Emocji było dużo, począwszy od złości, a skończywszy na wielkim smutku

Czytaj dalej
Małgorzata Więcek-Cebula

Emocji było dużo, począwszy od złości, a skończywszy na wielkim smutku

Małgorzata Więcek-Cebula

Szczepan Brzeski i Sylwia Bajek mimo świetnego przygotowania nie weszli na Mount Everest. Agencja, której zlecili wniesienie tlenu nie wywiązała się ze zobowiązań. Musieli zawrócić.

Wróci pan jeszcze na Mount Everest?

Tak.

Jakie to uczucie, gdy się ma najwyższy szczyt na świecie w zasięgu ręki, ale okazuje się, że nie można iść dalej, tylko trzeba zawrócić?

Emocji jest wiele. Począwszy od złości, a skończywszy na smutku, bo przygotowanie oraz dwa miesiące wyprawy kosztowały nas bardzo dużo zdrowia, wysiłku i czasu. Sytuację tę można przełożyć na życie codziennie i porównać do innych „Everestów”, czyli spraw, rzeczy, chwil, emocji, na których nam wyjątkowo zależy. Jeśli okazuje się, że to do czego dążyliśmy jest niemożliwe, wówczas pojawia się uczucie, o które pani pyta. W naszym przypadku „Everest” to naprawdę Mount Everest i dlatego szok jest tak duży.

Patrząc z drugiej strony, uratowaliście swoje życie...

Gdybyśmy poszli na szczyt, to na sto procent zdobylibyśmy go, ale też na sto procent nie zdążylibyśmy wrócić na tej końcówce tlenu która, nam została. Góra nadal stoi, my żyjemy.

Emocji było dużo, począwszy od złości, a skończywszy na wielkim smutku

Jak to się stało, że zabrało tlenu?

Tego nie wiemy do dziś. Nikt nie potrafi wyjaśnić, dlaczego tak się stało. Szerpa, który z nami wychodził, nie miał w plecaku butli dla nas, mimo że został do tego wynajęty i opłacony. W kontrakcie z agencją mamy dokładnie wyszczególnione usługi: pomoc Szerpy oraz ilość zakupionych butli.

Co się więc stało?

W rzeczywistości cała nasza grupa (6 Polaków) miała problem z tlenem. My z Sylwią nie dostaliśmy butli na szczycie, koledze Arkowi, Szerpa wręczył pustą butlę, a koledze Krzysztofowi w ogóle nie chciał dać butli, choć miał ją w plecaku. Domyślamy się, iż agencja miała za mało butli z tlenem np. z powodu zbyt małej ilości tlenu wniesionego do „strefy śmierci” lub zbyt dużego zużycia przez innych wspinaczy. Tego nie wiemy. To kwestia złej organizacji pracy tej agencji.

W jaki sposób osoby odpowiedzialne za brak butli z tlenem to wytłumaczyły?

Nie potrafią tego wytłumaczyć - przerzucają się odpowiedzialnością …

Czy jest możliwe wyciągnięcie konsekwencji od osób odpowiedzialnych za taki stan rzeczy?

Tego nie wiemy. Na pewno będziemy składali pozew o zwrot pełnej kwoty, która zapłaciliśmy agencji.

Czy podobne sytuacje już się zdarzyły w przeszłości innym alpinistom?

O innych przypadkach nie wiem, zdarzyły się jednak w naszej grupie. Chodzi o osoby, o których już wspomniałem Arku i Krzysztofie.

Czy możliwe było wejście na szczyt bez zapasu tlenu?

Tak, ale jest to bardzo niebezpieczne. Dotychczas w historii Polski tylko jedna osoba weszła na szczyt bez tlenu. Nawet Kukuczka w swojej Koronie Himalajów wchodził z tlenem. Czyli zdecydowana większość osób wchodzących zabiera ze sobą tlen.

Kto podjął decyzję o powrocie?

To była nasza wspólna decyzja: moja i Sylwii.

W tym samym czasie, gdy wchodziliście na szczyt, doszło pod Everestem do tragicznego wypadku. Kiedy o nim się dowiedzieliście ?

W czasie naszego wejścia zmarły dwie osoby - obywatel USA i Słowacji. Osobiście pomagaliśmy Słowakowi, dając mu lekarstwa. Trzy dni później zmarły cztery osoby w obozie czwartym. O tym wypadku dowiedzieliśmy się już po zejściu z mediów.

Czy powrót z wysokości 8800 m n.p. m był trudny?

Dla nas nie. Bo my byliśmy w bardzo dobrej formie. Nie byliśmy bardzo zmęczeni i wykończeni. Jak na taką wysokość to czuliśmy się bardzo dobrze. Byliśmy dobrze zaaklimatyzowani, najedzeni, dobrze ubrani i wyekwipunkowani. Tego dnia mieliśmy dużo siły. Sam powrót trwa od czterech do dziesięciu godzin. Dużym ryzykiem jest „choroba wysokościowa” która „ścina” człowieka. Traci się kontrolę nad sobą, człowiek staje się senny. Inny powód tragedii podczas zejścia to duże zmęczenie. Jeśli osoby są słabo przygotowane (słaba kondycja), lub nienajedzone to po 15 godzinach wspinaczki do góry po prostu nie mają sił na zejście. Umysł podpowiada drzemkę i wtedy taka osoba może zasnąć na zawsze.

Czy dużo osób wychodziło w tym czasie na szczyt?

Około 50 osób.

A jak wyglądała organizacja wyjścia na Mount Everest?

Konieczne jest pozwolenie od Rządu Nepalskiego, które kosztuje 11 tys. USD. Mając go, można rozpocząć aklimatyzację. Powinna ona trwać około - 1,5 miesiąca. Polega na wejściach w wyższe partie gór i zejściach, by przyzwyczaić organizm do warunków atmosferycznych.

Czy to była kosztowna wyprawa?

Oczywiście, że kosztowna. Najwyższy szczyt świata to jednocześnie najdroższy szczyt. Wszystkie koszty jednej tylko osoby (zezwolenia, agencja, transport, wyposażenie) pochłonęły 135 tys. zł. Przy organizacji tej wyprawy wsparli nas sponsorzy. a

Małgorzata Więcek-Cebula

Dodaj pierwszy komentarz

Komentowanie artykułu dostępne jest tylko dla zalogowanych użytkowników, którzy mają do niego dostęp.
Zaloguj się

plus.dzienniklodzki.pl

Polska Press Sp. z o.o. informuje, że wszystkie treści ukazujące się w serwisie podlegają ochronie. Dowiedz się więcej.

Jesteś zainteresowany kupnem treści? Dowiedz się więcej.

© 2000 - 2019 Polska Press Sp. z o.o.