Agencją Polską, która później stała się organem Komitetu Narodowego w Paryżu. Spotykał się m.in. z Henrykiem Sienkiewiczem, przyjaźnił z Ignacym Paderewskim. Artur Rubinstein jako mały chłopiec grywał na fortepianie w salonie Henryka Grohmana. Zbierał dzieła sztuki i kolekcjonował dawne instrumenty muzyczne. W swej kolekcji miał m.in. skrzypce Stradivariego i Guarneriego. Zbierał też grafiki. Przekazał je potem do Gabinetu Rycin Biblioteki Uniwersytetu Warszawskiego. Chodził regularnie na koncerty do filharmonii. Jeździł po Europie, by usłyszeć na żywo Franciszka Liszta, był na premierach oper Ryszarda Wagnera. W czasie tych podróży kupował dzieła sztuki. Na ścianach jego salonu w willi przy ul. Tymienieckiego 24 wisiały m.in. obrazy Fałata, Axentowicza, Wyczółkowskiego. Wspierał finansowo szkolnictwo muzyczne w Łodzi i operę warszawską.

Ciekawa historia dotyczy uczuć Henryka. Zakochał się bowiem w swojej... ciotce, Matyldzie Trenkler. Jej mąż Teodor był bratem matki Henryka, Pauliny z Trenklerów. Tej miłości pozostał wierny do końca życia. Kiedy zmarł wuj Teodor, Henryk ożenił się ze starszą od siebie o kilka lat piękną Matyldą. Był rok 1911. Henryk Grohman miał wtedy 49 lat. Małżeństwo w tak późnym wieku było sensacją towarzyską. Jego żona miała trzy córki: Teodorę, Elżbietę i Jadwigę. Teodora wyszła za mąż za znanego malarza Jana Skotni-ckiego, który mieszkał w Zakopanem. Natomiast Elżbieta była narzeczoną Mieczysława Kasprowicza. Do ślubu jednak nie doszło, bo kompozytor został zasypany przez lawinę. Elżbieta i jej siostra Jadwiga opiekowały się potem matką Kasprowicza.

W przypadku Henryka Grohmana nie można mówić o mezaliansie. Natomiast jego najmłodszy brat Leon, ojciec Jerzego, ożenił się z aktorką Aliną Dębicką. Była piękną kobietą, pochodziła z ziemiańskiej rodziny. By skończyć studia aktorskie uciekła z domu. Jej ojciec Eugeniusz nie wybaczył jej tego do końca życia.

Pierwszym mężem matki Jerzego Grohmana był starszy od niej o 20 lat Andrzej Mielewski z Krakowa, ulubiony aktor Stanisława Wyspiańskiego. Z tego związku Alina miała syna Andrzeja. Leon Grohman poznał ją w Berlinie. Alina kręciła tam film, grała Maszeńkę w „Braciach Karamazow”. Leon zobaczył ją w jednej z berlińskich restauracji i zakochał się. Alina była katoliczką, Leon ewangelikiem. Ślub wzięli w kościele ewangelickim na placu Małachowskiego w Warszawie.

Leon Grohman był inżynierem. Skończył politechnikę w Charlottenburgu. Po studiach wrócił do Łodzi i pracował w rodzinnej fabryce. Został dyrektorem ds. technicznych. Kiedy podczas I wojny światowej jego brat wyjechał za granicę, to Leon kierował całą fabryką. Po połączeniu z zakładami Scheiblera zajmował się finansami firmy. Z rodzinną fabryką byli związani też dwaj inni bracia Leona i Henryka, Karol Adolf i Alfred Wilhelm.

Leon Grohman mieszkał w rodzinnym pałacu przy ul. Tylnej. Zajmował go do spółki z Alfredem Wilhelmem. To w tej wilii w 1922 roku przyszło na świat jego jedyne dziecko, Jerzy. Uznawany był za najzdolniejszego przedstawiciela młodego pokolenia Grohmanów. Kończył renomowane łódzkie gimnazjum i liceum dla chłopców Aleksego Zimowskiego.

- Jako dziecko byłem zamknięty w parku otaczającym nasz dom na ul. Tylnej - opowiadał nam Jerzy Grohman. - Tak było zanim zacząłem chodzić do szkoły. Chodziliśmy do niej w mundurkach. Były one numerowane, więc od razu każdy wiedział jakiej szkoły jesteśmy uczniami. Nie wolno nam było po południu chodzić po ul. Piotrkowskiej. Chyba, że szliśmy z rodzicami lub z kimś starszym. Po lekcjach robiło się zadania domowe, które wyznaczano nam w szkole. Tak było do kolacji. A po niej szło się spać. Za moich szkolnych czasów młodzież nie żyła tak jak teraz. Od czasu do czasu wychodziłem na ul. Piotrkowską. Ale chodziłem nie z rodzicami, tylko zazwyczaj z matką. Najczęściej odwiedzaliśmy „Esplanadę” na ul. Piotrkowskiej. Szliśmy tam na pączki. Czasem jedliśmy ciastka z kremem. U nas nazywały się „napoleonki”. W Krakowie mówi się na nie „kremówki”.

Stryj Henryk, bo ojciec Leon umarł w 1937 roku, chciał wysłać Jerzego studia ekonomiczno-handlowe do Antwerpii. Ale wybuch II wojny światowej pokrzyżował te plany.

Po wybuchu wojny Groh-manowie, czujący się Polakami, nie przyjęli niemieckiego obywatelstwa. Zapłacili za to utratą udziałów w swoich fabrykach, które przejął rząd III Rzeszy. Henryk Grohman nie doczekał wojny, bo umarł w marcu 1939 r. Nie żyli też już Alfred Wilhelm, Karol Adolf i Leon. Karol Grohman, syn Karola Adolfa zginął w Katyniu.

