Emeryci ze spadochronami zyskali nowe życie. Rywalizują o to, kto więcej razy skoczy

Czytaj dalej
Fot. Czerwone Berety
Jarosław Kosmatka

Emeryci ze spadochronami zyskali nowe życie. Rywalizują o to, kto więcej razy skoczy

Jarosław Kosmatka

W Łodzi na Górnej od siedmiu lat działa Klub Byłych Żołnierzy Wojsk Powietrzno-Desantowych „Czerwone Berety”. Organizacja skupia byłych spadochroniarzy, żołnierzy kawalerii powietrznej i wojsk specjalnego przeznaczenia. Ich codzienność na emeryturze od kilku lat wypełniają imprezy militarne i skoki spadochronowe

Miłość do skoków spadochronowych i do wojska daje im impuls do nowego życia. Zamiast siedzieć i odpoczywać na emeryturze, oni organizują operacje wojskowe i regularnie skaczą ze spadochronami. Adrenalina jest dla nich codziennością i nie ma znaczenia, że niektórzy zbliżają się do osiemdziesiątki.

Patrząc na nich, trudno uwierzyć, że są na emeryturze. W 2010 roku po imprezie w Dziwnowie postanowili założyć klub byłych żołnierzy wojsk powietrznodesantowych.

- Po pierwszym ogłoszeniu w prasie zgłosiło się kilkunastu żołnierzy. Na jesieni udało się zorganizować klub - mówi Jacek Dziedziela, były żołnierz 1. batalionu szturmowego (red. - JW 4101).

- Jak człowiek wychodzi z wojska, to natychmiast chce o tym zapomnieć. Z czasem jednak zaczyna brakować i kolegów, i wojska - dodaje Tadeusz Rudecki. - Dlatego szybko skontaktowałem się z Jackiem i wstąpiłem do stowarzyszenia.

Czerwone berety noszone „na koguta”

Weterani podkreślają, że chodziło im o skupienie byłych żołnierzy, którzy nosili czerwone berety, choć to nazwa tylko zwyczajowa. Tak naprawdę berety są w kolorze bordowym (na całym świecie jest to tradycyjne oznaczenie spadochroniarzy), ale od lat 60. XX wieku przyjęło się mówić do żołnierzy wojsk powietrznodesantowych „czerwone berety”.

- Dla nas noszenie czerwonego beretu to był największy zaszczyt. I to pozostało do dziś. Zakładaliśmy go na tzw. koguta. Aby odpowiednio leżał, trzeba było namoczyć go w gorącej wodzie i nosić aż wyschnie - mówi Leszek Mazurkiewicz.

Byli desantowcy wspominają, jak 22 lipca 1958 roku na ul. Piotrkowskiej w Łodzi odbyła się uroczysta defilada, w której maszerowali żołnierze 6. Pomorskiej Dywizji Powietrznodesantowej. Była to nowa jednostka, a jej żołnierze pierwszy raz założyli czerwone berety właśnie na tę defiladę.

Emeryci ze spadochronami zyskali nowe życie. Rywalizują o to, kto więcej razy skoczy
Czerwone Berety

Wraz z nowym skokiem rozpoczęło się nowe życie

Blisko 50 lat po zakończeniu służby zamarzyli, by znów skoczyć. - Pojechaliśmy z Tadkiem do Bielska-Białej w 2013 roku razem. Musieliśmy to zrobić, a gdy tylko wsiedliśmy do samolotu, wiedzieliśmy, że o ile Bóg pozwoli, to nie będzie to ostatni skok - mówi Leszek Mazurkiewicz.

Później weterani postanowili przeprowadzić operację „Desant po latach”. Chcieli skakać z tego samego miejsca, z takiego samego samolotu jak w wojsku i na linę desantową.

- Zorganizowaliśmy skoki w Krośnie. Tam udało nam się skakać z samolotów AN2, takich samych, z jakich korzystaliśmy jeszcze w wojsku - dodaje Jacek Dziedziela.

W pierwszej operacji „Desant po latach” wyskoczyło 17 żołnierzy pojedynczo i jeden w tandemie z instruktorem. Każdy skok to wielka adrenalina. Wymaga przeszkolenia i opanowania, bo wyskoczyć to jedno, a bezpiecznie wylądować to drugie.

- Gdy skakałem pierwszy raz po kilkudziesięcioletniej przerwie, tak się skoncentrowałem na tym, co mam zrobić, że dopiero na ziemi sobie przypomniałem o strachu - opowiada Leszek Mazurkiewicz. - Wszyscy się boją. Trzeba ten strach opanować. Trzeba mieć to w głowie. Patrzeć, czy czasza jest wypełniona powietrzem i kierować się w stronę lądowiska - podkreśla były żołnierz 6. Pomorskiej Dywizji Powietrznodesantowej.

- Te skoki dają nam prawdziwego kopa do dalszego życia. Tego nie da się z niczym innym porównać. Nie wyobrażam sobie dalszego życia bez skakania - dodaje Tadeusz Rudecki.

