Dramaty millenialsa: Śmierć to nie jest taka pewna sprawa

Czytaj dalej
Aleksandra Suława

Dramaty millenialsa: Śmierć to nie jest taka pewna sprawa

Aleksandra Suława

Siedziałyśmy sobie z koleżanką w kawiarni (nerwowych uspokajam: latte było zwykłe, nie sojowe) i rozmawiałyśmy o odchodzeniu.

Powspominałyśmy niedawne cmentarne peregrynacje, podyskutowałyśmy o kremacji zwierząt, a także o tym, czy same - w odległej, mam nadzieję, przyszłości - wybierzemy minimalizm (urna) czy może opcję na bogato (wielopokoleniowa mogiła). Generalnie rozmowa toczyła się w tonie lekkim, small talkowym, zdawałoby się nieprzystającym do tematu spraw ostatecznych.

Tyle że - jak mawia mój redakcyjny kolega - z tą śmiercią to jeszcze do końca nie wiadomo. Zwłaszcza ostatnimi czasy. Eliksiru młodości wciąż nie wynaleziono, ale technika znalazła już swoją metodę na nieśmiertelność.

Technika, a konkretnie CGI, czyli obraz generowany komputerowo (computer-generated imaginery) pozwala dziś na cyfrowe odtworzenie postaci i umieszczenie jej w filmie w taki sposób, że występuje w fabule na równych prawach z żywymi aktorami.

Ponoć nie jest to nawet szczególnie skomplikowane: wygenerowaną komputerowo twarz zmarłego aktora wystarczy nałożyć na facjatę żywego statysty.

Efekt nomen omen jak żywy. W taki sposób kulturze i światu przywrócono Paula Walkera w „Szybkich i wściekłych” i Petera Cushinga w „Gwiezdnych wojnach”.

Twórcy sięgają i do bardziej odległej historii kina: kilka lat temu w jednej z reklam zagrała Audrey Hepburn, a na ekrany kin wkrótce z zaświatów ma powrócić James Dean.

Fajnie? Niby fajnie. Fajnie, ale przecież poniekąd dziwnie. Jakoś tak nienaturalnie. Jak w tym zjawisku zwanym dolina niesamowitości, a zachodzącym wtedy, gdy patrzymy na robota będącego niemal idealną kopią człowieka. W CGI przekraczamy nie tylko granicę realności, ale i podstawowych praw przyrody. Bo jak to tak? Skasować śmierć?

Kino zawsze bazowało na iluzji, jednak konstrukcja tej komputerowej jest nieco inna. To nie złudzenie oparte na makijażu, grze aktorskiej i dekoracjach, ale kopia idealna: komórka do komórki, zmarszczka do zmarszczki, piksel do piksela.

Dziwne to i trochę nieetyczne, bo sprowadza aktora do roli rozpoznawalnej buzi, pomijając to, co przecież najistotniejsze dla jego zawodu: talent, kreatywność, to, w jaki sposób spaja siebie samego z tworzoną przez siebie postacią. Umiemy skopiować twarz, ale nie umiemy jeszcze skopiować duszy. I oby zbyt szybko nam się nie udało.

Aleksandra Suława

Dodaj pierwszy komentarz

Komentowanie artykułu dostępne jest tylko dla zalogowanych użytkowników, którzy mają do niego dostęp.
Zaloguj się

plus.dzienniklodzki.pl

Polska Press Sp. z o.o. informuje, że wszystkie treści ukazujące się w serwisie podlegają ochronie. Dowiedz się więcej.

Jesteś zainteresowany kupnem treści? Dowiedz się więcej.

© 2000 - 2019 Polska Press Sp. z o.o.