Miasto nie żyje z przemysłu

By uniknąć dalszych kłopotów Jerzy i jego stryjeczny brat Alfred Ludwik, syn Alfereda Wilhelma, wyjechali do Krosna, które znajdowało się na terenie Generalnej Guberni. Tam Grohmanowie mieli fabryczkę lnu. Alfred został jej dyrektorem, a Jerzy pracował jako robotnik. Po roku Alfred przesunął go do Krakowa, gdzie ich spółka miała oddział sprzedaży. Tak więc prawie całą wojnę Jerzy Grohman spędził w Krakowie. W Łodzi została jego matka Alina Grohman. Do 1943 roku mieszkała w pałacu przy ul. Tylnej. Drugą część zajmowała wdowa po Alfredzie Wilhelmie, która miała austriackie obywatelstwo. Kiedy Niemcy zorientowali się, że przy ul. Tylnej mieszka Polka, kazali jej natychmiast opuścić dom. Zamieszkała na terenie w fabryki w dawnym tzw. Bielniku przy ul. Tymienieckiego. Alina Groh-man zmarła w 1946 r.

Alfred Ludwik jeszcze po wkroczeniu wojsk radzieckich, do marca 1945 roku prowadził fabrykę w Krośnie. Potem został aresztowany i wywieziony do Donbasu. Po dwóch latach został zwolniony, dzięki interwencji ambasadora radzieckiego w Polsce. Alfred wyjechał na wybrzeże. Razem z dwoma wspólnikami założył fabryczkę tranu. Potem przeniósł się do Krakowa i pracował w biurze projektów. Zmarł bezdzietnie w 1986 r.

Jerzy Grohman po wojnie wyjechał do Wałbrzycha. Założył tam firmę zajmującą się skupem szmat i makulatury. Miał też sklep z materiałami w Katowicach i trzy warsztaty tkackie w Zgierzu. We wrześniu 1947 roku został aresztowany przez tzw. Komisję Specjalną pod zarzutem spekulacji. Gdy po roku zwolniono go z więzienia, jego firmy zbankrutowały. Przyjechał do Łodzi, gdzie dostał pracę w centrali odpadków. Skończył ekonomię na Uniwersytecie Łódzkim i wyjechał do Warszawy.

- Były czasy komunizmu i moja sytuacja w Łodzi nie była zbyt wygodna - tłumaczył nam Jerzy Grohman. - Wypominano mi moje pochodzenie. Ja w Łodzi cały czas pracowałem, od 1948 do 1964 r. W Łodzi sytuacja była dla mnie wysoce nie wygodna. Gdy przeniosłem się do Warszawy, tego pochodzenia już mi nie wypominano. Do Łodzi mam ogromny sentyment. Co jest zrozumiałe.

Wiele lat był księgowym w Związku Kompozytorów Polskich. Ożenił się ze znaną warszawską adwokat Hanna Nowodworską. Po 1989 roku zajął się sprawami reprywatyzacji. Założył Stowarzyszenie Polskich Przemysłowców. Został też na krótko doradcą w kancelarii prezydenta Lecha Wałęsy ds. reprywatyzacji.

Po wojnie spółkę Scheiblera i Grohmana przemianowano na zakłady im. Obrońców Pokoju, zwane też Unionteksem. Dalej była to największa fabryka włókiennicza w Polsce. Dziś nie pracują tam maszyny włókniarskie. Powstaną tam mieszkania i centrum rozrykowo-kulturalne.

Jerzy Grohmann był ostatnim potomkiem rodu w linii męskiej. Mieszkał w jednym z warszawskich bloków. Na ścianie wisiała litografika przedstawiająca budynek, który był przez 20. lat fabryką jego pradziadka Traugotta. Pan Jerzy opowiadał nam, że gdy sprowadzono do niej maszynę parową, na obrazie domalowano komin.

- Czy były to piękne czasy? - zastanawiał się podczas rozmowy z nami Jerzy Grohman. - Też były trudne. Przecież w środku dwudziestolecia międzywojennego przechodziliśmy kryzys gospodarczy, ale wyszliśmy z niego cało. Normalne były czasy, chyba piękniejsze dla mojej rodziny były przed I wojną światową.

Jerzy Grohman z niechęcią odwiedzał Łódź. - Łódź mnie przygnębia - mówił nam. - To co się tu dzieje jest agonią tego miasta. Jerzy Grohman nie mógł zrozumieć dlaczego miasto nie żyje z przemysłu i że to wszystko upadło.

Tutaj się czyta. Bez reklam.

Tak jak w kiosku. Kupując prenumeratę cyfrową, możesz czytać codzienne wydanie Dziennika Łódzkiego.

Co zyskujesz:

  • dostęp do wszystkich treści Dziennika Łódzkiego
  • codzienne e-wydanie Dziennika Łódzkiego
  • artykuły, reportaże, wywiady i multimedia
  • co tydzień nowy numer Ekstra Magazynu
Anna Gronczewska

Dodaj pierwszy komentarz

Komentowanie artykułu dostępne jest tylko dla zalogowanych użytkowników, którzy mają do niego dostęp.
Zaloguj się

plus.dzienniklodzki.pl

Polska Press Sp. z o.o. informuje, że wszystkie treści ukazujące się w serwisie podlegają ochronie. Dowiedz się więcej.

Jesteś zainteresowany kupnem treści? Dowiedz się więcej.

© 2000 - 2019 Polska Press Sp. z o.o.