Swoje kolejne operacje weterani musieli przenieść do podczęstochowskich Rudnik, bo Krosno zrezygnowało z samolotów AN2. W ostatniej akcji skoczyło już ponad dwudziestu byłych żołnierzy samodzielnie. Zawsze też dołączają kolejni klubowicze, którzy skaczą w tandemie.

- Widać zmiany w zachowaniu. Weteranom potrafi udzielić się atmosfera strachu od tych, którzy skaczą pierwszy raz. My działamy machinalnie, bo tak nas nauczono w wojsku. Gdyby ktoś nas obudził w środku nocy z okrzykiem „Przygotowanie do skoku”, to prawdopodobnie odliczylibyśmy swoje „121, 122, 123” i pociągnęlibyśmy za uchwyt - mówi Jacek Dziedziela.

Wylądowali na tyłach NATO w dawnej NRD

Adrenalina wydzielana podczas skoku dawała zawsze ogromny impuls do następnego działania. Tak naprawdę prawdziwe zadanie zaczynało się dopiero po wylądowaniu. - Niejednokrotnie było to nawet sto kilometrów dalej - mówi Tadeusz Rudecki.

Desantowcy wykorzystują spadochron tylko do tego, by szybko przemieścić się na pole walki. Najczęściej na tyły wroga. Zrzucani są bardzo często nawet kilkaset kilometrów za linią wroga i potrafili niejednokrotnie odwrócić losy bitwy czy wojny.

Klubowicze w czasie służby wojskowej brali czynny udział w zadaniach i manewrach wojskowych. Tam zdobyli bogate doświadczenie, które w dzisiejszych warunkach jest nie do przecenienia. Jeden z nich uczestniczył w akcji pod kryptonimem „Burza październikowa”. Były to manewry wojsk NATO kontra wojska Układu Warszawskiego.

- To był rok 1965. Byli żołnierze armii radzieckiej, czechosłowackiej, niemieckiej. Polskę reprezentowała 6. Pomorska Dywizja Powietrznodesantowa. Z warszawskiego Bemowa wystartowały 134 samoloty z ponad 4 tysiącami żołnierzy na pokładzie - wspomina Leszek Mazurkiewicz. - Tak zwanymi Ukrainami (samoloty AN12 - przy. red.) dolecieliśmy nad Niemcy. Skakaliśmy, a dodatkowo zrzucany był sprzęt. Nawet samochody. Tam mieliśmy za zadanie zdobyć lotnisko, które było zajęte przez wojska NATO - dodaje emerytowany żołnierz.

Samoloty leciały z prędkością 350 km/godz. 30 żołnierzy musiało skoczyć w ciągu 17 sekund.

- Spadochrony otwierały się nam po 5 sekundach automatycznie. Skakaliśmy z 600 metrów, więc spadochron otwierał się na wysokości około 400 metrów. Nie było już czasu na naprawianie nawet drobnych błędów - mówi Leszek Mazurkiewicz.

Weterani podkreślają, że wojsko bardzo się zmieniło od ich czasów.

- Szkoleń i zadań było bardzo dużo. Nie było czegoś takiego jak wolny czas. Teraz dziwi nas brak służby wartowniczej, sprzątania stołówki przez żołnierzy. Mamy wrażenie, że w dzisiejszych czasach służba stała się pracą na etat - mówi Jacek Dziedziela.

Oni mieli tak dużo zadań do wykonania w trakcie służby wojskowej, że gdy zbliżyła się emerytura, nie potrafili sobie znaleźć miejsca.

Dowiedzieli się, że przylecieli do Czechosłowacji

Są też historie, o których weterani niechętnie opowiadają, choć przyznają się, że mieli w nich swój udział. Pytani o służbę w czasach Polskiej Rzeczypospolitej Ludowej mówią o ciągłym napięciu i adrenalinie na najwyższym poziomie. Rozkaz o wylocie mógł przyjść w każdej chwili.

- Tak też było, gdy już na miejscu dowiedzieliśmy się, że właśnie przylecieliśmy do Czechosłowacji. Nikt nie miał pojęcia, jakie zadania dostaniemy i co nas może tam spotkać - mówi jeden z członków stowarzyszenia.

Lojalnie też nie opowiadają w szczegółach o innych zadaniach, jakie wykonywali w czasie swojej służby wojskowej. Nie pozwala im na to tajemnica wojskowa i honor żołnierza.

Gdy nie wyjeżdżają na lotniska aeroklubowe, by skakać ze spadochronem, starają się promować wojskowy styl życia i jego zasady.

- Dla nas niezwykle ważne są takie pojęcia jak patriotyzm i honor. Dla żołnierza rozkaz jest rozkazem, który wykonuje się bezdyskusyjnie. Jednocześnie wszyscy mamy w głowie, że zawsze jest jakiś wyższy cel - podkreśla Jacek Dziedziela.

Chcą, by w Łodzi była klasa powietrznodesantowa

Weterani prowadzą muzeum historii wojsk desantowych. W nim szczególnie młodzi ludzie mogą zobaczyć, jak wyglądało umundurowanie i ekwipunek żołnierzy jednostek desantowych na przestrzeni lat od II wojny światowej aż po czasy współczesne. Klubowicze prowadzą też swoją bibliotekę. Są w niej podręczniki i książki poświęcone spadochroniarstwu. Chętnie przyjmą każdą pozycję, której nie ma w ich zbiorze.

Byli żołnierze chcą zaszczepić zamiłowanie do wojskowości jak największej liczbie młodych ludzi. Dlatego też rozpoczęli starania o utworzenie w jednym z łódzkich liceów klasy o profilu powietrznodesantowym. Są już po rozmowach z dyrekcją i mimo pewnych przeciwności, nie poddają się.

- Uwiecznieniem nauki byłyby skoki spadochronowe. Jesteśmy przekonani, że propozycja kursów narciarskich, wspinaczkowych, opartych jednocześnie na podstawowych zasadach żołnierskich, jest idealna dla młodych ludzi w dzisiejszych czasach - mówi Remigiusz Klauz, który służył w 56. Kompanii Specjalnej w Szczecinie.

Weterani starają się pozyskać dofinansowanie z ministerstwa, by wspomóc przyszłych uczniów klasy wojskowej w zakupie potrzebnego sprzętu oraz mundurów.

Oczywiście wszyscy deklarują chęć udziału w szkoleniu uczniów.

Emeryci ze spadochronami zyskali nowe życie. Rywalizują o to, kto więcej razy skoczy
Czerwone Berety

Do klubu wstępują coraz młodsi

Nadmiar wolnego czasu emerytowani żołnierze zapełniają udziałem w różnego rodzaju uroczystościach, festynach i piknikach wojskowych. W tym roku zamierzają też wziąć udział w wyjątkowo wymagającym marszu żołnierskim w Czechach.

Jadą na zaproszenie czeskich komandosów na marsz śladami czeskiej 22. Brygady Desantowej. Łącznie z klubu jadą 22 osoby. Marsz odbywa się na dwóch trasach: 12 kilometrów oraz 30-35 kilometrów. Długość trasy może się różnić w zależności od wybranej drogi. Wcześniej w marszu brali udział tylko Niemcy.

- Będziemy tam drugą grupą narodowościową po Czechach pod względem liczby - mówi Jacek Dziedziela.

Do klubu emerytowanych żołnierzy desantowców coraz częściej wstępują nowi, znacznie młodsi byli żołnierze kawalerii powietrznej czy wojsk specjalnych, ale nie tylko oni. Stowarzyszenie w swoje szeregi przyjęło niedawno księdza kapelana. Został nim znany łódzki kapłan - Michał Misiak.

- Oczywiście dla księdza Michała został przygotowany specjalny mundur wyjściowy. Nasz kapelan potwierdził, że przygotowuje się cały czas do marszu w Czechach z nami i operacji „Jesienny Liść II” - mówi szef Klubu Byłych Żołnierzy Wojsk Powietrzno-Desantowych „Czerwone Berety”.

Sztandar jednostki to rzecz święta

Dla każdego żołnierza niezwykle ważnym symbolem jest sztandar. Stowarzyszenie postarało się, by i ich „jednostka” miała swój sztandar. Został wyhaftowany, teraz jednak czeka na uroczyste poświęcenie.

- Błogosławieństwo sztandaru jest jedną z najważniejszych uroczystości w historii każdej jednostki wojskowej. Chcemy, by nasz sztandar został poświęcony uroczyście jak najszybciej, ale w odpowiedniej, również żołnierskiej, oprawie - mówi Jacek Dziedziela. - Postaramy się na tę uroczystość zaprosić inne stowarzyszenia i organizacje militarne.

Na razie jednak weterani przygotowują się do operacji „Jesienny liść”. Znów lotnisko w Rudnikach koło Częstochowy stanie się przez weekend domem tych, którzy będą spełniać swoje marzenia po latach.

Najstarsi członkowie klubu rywalizują o to, który z nich więcej razy skoczy ze spadochronem. Podobnie jest na strzelnicach. Tam oczywiście mogą trenować celność także po to, by wszystkie ich przyszłe lądowania kończyły się bez kontuzji. Pozostaje im tylko życzyć miękkich lądowań i żeby spadochron nigdy nie zawiódł.

Jarosław Kosmatka

Dodaj pierwszy komentarz

Komentowanie artykułu dostępne jest tylko dla zalogowanych użytkowników, którzy mają do niego dostęp.
Zaloguj się

plus.dzienniklodzki.pl

Polska Press Sp. z o.o. informuje, że wszystkie treści ukazujące się w serwisie podlegają ochronie. Dowiedz się więcej.

Jesteś zainteresowany kupnem treści? Dowiedz się więcej.

© 2000 - 2019 Polska Press Sp. z o.o.